Obudziło mnie jakieś stękanie, przetarłam oczy, podniosłam głowę żeby zobaczyć która jest godzina.
– 8.30 – sapnęłam. – Co ty tak marudzisz?
– Tak źle to się jeszcze nie czułem – powiedział tonem wskazującym na melodramat.
Wstałam, pofatygowałam się po termometr.
– Masz, zmierz gorączkę – powiedziałam, podając mu elektryczny, zielony patyczek. Popatrzył na mnie błagalnym wzrokiem…
– Nie wiem gdzie jest pacha – powiedział, a ja już miałam ochotę wsadzić mu ten naszpikowany elektroniką bajer w tyłek. Przewróciłam oczami, umieściłam termometr pod pacha i poszłam zrobić sobie kawę. Wróciłam po chwili, zielony cud techniki piszczał sygnalizując gotowy pomiar i od razu dźwiękiem oznajmiał, że oto Pan i Władca ma gorączkę. Zaniepokojona wyciągam, patrzę…
– 37 – mówię z politowaniem, ten zanosi się kaszlem, prawie płacze. Twierdzi, że czuje się jakby po nim walec przejechał, że z pewnością ma wyższa gorączkę, a samo ustrojstwo jest popsute.
Podirytowana narzekaniem konkubenta poszłam do kuchni po szklanki, wodę i acc.
– Masz, wypij.
– Po co… i tak umieram.
– Wypij cholero jedna.
– A na co mnie to. Nie lubię.
– Nie masz lubić, ma ci pomóc. Boże jak z małym dzieckiem, które nie chce wypić syropku… Stary facet, a głupi.
– Chory jestem!
– Tak, tak… A pamiętasz jak dwa dni wcześniej miałam prawie 39 stopni? Nie zachowywałam się tak.
– Bo jesteś kobietą, kobiety nie chorują – powiedział z wyrzutem i obrócił się na bok, błyskawicznie usypiając.
– Nie śpij. Łykaj jeszcze to – podałam mu jakieś coś w tabletkach z nadzieją, że wypoci cholerstwo.
– Nie chcę.
– Ja tez wielu rzeczy nie chcę. Na przykład co miesiąc mieć tydzień wyjęty z życia seksualnego.
– Ale za ciepło mi będzie.
Już traciłam cierpliwość, ale na szczęście zmienił zdanie i łaskawie połknął tabletkę. Grzecznie się odwrócił dupą do mnie i poszedł spać. Biedny facet, taki chory, taki umierający… Taki bezbronny ;D