Zima jest bardzo trudnym okresem dla motyli.

We wtorki zawsze spędzałyśmy razem czas.
Zazwyczaj to ja jechałam do niej odpicowana tak, że mężczyźni na ulicy się za mną oglądali, wtedy i ona patrzyła na mnie jak na milion dolarów, czasami nawet to mówiła głośno. Jednak ten jej zachwyt, to spojrzenie pełne pożądania – to zawsze było czuć. Nie była w stanie tego ukryć.
Wtedy też był wtorek, wyjątkowy wtorek, bo to ona miała przyjechać do mnie, to ona miała stanąć odpicowana w progu mojego domu.

***

– Szkoda tego jej makijażu – pomyślałam, przyglądając się jej twarzy. – Szkoda tej sukienki – zmierzyłam ją wzrokiem. Spojrzała na mnie wyczekująco.
– Ładnie wyglądasz – stwierdziłam fakt. Czułam jak rośnie we mnie odpowiednia strona bata. Lubię to czuć, lubię pielęgnować w sobie wznoszącą się sinusoidę moich „zdolności interpersonalnych”. Lubię sposób w jaki ona zaczyna na mnie patrzeć, a wtedy jeszcze bardziej mi rośnie. Jeszcze mocniej wspinam się po drabince „hierarchii”.
Odpowiedziała uśmiechem, lekko się rumieniąc. Pomyślałam, że już jest zgubiona, już przegrała. A co jeśli chciała przegrać? W sumie to nic, wzruszyłabym ramionami, bo ja przecież lubię także dostawać to bez walki.
I chyba właśnie to lubię w niej najbardziej, tę umiejętność dostrzegania tego co niewidoczne dla oczu, umiejętność odczytywania czy mam ochotę dostać, czy może i tak sobie wezmę…

– Ale masz ciuchy na zmianę, tak? – zapytałam.
– Mam. Wspominałaś coś o sznurkach.

– No tak – pacnęłam się w czoło w myślach. – Jak mogło mi to wypaść z głowy?
Cały dzień byłam uziemiona, bo kurierzy, bo paczki, bo listonosz i jego bardzo ważne listy. Tylko kominiarza i hydraulika brakowało.

– Ale ty wczoraj pisałaś, że niespecjalnie się czujesz.
– Bo nie czuję…

Czajnik pstryknął oświadczając, że oto już, teraz właśnie zagotowała się woda. Wlałam wrzątek do kubków, zalewając torebki herbaty. Przeszłyśmy do pokoju.
– Siadaj – powiedziałam i sama poszłam usiąść.
Patrzyłam jak siadała. Złapałam się na tym, że zazdroszczę jej tego jak się porusza, widziałam w niej dużo więcej wdzięku i tej całej delikatności, po prostu kobiecości, tej samej, której mnie momentami brakowało. Czasami wolałabym być bardziej kobieca niż jestem, ale nie żeby spędzało mi to sen z powiek. Potrafiłam to wykorzystać.

– Masz dwie opcje – powiedziałam, stając w lekkim rozkroku. – Albo się przebierasz i idziemy się wiązać, albo pokażę ci szafę.
– Chętnie obejrzę szafę – odpowiedziała, ocierając udo o udo.
Wiedziałam, że szafa ją zainteresuje. Szafa była czymś nieznanym, nieprzewidywalnym, natomiast sznurkowy repertuar w parterze był dość mocno okrojony.
– Zdejmij sukienkę, bo mi jej szkoda – powiedziałam uśmiechając się.
Faktycznie byłoby mi jej szkoda, gdyby się zniszczyła. Mała, czarna i zwyczajna, ale na niej leżała zajebiście, podkreślając wszystko to, co w niej najzgrabniejsze.

Po chwili stała już tylko w bieliźnie i w rajstopach podciągniętych nad pępek.
Wyjęłam z szafy rolkę folii i postawiłam ją przed nią. Spojrzała na strecz, wyłapałam moment jak jej źrenice zmieniły wielkość. Stałyśmy chwilę w ciszy. Miałam wrażenie, że słyszę jej bicie serca. A może to moje? Ja wiedziałam jak to się skończy, ona nie spodziewała się w ogóle folii.

Odwinęłam kawałek i zaczepiłam o jej dłoń.
– Trzymaj – rozkazałam i zaczęłam okręcać jej ciało. Folia wydawała swoje charakterystyczne dźwięki, a ona reagowała na nie.
Owiniętą od barków po kolana „wstawiłam” do szafy i zabrałam się za owijanie nieowiniętego folią ciała.
W pierwszej kolejności poszła głowa. Jej blond loki przyciśnięte streczem wyglądały zabawnie.
– No i na co było układać te włosy? – zaśmiałam się w myślach.
Zrobiłam dziurkę, małą, bo przecież wystarczy jej taka maleńka.
Jej oddech przyśpieszył. Zamknęła oczy. A ja dalej owijałam jej ciało folią, a gdy skończyłam wepchnęłam ją w kąt, zasunęłam skrzydło drzwi. Zrobiłam kilka zdjęć.
– Coś mi się w szafie zalęgło i uwiło kokon – powiedziałam radośnie, a w odpowiedzi usłyszałam pomruk.
Wpełzłam między przedmioty, do komory szafy, którą spowijał mrok.
– Wiesz co? – nachyliłam się nad nią. Słyszałam jak oddycha przez ten mały otwór w folii. – Idę do sklepu. Chcesz coś? – spytałam, a jej oddech przyspieszył, zakwiliła cicho, spróbowała się poruszyć.
Zgasiłam światło, ale zostawiłam odsunięte drzwi. Popatrzyłam jeszcze przez chwilę na nią. Była taka niewinna…
Szybko się ubrałam, złapałam za worek ze śmieciami, zamknęłam za sobą drzwi od mieszkania na klucz zostawiając ją samą w  ciasno owiniętej folii i z maleńką dziurką by mogła oddychać.
Szłam szybko po korytarzu, a moje kroki niosły się wzdłuż ścian. Wiedziałam, że będzie mnie słyszeć. Zbiegłam po schodach, wyleciałam z klatki. Jeszcze szybszym krokiem podeszłam do śmietnika wyrzucić ten worek. Na pięcie się obróciłam.
– Jeszcze chwilę, dam jej jeszcze chwilę – pomyślałam dochodząc do klatki. Zajrzałam do skrzynki na listy.

Czułam jak wali mi serce, miałam wątpliwości czy dobrze zrobiłam, bo przecież zostawiłam człowieka owiniętego w folii samego w mieszkaniu i to w dodatku z ograniczoną możliwością oddychania…
– Jestem popierdolona – pomyślałam.
Nigdy nie będę wiedzieć jak skończy się taka zabawa póki nie sprawdzę, nigdy nie dowiem się jakie odczucia pojawią się, dopóki o nich nie usłyszę, nie przewidzę tego, co może się wydarzyć – do momentu aż się to nie wydarzy.

– Nawet jeśli bardzo dobrze się przygotujesz, to nie lekceważ emocji, bo może się okazać, że nad nimi nie zapanujesz – pomyślałam. Czułam niepokój i byłam nerwowa, wzięłam głęboki wdech i popatrzyłam na wyciągniętą ulotkę ze skrzynki pocztowej.
– Lubisz zabawy na krawędzi – powiedziałam do siebie, a potem jak gdyby nigdy nic otworzyłam drzwi kluczem. Specjalnie. Nie chciałam by mnie usłyszała jak używam kodu do domofonu. Poszłam w stronę schodów, starałam się iść najciszej jak tylko potrafię. Włożyłam klucz do zamka, przekręciłam i weszłam do środka.
– Już jestem! – krzyknęłam. W odpowiedzi usłyszałam ciche kwilenie.
Zrzuciłam z siebie kurtkę i niedbale powiesiłam na wieszaku, weszłam do pokoju w butach. Usiadłam przed nią w ciemnym pokoju, w ciszy, którą przerywały tylko dźwięki buczącej lodówki. Wsłuchiwałam się w jej oddech szukając odpowiedzi na pytanie, które pojawiało się w mojej głowie od momentu, w którym podjęłam tę decyzję. Wiedziałam, że o tym marzyła – zostać samą, skrępowaną, zdaną na łaskę powrotu bądź nie… – wiedziałam, ale czy te odczucia będą pozytywne? Czy to, czego właśnie doświadczyła dało jej to, czego szukała?
Pocałowałam maleńki fragment ust, który wystawał spod folii, zatrzęsła się, jęknęła. Złapałam za ramię i ścisnęłam, po chwili chwyciłam łydkę. Odchyliłam trochę głowę, przytuliłam ją i szepnęłam:
– Zaraz wrócę.
Zauważyłam jak minimalnie skinęła głową.
W przedpokoju zrzuciłam buty ze stóp.
Weszłam do kuchni, a po chwili wróciłam z nożyczkami. Cięłam folię wydobywając jej mokre, drżące ciało. Rysowałam szlaczki ostrzem po odsłoniętej skórze, dmuchałam, zadawałam ból i głaskałam…

Wydobyłam swojego motyla z kokonu w szafie, okrywając go skrzydłami z miękkiego pluszu szlafroka i tuliłam, głaskałam i szeptałam, że jest bardzo dzielnym motylem i że bardzo go kocham.

***

Wszystko dobrze się skończyło, ale ostrzegam potencjalnych naśladowców: nie próbujcie tego w domu.
Zabawy na krawędzi to nie są praktyki dla każdego i nie na „każdy dzień”.