Każdego dnia liczę dni od chwili, w której to wszystko się zaczęło.
Na początku poruszałam się sztywno po nowym obszarze pragnień, jakbym szła po cienkim lodzie. Pamiętam, jak bardzo się bałam, by nikomu nie zrobić krzywdy; pamiętam, jak każde słowa krytyki niby gasiły zapał, ale i motywowały. Pamiętam, jak chłonęłam wiedzę, jak powtarzałam bez błędów ruchy, ułożenia, bo zapamiętywałam wszystko bardzo dokładnie. Pamiętam, jak w myślach przekładałam wymyślony sznurek… I jak pierwszy raz zawiązałam inaczej sznurowadła w butach. Pamiętam, jak kiedyś musiałam zamknąć oczy, by wyczuć odpowiednie miejsca na ciele partnera przyjaciółki. Dopiero potem, jak już położyłam tę linę, ona powiedziała mi „hej, trzymałam palec w tym miejscu, idealnie to zrobiłaś”… Ale ja dalej nie wierzę. Nie wierzę, że potrafię.

Pamiętam dzień, w którym postawiłam pierwszy krok za tę niewidzialną, magiczną linię. Pamiętam dzień, w którym ona zepchnęła mnie z bezpiecznego pomostu w głęboką wodę – ucząc i jednocześnie wierząc, że sobie poradzę. A ja? Ja byłam przerażona. Ale dzięki temu poznałam różnicę.
To ona pierwsza pokazała mi piękno emocji w linach, zaskakując mnie tym zupełnie. Poznałam wtedy ciężar decyzji, jakie się podejmuje, a których nikt nie sprawdzi.
Zrozumiałam wtedy, że wiązać to nie tylko brać odpowiedzialność za to, co się robi, ale że to również możliwość dania komuś czegoś więcej, niż uczucie wiszenia czy bycie skrępowanym. Odkryłam, że wiązanie dla mnie jest ciepłym pięknem wzajemnie przeplatających się emocji, pięknem porozumienia – często bez słów. Zrozumiałam, że wiązanie to coś, co bardzo zbliża dwoje ludzi.
Wtedy odkryłam przepływające emocje między nami… Odkryłam, bo mi zaufała i pozwoliła je odkryć.

Parę dni temu dostałam kolejną lekcję, która jest dla mnie bardzo cenna.

Wiązanie, które wybrałyśmy było obciążające, ale ja koniecznie chciałam je przećwiczyć. Potrzebowałam sprawdzić, na ile je pamiętam i na ile sobie z nim jestem w stanie poradzić, ale i dla niej ta pozycja była dużym wyzwaniem. Chciałyśmy tego obie.

– Na klęcząco chcesz? – zapytałam zdziwiona.
– No, zróbmy to jak trzeba – odpowiedziała.
– Ale jak klękniesz, to odpłyniesz, a jesteś mi potrzebna przytomna…
– Nie odpłynę – zapewniała.
No cóż…
Odpłynęła w połowie pierwszej liny od TK. Uznałam, że nie będę jej wytrącać z transu, póki nie muszę i doplątałam całą resztę wraz z liną do podwieszenia. Nie była zadowolona, gdy ją pociągnęłam do góry tak, by stała na nogach, bo wiedziała, że ją zaraz wybudzę.
– Hej, skarbie, wróć do mnie. Potrzebuję Cię.
– Uhmmm – mruknęła półprzytomna.
– No ej, miałaś mi pomóc. Trzecia lina! – Złapałam ją za podbródek i potrząsnęłam.
Otworzyła niechętnie oczy, a ja zaczęłam tłumaczyć co i jak. Niby zasadę znam, ale niespecjalnie jestem przekonana, że umiem tę trzecią linę wiązać.
Zabrałam się za plątanie, a ona pilnowała, słuchając tego, co mówię.
– Poradziłaś sobie. Mogłaś mnie nie budzić. – Skrzywiła się.
Spojrzałam na nią z wyrzutem i wróciłam do wiązania. Kolejnym punktem programu było wiązanie kostki, a potem dowiązanie tej nogi za udo nad kolanem do liny nośnej.
Patrzyłam, jak się krzywi i miałam dziką satysfakcję z tego, ale po chwili zmieniłam miejsce.
– Nie, nie, wróć – odezwała się.
– No dobra.
Myślałam sobie, że bardziej się zna, ale czułam, ze lina wbijała się w ścięgna. Uznałam to za zły pomysł, by wiązać to tak nisko, ale posłuchałam i tak zostając przy swoim, bo ułożyłam linę inaczej, niż było wcześniej.
Stała na jednej nodze, druga była zadarta, co przy jej budowie było bardzo obciążające.
Siedziałam pod nią, czekałam, aż uspokoi oddech, dotykałam jej liną, zawiązałam jednokolumnowe nad kostką nogi, na której stała. Wstałam, trzymając drugi koniec liny w dłoniach. Wtuliła się, topiąc twarz w moich włosach.
– Boli? – zapytałam.

Nie czekałam na odpowiedź, wiedziałam, że boli. Wtedy poczułam, że to jest ten moment. Wypowiedziałam trzy krótkie zdania, mówiłam cicho i spokojnie. Oparłam swoją stopę o jej udo, pociągnęłam za linę, którą miałam w dłoniach. Moja ofiara jęknęła przeciągle z bólu, opierając się całym ciężarem ciała na dwóch punktach podwieszenia.
Ból, jęk, dotyk, spokój, ustabilizowany oddech, widoki jak kolejne slajdy z rzutnika. Inny świat. Zmiana bodźca. Szybka decyzja, tę drugą nogę w futomomo. Ale zanim zabrałam się do wiązania, pogładziłam skórę, czując lekką wilgoć. Nagle na wierzch dłoni spadła mi kropla i rozprysła się na boki. Słyszałam, jak kolejne upadły na matę, patrzyłam na nie.

– Łzy – pomyślałam.

Nie byłam pewna, dotykałam kolana, łapałam za stopę.

Rozważałam. Może to pot… Ludzie pocą się bardziej, kiedy ich boli – normalne. Ale nie, to nie to. Popatrzyłam na nią, odgarnęłam włosy z jej twarzy… I zobaczyłam czerwone białka z wyraziście niebieskimi tęczówkami, które się do mnie uśmiechnęły kolorem.

***

Kto by pomyślał, że tak potrafię… Chciałam to umieć. Naprawdę. Jednak nigdy nie przypuszczałam, że uda mi się znaleźć ten konkretny klucz, bo nie wierzyłam, że potrafię.
Ale dziś wierzę, że umiem. Nawet jeśli to były dopiero pierwsze drzwi, to za nimi będą kolejne i nawet jeśli klucze do nich będą inne… Poszukam ich, poszukamy ich razem, bo przecież to ona zabiera mnie do swojego ogrodu, w którym kwitną jej emocje. To ona pozwala mi ich dotykać, wąchać je, cieszyć się nimi. Wystarczyło umieć patrzeć, słuchać, wystarczyło umieć przeczytać…

Znalazłam ten klucz i wydrapałam na nim swoje inicjały.