– Wiesz co? – zagadałam do przyjaciółki. – Ciężko jest być kobietą.
– A co znowu masz trudne dni?
– Niby nie… Ale słuchaj.
– Oho, zaczyna się – zaczęła się śmiać.
– Bądź mną. Bądź starą babą i nie umiej w malowanie. Chciej być ładną. Wpadnij na genialny pomysł żeby się umalować jak Pan Bóg przykazał. Wszak niedziela, a dzień święty święcić trzeba. Więc idź do łazienki, stań przed lustrem. Dostrzeż piękno niewyspanej mordy… Popatrz na siebie z politowaniem. No kurwa, przecież gorzej nie będzie, nie?
– No raczej!
– Weź słoiczek z kremem. Tym co żeś go dostała pincet lat temu i tak stał. Powąchałam. Nie śmierdział starością, więc użyłam. Tak jak na tych magicznych filmach na jutubie…
– Ale one to już umieją w te malowanie.
– No ja wiem, wiem. Ale weź. Biorę to to na palce. Wklepuję. Stwierdzam, że to obrzydliwe, bo się lepi. W między czasie przypominam sobie, że mogłabym nakarmić koty. No to ja idę, proszę ja ciebie z tym kremem na ryju do kuchni i ogarniam. Koty mają mnie w dupie. No to idę – taka niepocieszona. Stwierdzam, że krem się wchłonął i mam dziwną skórę. Ogarniam to to co zawsze sobie tym syfy maskuję.
– Znaczy kładziesz szpachlę…
– Nie wiem w sumie, może to tynk… No mniejsza o szczegóły. Ogarniam to to, wklepuję jak kazali – logiczne. Czekam chwilę żeby się ogarnęło. W między czasie szukam lajnera. Brązowego, bo przecież jest dzień. A ponoć czarny to na noc.
– Tia?
– No ponoć tak. Ja się nie znam. No bo skąd mogłabym się znać. Niby w kreski umiem na poziomie zadowalającym…
– Znaczy dostatecznym?
– No tak. Wiesz, można tak wyjść na ulicę. A jak jest ciemno to i tak nikt nie zauważy, że jest krzywo.
– He he he.
– No i biorę i ogarniam. Zadziwiające. Patrzę w lustro i widzę, że ta kreska jest ładna i prosta. Czuję dumę. Zabieram się za malowanie drugiej… Jakoś mi nie idzie. Patrzę – krzywo. Poprawiam pierwszą. Poprawiam drugą. Wkurzam się. Ścieram. Zaczynam od nowa. Wszystko. Bo przecież starłam i krem i podkład. Wkurzam się jeszcze bardziej. Maluję. Nie ma dramatu. Zabieram się za drugą kreskę. Wkładam sobie pędzelek w oko. Oko „krwawi” łzami – modlę się aby nie wypłynęło. Szybko mrugam, ponoć tak trzeba. Przechodzi. Stwierdzam, że jest spoko. Biorę tusz do rzęs. Niby taki pro – wiesz. Patrzę na szczoteczkę i myślę sobie, a może by tak w papier to wytrzeć, bo dużo tego tuszu jest i będą grudki. Przyglądam się bardziej. Nie, w sumie nie ma tyle tego tuszu, powinno być dobrze. I wiesz co?
– Nie było?
– Pewnie, że nie. Rzęsy posklejane, tu mnie coś kłuje, tam mnie coś szczypie. Wzdycham. Stwierdzam, że skoro górne rzęsy pomalowałam, to maznę jeszcze dolne. Tylko troszeczkę. Ja nie wiem skąd tyle tego tuszu się tam tą szczoteczką naniosło. Całość mi się odbiła pod oczami… Patrzę. Nie jest źle, ale trzeba poprawić te kreski. Biorę poprawiam. Znowu kurwa krzywo. Biorę wacik. Przecieram. Coś mi nie gra, za bardzo się odcina ta kreska. Stwierdzam, że to genialny pomysł wziąć cień i na ten lajner go tam trochę – przydymione takie będzie. Ścieram osypany cień spod oczu. Biorę nowy wacik na patyczku i zaczynam próbować rozkleić rzęsy.
No co tak patrzysz, przecież nie mam szczoteczki bez tuszu…
Ogarniam. Kłuje nadal. Stwierdzam, że pod rzęsami na górnej powiece mam tusz. Biorę nowy wacik i przecieram, przy okazji wkładając se go w oko. No żyć kurwa – nie umierać. Weź się tak nie śmiej ze mnie… Bo mi smutno się robi. Znieczulona już bólem, patrzę a na gałce ocznej mam „urwany” kawałek tuszu. No to go dawaj palcem. Wyjęłam. Patrzę. Nie ma dramatu, ale jakoś płasko ta moja morda wygląda. Przypominam sobie, że jakieś konturowanie miało być. Załamuję się. No nie umiem. Cholera. No nie mam wyjścia. Biorę to to coś, otwieram, biorę pędzelek i wio. Patrzę, maluję, patrzę, maluje. No nic nie widać. Dalej maluje. O widać! Patrzę. Eeee…
– No nie powinno być widać.
– Teraz to i ja to wiem… Ale dobra. Usta. Wzięłam błyszczyk. Ale coś za jasno, więc wzięłam drugi, prawie czarny i zmieszałam te dwa kolory. Wyszło całkiem spoko. Uznałam, że skończyłam. Ubrałam się i wyszłam z domu.
– Brawo ty.
– Brawo ja. Malowałam się jakieś 45 minut. No może 42… No i pojechałam na tę randkę. Na randce były bedeesemy.
– AHHAHAHAHHAHHAA. No i na chuj się tyle czasu malowałaś?
– No ja właśnie nie wiem. Potem wyglądałam jak panda.
– Ale wiesz co? Mogło być gorzej.
– Serio tak myślisz?
– No. Mogłaś zacząć łzawić, bo na dworze jest mróz. Twoje starania spłynęłyby zanim byś w ogóle na tę randkę dojechała.
– Eh. Życie kobiet takie trudne.