Niby człowiek zdaje sobie sprawę, że wraz ze zdobywaniem doświadczenia zmieni mu się sposób postrzegania pewnych spraw; niby człowiek jest tego świadomy, ale gdy zderza się z rzeczywistością, to zaskakuje go skala tej zmiany.

Niedawno miałam okazję obejrzeć jeszcze raz pokaz, który oglądałam na żywo rok temu, podczas siódmej edycji Kinky Party.
Pamiętam, jak z otwartymi ustami siedziałam i wpatrywałam się w to, co działo się na scenie, a moja uwaga była skupiona na dziewczynie o rudych – prawie czerwonych – włosach. Pamiętam, jak irytowały mnie dźwięki z sali, a mimo to, czułam…
Wróciłam do tego przypadkiem, w zasadzie od niechcenia, bo dokładnie ten pokaz został automatycznie odtworzony przez vimeo, a ja – zajęta rozmową – nie spostrzegłam, że leci już coś innego niż przed chwilą. Gdy przełączyłam zakładkę… Uderzył we mnie piorun. W przeciągu kilku pierwszych minut zauważyłam tyle niuansów i drobnostek, których na pewno nie widziałam wcześniej, że zjeżyły mi się włosy na karku.
Czułam się tak, jakbym pierwszy raz oglądała przedstawioną mi historię. Czułam, że ten materiał zasługuje na moją większą uwagę, więc włączyłam go od początku i zniknęłam z internetów na jakiś czas.
Czułam… Czułam się tak bardzo inaczej niż rok temu. Czułam inaczej siebie i ich: bardziej, głębiej.
Rozumiałam więcej, doceniałam wysiłek, obciążenia, pozy i przejścia między nimi… Długo by wymieniać, ale wszystko po prostu jest już inaczej.
Jaka jest różnica? Tylko rok doświadczenia, bo przecież to nadal ten sam pokaz, który oglądałam spod sceny w VooDoo, to nadal ci sami ludzie, którzy wystąpili rok temu.
Tylko ja jestem inna, zmieniona, „naznaczona doświadczeniem”.

Własnie minął rok, dokładnie 365 dni, od chwili, w której koleżanka postawiła przede mną papierową torebkę, w której był puchaty szary królik i starannie zwinięta lina. Pamiętam, jak się wtedy czułam, pamiętam wszystko ze szczegółami jakby to było wczoraj.

Siedziałam jak przygłup w środku centrum handlowego i trzymałam, a w zasadzie tuliłam jutową linę do piersi. Moją linę, mój sznurek, tylko mój… I zatapiałam swoje zmysły w jej zapachu. Dotykałam opuszkami paców mechatości, poznawałam fakturę splotów… Nie mogłam uwierzyć, że dostałam sznurek. Przecież to tylko kawałek sznurka… Dla mnie to był aż kawałek sznurka i wywoływał u mnie bardzo pozytywne i jednocześnie duże emocje.

Wtedy jeszcze nie przypuszczałam, że zacznę wiązać sercem. Przez myśl mi nawet nie przeszło, że kiedyś będę tkać opowieści za pomocą ciał, lin, emocji… Nie byłam świadoma tego, jak wiele zmieni w moim życiu osiem metrów jutowego sznurka. Wtedy… Myślę, że wtedy nikt nie był w stanie przewidzieć, jak bardzo przesiąknę zapachem juty.

****

Zawsze miałam wysokie wymagania, a najwięcej wymagałam od siebie samej. To poniekąd przekleństwo, ale na dłuższą metę uważam, że przy linach, to akurat bardzo dobra cecha, bo człowiek dąży do perfekcji oraz przykłada dużą wagę do tego, co tworzy i jak to robi.
Pamiętam, jak na początku byłam przesadnie uważna, by na pewno nie zrobić komuś krzywdy. Dziś uważam, że to bardzo dobrze, że tak zaczęłam. Znałam swoje możliwości i nie porywałam się na coś, co wykraczało poza moje umiejętności. Z drugiej strony, gdy uczyłam się czegoś nowego, zawsze ktoś był, zawsze ktoś mógł pomóc, bo tylko w obecności kogoś bardziej doświadczonego czułam się pewnie. To było po prostu bezpieczniejsze dla osoby wiązanej, zwłaszcza na samym początku, gdy uczyłam się podstaw-podstaw. Miałam świadomość, że liną można zrobić krzywdę i że sznurek to nie piórko do miziania.

Przez ten rok przemknęło mi przez głowę mnóstwo pomysłów, wiele z nich zrealizowałam, przeżyłam przepiękne chwile, głębokie wzruszenia innych i swoje własne. Popełniałam błędy, zauważałam je i pracowałam nad najsłabszymi punktami moich wiązań.
W ciągu tych 365 dni było kilka momentów, które wyznaczyły kierunek moich kroków i działań, momentów, które miały największy wpływ na to, co i jak jest obecnie.

Pierwszym takim momentem – będziecie się śmiać – było moje własne zawstydzenie.
– Popraw jej pierś.
– Yyyy. Ale jak?
– Weź do ręki i podnieś?
„Sytuacja właściwa” polegała na konieczności podniesienia piersi, by poprawić linę pod nią. Jakoś nie byłam w stanie tego zrobić tak, by zgadzało się to z moim podejściem do intymności i obcowania z ciałem innych ludzi w kontekście nieerotycznym, bo w moim świecie wiązanie nigdy nie polegało na macaniu… Dziś wiem, że można dotknąć tak, by nie naruszać czyjegoś komfortu i intymności, a poza tym, można uprzedzić słowem, ale tego oczywiście trzeba się nauczyć.
To uprzedzanie słowami o (być może mniej komfortowym) dotyku zostało mi do dziś i dotyczy zwłaszcza osób słabo mi znanych (albo totalnie obcych), ale także chwil, gdy wiążę kogoś, kto nie ma doświadczenia z linami w ogóle i jest to jego pierwszy raz.
To nie oznacza jednak, że nie dotykam innych w sposób erotyczny, o nie. Oczywiście, że dotykam, ale nie każdego i nie zawsze.

Ta sytuacja była na samym początku mojej przygody z linkami. Pamiętam, że przygotowywałam się wtedy do swoich pierwszych warsztatów i byłam świeżo po lekcjach indywidualnych. Klepałam podstawy, ciągle powtarzałam wiązania, a nawet ćwiczyłam przekładanie sznurka w myślach. Wszystko to z prostego powodu: nie chciałam zaniżać poziomu grupy i za bardzo odstawać od innych. Udało się. W kilka dni ogarnęłam „materiał” do poziomu, który nie spowalniał pozostałych osób.
Dziś wiem z praktyki, że duże różnice między poziomami umiejętności wśród uczestników warsztatów powodują opóźnienia lub całkowite pominięcie pewnych punktów programu. Gdy na warsztatach pojawia się osoba, która nie umie kompletnie nic, to prowadzący zajęcia musi pokazać podstawy tej osobie. Przez co osoba o znacznie niższych umiejętnościach absorbuje czas prowadzącego do takiego stopnia, że reszta grupy niewiele tej nowej wiedzy wynosi z zajęć. To z kolei może prowadzić do niezadowolenia z warsztatów, które zwykle są dość kosztowne. Umówmy się, sznurkowanie nie należy do taniego hobby.

W tym okresie odkryłam też, że jakość liny ma olbrzymie znaczenie nie tylko dla mnie jako osoby wiążącej, ale także dla rope bunny. Dobrej jakości juta nie rani mi palców, nie skręca się tak, nie rozciąga, inaczej się układa, bo dobrej jakości lina jest po prostu lepsza i milej się jej używa.

Drugim takim momentem była chwila, w której pierwszy raz poczułam emocje od kogoś, kto odpłynął w moich linach.
Pamiętam, że miałam w ręku sznurek, kończyłam węzeł i chciałam zapytać, czy zrobiłam to dobrze, ale „nie było kogo”. Pamiętam, jak zmiękły mi kolana. Czułam się jakby ktoś mnie wrzucił na głęboką wodę, potrzebowałam czasu, żeby oswoić się i z tym co poczułam, i z własnymi przemyśleniami.
Zrozumiałam wtedy jak dużą odpowiedzialność ponoszę za swoje decyzje. Do dziś pamiętam, jak wystraszyło mnie wystąpienie tego stanu, bo wiązałam wtedy z dwa, może trzy tygodnie.
„Ropespace” się pojawił, bo ta osoba wierzyła we mnie i w moje umiejętności, ufała mi, a ja się wystraszyłam, bo nie wierzyłam, że potrafię wiązać na tyle dobrze, że to jest bezpieczne, gdy jest pozostawione „bez opieki”. Nie zdawałam sobie sprawy też z tego, że można po tak krótkim czasie uczenia się wiązania, uzyskać taką reakcję. Chciałam to umieć – naprawdę – ale nie wiedziałam, że już umiałam.

Parę dni później miało miejsce kolejne zdarzenie, które w znacznym stopniu wpłynęło na to jak wiążę – przytarłam koleżance stopę. Wystarczył raz. Wystarczyło raz poczuć jak to jest, gdy się komuś przypadkiem robi krzywdę, by (jak do tej pory) nigdy więcej nie przytrzeć nikogo innego.

Z perspektywy czasu uważam, że lepiej jest nie być zbyt pewnym siebie, niż sądzić że z marszu przebiegnie się maraton.

Od tamtego momentu nauczyłam się wiązać „na coś”, co było celem. Jeśli się uczyłam, to starałam się nie dopuszczać do odpłynięć, a jak się bawiliśmy, to się bawiliśmy i już. Nauczyłam się też oceniać do jakiego momentu potrzebuję uwagi osoby, którą wiążę i często o tę uwagę prosiłam przy rzeczach, których nie byłam pewna. Nadal tak mam, że proszę o większą czujność u rope bunny przy rzeczach, które są dla mnie nowe lub które rzadko wiązałam.

Dopiero trzecia sytuacja, którą sama w sumie zaaranżowałam, udowodniła mi… A w zasadzie to ja sama sobie udowodniłam, że potrafię.
Mniej więcej po sześciu miesiącach wiązania wykonałam pewne ćwiczenie. Poprosiłam o zawiązanie mi na oczach chustki i wiązałam, nie patrząc nie tylko na liny, ale w ogóle. To, co zobaczyłam po zdjęciu tenugui ze swoich oczu, bardzo mnie zaskoczyło. Oczywiście pozytywnie.

Od tamtego momentu przestałam uważać, że się nie da, bo nie umiem. Zaczęłam wierzyć, że umiem, a jeśli czegoś nie umiem, to zaraz się „naumiem” – tylko trzeba mi powiedzieć/pokazać jak to zrobić. Otworzyłam się też na „informację zwrotną” od samej liny, co znacznie ułatwia pewne rzeczy, ale i poszerza u mnie spektrum doznań w chwili, gdy wiążę.
To ćwiczenie z niepatrzeniem wpłynęło u mnie na „czystość” wiązania, w moich linach jest znacznie mniej chaosu, zakończenia są estetyczniejsze, ładniejsze i lepiej wykorzystuję linę, jeśli jakiś zostaje mi nadmiar.
Do dziś łapię się na tym, że jeśli nie widzę, zamykam oczy, by lepiej czuć innymi zmysłami. Dzięki temu doświadczeniu bez problemu mogę patrzeć komuś w oczy, zamiast na sznurek, który wiążę.

Te zmiany widać na zdjęciach plenerowych znad morza, z których jestem bardzo dumna, no może poza jedną małą rzeczą – nierówno położonymi linami w jednym z podwieszeń, ale ja już pisałam, że ja dużo od siebie wymagam…
Narzekałam straszliwie, że dałam ciała, sądziłam, że przez to cały plener jest do dupy. Na szczęście usłyszałam od kogoś, że jest też coś takiego jak „zbyt idealne wiązanie” i że to też nie jest dobre. Przestałam przekreślać wszystko to, co zrobiłam, z powodu jednego niedociągnięcia, ale to nie znaczy, że dałam sobie taryfę ulgową i że od wtedy wiążę byle jak, oby się trzymało. Bynajmniej, nie o niechlujność chodzi. A o samo podejście i umiejętność cieszenia się z czegoś, co nie jest doskonałe, a co daje pozytywne emocje.

Moment, w którym ludzie zaczęli prosić, bym ich związała podczas imprezy mocno mnie wycofał. Wystraszyło mnie to, że inni zaczynają mnie i moje sznurki zauważać. Paradoksalnie wolę być niewidoczna, chociaż lubię być doceniana i lubię bawić się podczas imprez, nie jestem tylko widzem.
Tak czy inaczej, to był kolejny przełom. Uświadomiłam sobie, że jeśli chcę, to mogę wiązać innych ludzi. Więc dziś obok mnie jest więcej niż jedna osoba, z którą łączy mnie sznurek. Dzięki temu widzę różnice i w rodzajach reakcji i w środkach ciężkości…
Ale również dzięki temu mam świadomość, że każda nowa osoba, którą zaczyna się wiązać, to tak naprawdę nauka wiązania od nowa. Czemu? Bo nerwy nie zawsze idą książkowo, przekonałam się o tym, porażając nerw innej koleżanki.
A poza tym… Nikt mnie nie nauczy „jak wiązać tę osobę” lepiej, niż ta osoba, ale i na to potrzeba czasu, cierpliwości i pokory, a wtedy z każdym kolejnym wiązaniem będzie tylko lepiej.

Kolejnym przełomowym momentem było wzruszenie. Moje własne.
Bo coś, co uważałam za piękne, a z czym miałam kłopot, „nagle” wyszło. Związałam to, popatrzyłam i się rozpłakałam ze szczęścia, że mogę na to patrzeć, a to jest tak piękne i że powstało moimi rękoma, jej ciałem, jej ofiarowanym cierpieniem, że to właśnie ona w tych linach/w tej pozycji wygląda tak ślicznie. Bardzo doceniam to doświadczenie, ono mnie nauczyło, że wolno mi czuć i że wolno mi pokazywać to co czuję. Nie tylko dumę, bo coś wyszło, bo czegoś się nauczyłam, bo ta osoba wytrzymuje. Nauczyłam się, że prócz słów uznania czy uśmiechu, mam prawo okazywać swoje emocje, że mam prawo się wzruszyć i że to też jest piękne.

Dużo myślę o linach, o różnych aspektach wiązań, lubię się dzielić swoimi spostrzeżeniami, pokazywać swoje spojrzenie.

Mało odkrywczym, ale jednak ważnym wnioskiem jest to, że nie wszystko jest tak samo komfortowe dla każdego. Różnorodność w odporności na ból, różnice w wytrzymałości i wiele, wiele innych czynników wpływa na komfort wiszenia lub na jego brak… Ten temat jest zwykle pomijany, a ja uważam, że jest na tyle istotny, że należy mu się kawałek miejsca w sieci.
Hamak jest słowem, które towarzyszyło mi przez cały ten rok, tak nazywam (do dziś) wiązanie, które jest tak wygodne, że można w nim spać właśnie jak w hamaku. Określam w ten sposób wiązania z dużą ilością punktów podwieszeń, wygodnymi oplotami i bez przeciążeń… Jednym słowem wszystko to, co nie było semenawą, było dla mnie hamakiem. Chociaż tutaj też można by polemizować. Bo co jeśli hamak nie jest hamakiem? To czym wtedy jest? Semenawa to styl – owszem, ale to także podejście do lin, podejście do cierpienia…
W chwili gdy zaczęłam być częściej wiązana, „odkryłam”, że to, co dla oglądającego wygląda na hamak, wcale nie musi być hamakiem dla osoby wiązanej. Takim moim osobistym „nie-hamakiem” jest przeklęta lina w pasie – jakakolwiek lina w pasie i/lub na biodrach. Mam tam bardzo cienką i wrażliwą skórę, a uczucie „wiszenia” w tych miejscach przypomina przecinanie mojej skromnej osoby na pół… Ale za to „godzinami” mogę wisieć na linie w kroczu, bo nie robi to na mnie w zasadzie żadnego wrażenia. Bardziej komfortowe jest dla mnie strappado, dramatem jest składnie rąk za plecami.
Paradoksalnie na strappado powiszę dłużej niż na klasycznym TK. Powód? Przewlekły stan zapalny mięśnia i w obciążeniach ból przypominający próbę stawania na skręconej kostce.
To wszystko sprawia, że patrząc na coś, co wygląda DLA MNIE jak hamak, mówię, że to wiązanie jest dla mnie (personalnie) hamakiem.
Cały ten rok, pozwolił mi na odkrycie, co jest dla mnie komfortowe i pozwala na więcej, a co zabija mnie bólowo i odbiera mi całą przyjemność z bycia wiązaną. Dziś jestem w stanie powiedzieć znacznie więcej osobie, która chce mnie wiązać, na co ma uważać, a z czym można poszaleć. Znam swoje możliwości i swoje preferencje w linach.
Dzięki temu, że sama więcej wiem (z własnego doświadczenia), to lepiej czytam reakcje ciała osoby, którą wiążę; lepiej rozumiem to, co przeżywa; co czuje…
W moim przypadku doświadczenie z jednej strony lin płynnie przechodzi w doświadczenie po przeciwnej ich stronie.

Ostatnim ważnym momentem były dla mnie warsztaty, na których nabrałam pewności co do własnych upodobań w linach szeroko pojętych. Zrozumiałam, że do pewnych poziomów doświadczenia możesz dojść z konkretną osobą, ale dalej już nie, a żeby się rozwinąć ponad to, co już masz, musisz coś zmienić, o ile w ogóle chcesz się rozwijać dalej.
Tak na marginesie, to wcale nie oznacza końca zabawy z tą osobą, wcale nie. To oznacza zaakceptowanie tego, że ktoś może mieć ograniczenia.

Z tego ostatniego wniosku wypływa jeszcze jeden, dodatkowy. Kiedy nie ma się doświadczenia, podstaw można się nauczyć od każdego, kto ma odpowiedni poziom techniczny i umie tłumaczyć. Z czasem, wraz z wyrabianiem sobie podejścia i gustu, dochodzi się do wniosku, że nie da się uczyć od każdego, kto jest od nas bardziej doświadczony. Wystarczy brak zgrania w podejściu do lin, żeby pojawiła się irytacja i zniechęcenie.

****

Puentą niech będzie jedna z moich najwcześniejszych myśli, która przez te 365 dni tylko się we mnie wzmocniła: w linach nie ma miejsca na JA, w linach tworzy się MY.
Wiązania bardzo zbliżają ludzi i nie ma co się oszukiwać, że jest inaczej. Wiązania wyzwalają duże emocje, liny znaczą śladami na skórze swoją drogę od bezpiecznej przystani, ciepła, dotyku po cierpienie, po ból, ale docierają i do wzruszeń oraz uśmiechów pełnych dumy i zrozumienia. Rigger, rope bunny i sznurek – to wszystko tworzy jedną spójną całość, to kompletna historia, której można stać się obserwatorem…
Ale bez dobrego pędzla i płótna nie staniesz się poważanym artystą, a mając wspaniałe płótno, farby, pędzle – nie stworzysz dzieła, jeśli nie wiesz jak używać narzędzi.
To porównanie ma też drugie dno. Otóż, jeśli nie zadbasz o płótno, farby czy pędzle, one szybciej się zniszczą. Warto tutaj zaznaczyć, że rope bunny ofiarowuje riggerowi swoje cierpienie i nierzadko wytrzymuje naprawdę dużą dawkę bólu. Jeśli ta osoba nie będzie czuła, że doceniamy jej zaangażowanie/jej wkład, to odejdzie szukać swojego riggera gdzieś indziej.

Jestem wdzięczna, że dostałam wraz z tym sznurkiem taką szansę i myślę, że jej nie zmarnowałam. Jestem wdzięczna za tych wszystkich ludzi, z którymi powiązała mnie lina; jestem wdzięczna za tych ludzi, którzy mnie wspierali i którzy dzielili się ze mną swoim doświadczeniem. Dzięki nim nauczyłam się patrzeć przez pryzmat lin; nauczyłam się czytać liny jak rigger, a nie jak osoba, która ogląda sznurki tylko z widowni. Zaczęłam dostrzegać lekkość w tym, co przecież nie jest wcale takie lekkie; zaczęłam dostrzegać emocje u osób wiążących, a nie tylko tych wiązanych, aż w końcu, to wszystko razem sprawiło, że liny są dla mnie piękniejsze, głębsze i przez to pełniejsze.

Dziś wiem, czego szukam w linach; wiem, jakich reakcji szukam, jakie chcę wywoływać emocje u ludzi, których wiąże. Dziś wiem, że mogę ocenić – wiem, to brzydkie – poziom wiązania osoby i zdecydować, czy chcę pozostawać w jej świecie lin czy nie – bo mam wybór. Dziś wiem, ile nauki i wysiłku trzeba włożyć w to, by wiązać; wiem też, ile potrzeba pokory, szacunku i cierpliwości, by robić to dobrze.
Dziś wiem, jaką wartość mają dla mnie moje sznurki…

 

Wiem jeszcze jedno. Nie jestem mistrzem i nadal popełniam błędy, ale przyznaję się do nich, pracuję nad nimi. I wiem, że ja wcale nie chcę zostać tym mistrzem, bo to by oznaczało, że osiągnęłabym wszystko to, co jest do osiągnięcia. A ja chcę umieć odkrywać w linach ciągle coś nowego, widzieć nowe inspiracje, czuć więcej i więcej, stale się ich ucząc. Chcę. Bardzo chcę.

Liny… One nie wybaczają bylejakości; one wymagają systematyczności. Nie byłabym w tym miejscu dziś, gdyby nie sprezentowany sznurek. Nie byłabym, gdybym nie mogła spróbować; gdyby nie to, że mam kogo wiązać. Nie byłoby… Nie było by też rozwoju po drugiej stronie sznurka, gdybym nie mogła dzielić pasji z odpowiednimi osobami. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że ja mogę, że ja chcę, że mam z kim i że dzięki temu wszystkiemu będę dalej uczyć się wiązać.

– Hej, ładnie pachniesz.
– Dzięki.
– Nowe perfumy?
– Nie, tak pachnie juta.

Nie przypuszczałam, że tak bardzo zmieni się mój świat w 365 dni…

korekta: Shukujo