Wiosna już na dobre zagościła w miejskim lesie. Gdzieniegdzie pojawiały się na gałązkach pączki młodych liści, nawet ptaki świergotały niosąc ploty między drzewami, a i mech jakiś taki bardziej zielony się wydawał niż zwykle. Jednym słowem #wiosnapełnągębą wkroczyła do lasu…
– Za nic w świecie nie pozwolę, by sobie poszła! – tupnął króliczek. – Nawet gdybym miał zawlec za kudły i zamknąć tę wiosnę w mojej piwnicy.
– A o zapasy marchewek się nie boisz?
Królik zatrzymał się nagle.
– A powinienem się bać?
– Nie wiem. Ostatecznie to twoje marchewki – wyjaśniła kotka i wzruszyła ramionami.
– To na wszelki wypadek zakleję jej buzię taśmą. A tam. Owinę ją jeszcze streczem i zepnę łańcuchami, na kłódkę zamknę…
– Ale tą srebrną taśmą? – dopytywała.
Kotka już miała polew z królika, bo jak idzie o marchewki to się królik fajnie puszy.
– No raczej. Przecież szara nie będzie tak tru wyglądać. Nie?
– W lesie straszno, w lesie straszno – darła dzioba sroka. – W lesie dziwadło, w lesie dziwadło – skrzeczała przelatując im nad głowami.
– Cho! Zobaczymy tego dziwa! – klasnął w łapki króliczek.
– Dziwa? Ja sądziłam, że są tylko dziwki, nie wiedziałam, że są też dziwy.
– No wiesz, dziw, to taki stwór. Trochę jak dziwka, ale bardziej zwierzęcy taki – królik podrygiwał ogonkiem. – Dziw to taki nieobyczajny… Yyyyy… Chomik!
– Chomik w lesie? I to w dodatku nieobyczajny? Frapuje mnie to. Jak wygląda chomik dziw?
– To chomik zagłady – zakrył szybko pyszczek łapkami.
– Chomik zagłady? Pewnie ma miecz płonący i różowe majtki!
– I czarną uprząż – królik nie wytrzymał i parsknął śmiechem opluwając pieniek drzewa, które właśnie mijali.
Szli raźno przez las. Już wcześniej zachciało im się spacerku, ale teraz mieli cel. Królik chciał zobaczyć co tak srokę przeraziło, a kotka chciała poznać chomika zagłady.
****
– Ty… Nie przypomina mi to to chomika, a na pewno nie chomika zagłady – przekręciła łebek kotka. – Nie ma płonącego miecza.
– Bo to nie jest chomik. Chomika byśmy już czuli z odległości kilometra gdyby on był w takim stanie, w jakim jest to coś – mówiąc to, odkicał na stronę.
– Ale wiesz co? W tym coś jest.
– Grzyb? – spytał zza krzaków.
– Nie wiem, pachnie jakoś tak… Sama nie wiem.
– Ty się kurwa przejrzyj w kałuży. Ty zobacz jak Ty wyglądasz! – śmiał się króliczek.
Kotka w rzeczy samej wyglądała dość zabawnie. Lekko zjeżone futerko falowało przy szybkim oddechu, a oczy miała tak duże jak wtedy co królik mysz jej pokazywał.
– No co, no co. Jak tylko tak… Ja nie wiem – zreflektowała się kotka. – Samo się tak…
– Dobra, dobra – pokiwał głową króliczek. – Zastanówmy się jak to się tu znalazło.
– Ja nawet nie wiem co to jest…
– To? To, moja droga, to jest obuw. Pantofelek znaczy.
– I pewnie miał nibynóżkę! – roześmiała się kotka.
– Nóżkę to miał – jakąś – na pewno. Ale to nie taki pantofelek!
– Mama mi kiedyś bajki na dobranoc opowiadała jak byłam małym kocięciem… – zamyśliła się.
Była sobie rodzina. Tata, mama i córka. Mama umarła i tata po jakimś czasie zaczął spotykać się z inną panią. Dziewczynka była dobrze wychowana, była dobra i miła. Tamta pani miała też córki. Dwie. Te córki nie były dobrze wychowane. Czepiały się dziewczynki, dokuczały jej i uprzykrzały życie… Przyrodnie siostry znajdowały radość w dokuczaniu jej. Wymyślały coraz to nowsze sposoby, aby ją poniżyć i pokazać, że jest gorsza od nich. Całe dnie spędzały na strojeniu się przed lustrem, a ona musiała za nie ciężko pracować. W rezultacie pod wieczór była już całkiem zmęczona, brudna, zakurzona i nie miała na nic sił. Jej prawdziwą urodę przykrywała warstwa kurzu i sadzy, stąd zaczęto ją nazywać Kopciuszkiem. Pewnego razu mieli jechać na bal u księcia. I dziewczynka też chciała jechać, ale macocha kazała jej oddzielać ziarnka maku od ziaren soczewicy. Na szczęście pomogły dziewczynce ptaszki w tym. Gdy już zajęcie było skończone, zorientowała się, ze nie ma w czym iść na bal i nagle pojawiła się wróżka. Wyczarowała wspaniałą suknię, z dyni zrobiła karocę z takimi bajerami. Z kota zrobiła woźnicę. I tak wystrojona pojechała na bal, ale miała wrócić przed północą, bo po północy czar pryśnie.
Przetańczyła z księciem całą noc, a potem zegar wybijał północ i wybiegła z pałacu gubiąc na schodach pantofelek…
– Tobie się ta bajka podobała? – przerwał jej króliczek.
– Tak, a bo co?
– Wujcio Freud miałby teorię.
– Jaką?
– „Dlaczego kotka syjamska jest taka zboczona”.
– Ja zboczona?
– Nie. Ja.
– Ty to na pewno.
– Cicho.
Królik spojrzał się na kotkę, kotka patrzyła cały czas na buta w lesie. Królik sięgnął po badyl.
– Yyyy. Patrz jakie to obrzydliwe – zaczął dźgać poszycie koło buta. – To ma parcha. Takie brudne, takie nieczyste, takie paskudne! – krzyczał królik i wyszczerzał ząbki. – Przyjrzyj się – podsunął kotce pod pyszczek buta na patyku. Kotka cofnęła pyszczek i zaczęła się ślinić.
– Nie krzycz, bo ktoś cię usłyszy – zawstydziła się kotka.
– I o to chodzi. Niech wszyscy wiedzą! – roześmiał się króliczek.
Kotce zarumieniło się futerko.
– To podłe.
– No przecież chciałaś być kopciuszkiem.
– Zboczeńcy w lesie, zboczeńcy w lesie – darła się sroka. – W lesie już nie jest bezpiecznie!
– A zamkniesz ty ten dziób? – krzyknęli chórem.
– Przeszkadzasz – dodał króliczek i rzucił kamieniem.