Wiesz, jakie to uczucie, kiedy trzymasz w dłoniach małego kotka, niemowlaka – kogoś bardzo kruchego, kogoś bardzo ważnego dla innych osób?
Miałam okazję się przekonać, jak to jest. Jakie to uczucie, otulić troską kogoś, kogo lubię, a z kim nie jestem związana relacją. Dostałam kredyt zaufania. Trzymałam w dłoniach małą Wiewiórkę z szarym piórkiem wczepionym w sierść za uchem, która dumnie na mnie patrzyła.

Emocje nie mają dla mnie płci, ale za to mają dla mnie energię, tę energię można sobie rozłożyć na kolejne warstwy – tryby. Można. Tylko po co?
Każda emocja jest reakcją, bez których nie ma dopełnienia. To właśnie ta energia połączyła mnie i tę małą wiewiórkę, która spokojnie leżała w moich dłoniach. To właśnie to czym jest mój sznurek. On nie patrzy na kogoś i nie widzi powierzchowności, on czuje wnętrze. Dzięki niemu i ja mogę je poczuć, bo to spaja w jeden umysł.

***

Byłam zdenerwowana, zawsze jestem, gdy robię coś po raz pierwszy, zwłaszcza wtedy, gdy ktoś to obserwuje. Czułam, jak twarz mi płonie, ale jednocześnie czułam też, że ona mi ufa. Teraz, jak o tym myślę, to mam wrażenie, że to paradoks, bo jej spokój uspokajał mnie. Ona we mnie po prostu wierzyła.

Miałam tylko jedną prośbę, jedną malutką. Potrzebowałam mieć z nią kontakt na tyle, bym mogła zadawać pytania i by odpowiedzi szły sprawnie. Nie miałam nic przeciwko odpłynięciu, bo to dla mnie zawsze komplement, ale jednak… Wiązałam ją tylko raz i tylko technicznie, na samym początku mojej drogi splątanej sznurkiem. Mając świadomość, że doświadczenie nie rośnie na trawnikach, tak jak czterolistne koniczyny i nie można go po prostu znaleźć i zerwać, zabrać ze sobą – zadawałam dużo pytań, póki nie zawiązałam dwóch pierwszych lin i nie podwiesiłam.

***

– Jeszcze zobaczymy, jak to pracuje – popatrzyłam na te kilkanaście metrów poplątanego sznurka. Nie podobał mi się. Ale na estetykę przyjdzie czas, teraz to ma dobrze pracować i być skuteczne. Położyła się w linach, a ja byłam zaskoczona, że pomimo tego, że nie było to tak ładne jak miało być – działało i to całkiem dobrze.
Podciągnęłam linę wyżej.
– Jezu, jaka ona lekka. Niby ją czuć, ale… – gdybym na ten pomysł wpadła wcześniej, mogłabym ją podnieść z podłogi jednym ruchem. W mojej głowie nastąpił proces gąbczenia mózgu. Zaczęłam chłonąć każde westchnięcie, każdy pomruk i wyraz jej oczu, zaczęłam na nią reagować.
Oddałam jej podłogę, nie mogłam być tak okrutna i jeszcze przez chwilę stała na pełnych stopach zamiast na palcach. Zabrałam jej koc spod nóg, na którym chwilę wcześniej klęczałyśmy.
– Zerowy instynkt samozachowawczy – mruknęłam pod nosem uśmiechając się do niej. Stała krzyżując nogi w kostkach. Nie mogłam się powstrzymać. Związałam je tak, na krzyż, a wiążąc nie patrzyłam na linę, a na jej twarz. Zaciskając jutę słuchałam opowieści jej płuc, czułam jak koniec jej warkocza muska moje czoło.
Zostawiłam sobie kawałek sznurka – specjalnie. Oparłam jedną stopę o jej biodro i pociągnęłam jej nogi do siebie. Obróciła się jak kukiełka, mruknęła, cały ciężar ciała poszedł w ramiona.
Pokazała mi język.
– Co? Za wygodnie Ci? – szepnęłam. Widziałam przekorną radość w jej oczach, jak sięgnęłam po chustkę. Ale gdy poprosiłam o otworzenie ust, widziałam zmianę, bo materiał poszedł inaczej niż chciała. Drugą chustką owiązałam tę, którą miała w ustach, inaczej wypchnęłaby ją językiem. Zabrałam się za wiązanie ud, postawiłam ją sobie na swoich i szybko oplątałam linę wokół talii i ud. Teraz już stała na palcach. Otworzyła szerzej oczy. Dla mnie to był czytelny komunikat, który jednocześnie był prośbą – „proszę, wyjmij mi to z ust”.

Zdjęłam gumkę z warkocza, rozplątałam go, a kaskada intensywnego zapachu oblała moją twarz. W głowie już wcześniej miałam kisiel, ale teraz to jakby go ktoś podpalił. Przeczesywałam palcami włosy nie tracąc kontaktu wzrokowego, bo przecież siedziałam pod nią, a ona się kołysała, obracała delikatnie na linie…

Zauważyłam, że jej ciało drży, zaniepokojona pomyślałam, że może jej być zimno, ale to nie był chłód, to były emocje. Stała tak, piękna w swoim cierpieniu, w swoich emocjach. Musnęłam ustami skórę na jej brzuchu, miałam wrażenie, że drgnęła, ale nie zaprotestowała. Chyba się nie spodziewała, że w taki sposób docenię to co dostałam. Chciałam przekazać, że doceniam wszystko, nie tylko wytrzymałość, giętkość, włosy, ale całość, każdą część ciała, każde skrzywienie, każde warknięcie.

Potem już na ziemi, przyciągnęłam jej skrępowane jeszcze ciało między swoje nogi. Siedząc tak z boku można kogoś dobrze trzymać nogami, jedną ręką tulić i głaskać, a drugą rozwiązywać. Czułam jak obejmuje mnie ciepło – ciepło wiewiórczego ogona, który się owija wokół nas.
– Chcesz pić?
– … – patrzyła na mnie swoimi wielkimi szaro-zielonymi oczami, jakby nie rozumiała co do niej mówię.
– Piciu. Jesteś spragniona?
– Nie, nie jestem – zaszkliły jej się oczy, opadła na mnie i się rozpłakała. Pogłaskałam ją po policzku. Całe moje ciało było jak płonący kisiel.
Zaszeleściły krucze skrzydła.

***

Znam ciężar decyzji. Znam ciężar odpowiedzialności. Poznałam wartość jej emocji.
Dziś wiem jak to jest trzymać w rękach Wiewiórkę z szarym piórkiem wczepionym w sierść za uchem, która dumnie na mnie patrzy.

W tym miejscu muszę podziękować czterem osobom.
Swojej Lady, że w ogóle pozwoliła mi się rozwijać w sznurkach, za to, że mnie motywuje, zachęca, daje miejsce do ćwiczeń. Ale przede wszystkim za to, że mogłam mieć interakcję z kobietą.
Stadu – dlatego, że dali kredyt zaufania. Baladorowi, że pozwolił i że zaufał komuś, kto wiąże tak krótko. Murakamiemiu, że był i że wspierał oraz oczywiście Shu – za piękną lekcję emocji w linach.