Kiedyś napisałam, że liny snują swoją mechatą opowieść na ciele wiązanej osoby. Napisałam, że żeby poczuć linę, należy wsłuchać się w to, co ona nam przekazuje.
Dziś wiem, że potraktowałam temat jednostronnie i mi z tym źle.

Są momenty w życiu, w których człowiek potrzebuje przetestować to, co umie. Małe wyzwania, dające satysfakcję lub – w razie niepowodzenia – skłaniające do refleksji. Takie momenty uczą pokory oraz przykładania większej uwagi do tego co robimy, jak robimy albo po co.

Przygotowałam sobie egzamin.
Zrobiłam ćwiczenie polegające na tym, by nie patrzeć na to, jak się wiąże. Co dokładnie zrobiłam?
Pozwoliłam zawiązać sobie chustkę na oczach, a ciemne tenugui złożone na cztery, skutecznie odcięło mi zmysł wzroku. Ale przecież, prócz patrzenia mogę słyszeć, mogę dotknąć, mogę poczuć… Mogłabym też podglądać, ale wtedy oszukałabym samą siebie, a nie na tym to przecież polega.

To pozornie proste ćwiczenie dało mi wiele, przede wszystkim zrozumiałam, że lina mówi także do mnie, kiedy wiążę, ale też uwierzyłam w to, że nawet nie patrząc, potrafię związać komuś nogi – chociaż tę czynność częściowo robiłam już wcześniej. Uwierzyłam w to, że potrafię dobrze wiązać, a skoro potrafię wiązać nie patrząc, to daje mi to dużo więcej możliwości niż na pierwszy rzut oka może się wydawać. Myślę, że udowodniłam sobie, że osiągnęłam więcej, niż mi się wydawało, bo zdałam własny egzamin.

Jednak to ćwiczenie daje o wiele więcej, o czym nie chcę pisać wprost, ale zachęcam tych, którzy wiążą, do tego, by sami spróbowali związać choćby coś prostego z chustką na oczach. Zachęcam, bo to ćwiczenie jest zaskakująco odkrywcze i bardzo pouczające.

Ja na pewno podejdę wiele razy do tego egzaminu, bo spodobało mi się podążanie ulubionymi ścieżkami na ślepo.