Siedzę i patrzę na obtarcie na moim kciuku. Powstało dlatego, że miałam „kryzys”. Potrzebowałam poczuć linę, poczuć ten specyficzny rodzaj bólu… Wiązanie samej siebie jest bardzo trudne, zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja. Nadmiar ciała wcale w tym nie pomaga. Człowiek się męczy, bo ma ograniczone ruchy, a potem… Potem to nawet przerzucenie sznurka przez bambus jest wyczynem, ale udało się. Zrobiłam sobie „krzywdę”, potrzebowałam jej… Dlaczego? Dlatego, że moja lina ma dwa końce, ale zanim to zrozumiałam, musiało minąć trochę czasu.

Lina z jednej strony była dla mnie „tylko sznurkiem”, a z drugiej – rodzajem włochatej opowieści. Usłyszałam ją pierwszy raz nieco ponad dwa lata temu. Zrozumiałam wtedy, że bycie wiązanym to forma okazywania uległości. To zdolność do współpracy i poddawania się linie i oddawanie siebie w ręce osoby, która mnie wiąże. Zrozumiałam, że to może być i jest piękne. Budziło to we mnie emocje, bardzo głębokie i ciepłe. Zachwycałam się też cudzymi, takimi uchwyconymi na zdjęciach emocjami, które płynęły przez liny. Widziałam je. Bardzo często je czułam, rozumiałam to, co widziałam – wystarczyło, że patrzyłam na obrazek. A mając okazję obserwować ludzi, którzy się wiążą, często zaczynałam się ślinić, współodczuwałam, zdarzało się nawet, że rozchylały mi się usta w niemym krzyku czy podziwie.
Ale i sama odpływałam w linach, niewiele pamiętałam z tego co się działo… A to tylko przecież rozumienie liny, poddanie się jej, wsłuchanie w opowieść i odbieranie tego, czego nie widać – fali energii, jakby zaszyfrowanego kodu, który tylko ja rozumiałam. To odczytywanie emocji które płynęły między Lady, a mną. Tylko to i nic więcej.
Jednak zrozumiałam, że nie – to nie tylko to, to aż to. Zrozumiałam też, że nie każdy będzie rozumiał linę w taki sam sposób, z identycznym zaangażowaniem.

Po drugiej stronie sznurka jest inaczej, ale równie kolorowo. Tutaj też ma się ślady. Otarcia do krwi, zamiast śladu po fakturze splotów, zdobią moją skórę. Tak. Zdobią. Dlaczego? Dlatego, że one też dają mi satysfakcję z tego co robię. Satysfakcję, bo wychodzi, bo mam do czynienia z pewnym rodzajem dopełnienia.
Wiązanie jest formą dominacji, ten kto ma sznurek, ten ma władzę.
Może dla niektórych nie jest to nic odkrywczego… Ale ja nigdy wcześniej wiążąc, nie postrzegałam tego tak. Nawet twierdziłam, że lina to jedyna rzecz, którą znam, która nie ma odbicia tak jak inne praktyki w moim „switchowym świecie”, bo będąc wiązana przez Lady – ulegałam. To „samo się robiło”, po prostu czułam, że to właściwa droga.

Poczucia władzy nad liną nie da się nauczyć. Dlaczego? Bo to nie nad liną ma się władzę, lina jest narzędziem. Można się uczyć milion lat, a nadal osoba wiązana się nie podda, a w chwili gdy będzie walczyć z liną, będzie jednocześnie walczyć z nami.
Dlaczego tak? Bo potrzebne jest zaufanie. To właśnie ono nie pozwoliło mi na wątpliwości z Lady, gdy to Ona mnie wiązała. Stworzenie pewnego rodzaju mostu miedzy osobą wiążącą a wiązaną leży po stronie osoby wiążącej. To ja muszę umieć przekonać tę osobę do siebie, to ona musi zaufać mi… Bo to ja… Mogłabym zrobić tej osobie krzywdę.
Gorzej… Gdy ten most budowany przeze mnie jest podpalany przez osobę wiązaną. Wystarczy dać kilka sprzecznych reakcji i komunikatów. Bo dając niewłaściwy feedback, narzekając, przesadzając czy marudząc – wtedy to nie zadziała, wtedy nie ma dopełnienia. Filtrowanie tego, co jest rzeczywistym zagorzeniem, a co jest marudzeniem wytrąca ze skupienia, a wtedy o krzywdę jest „dużo łatwiej”, bo i koncentracja jest mniejsza.

Niby to takie oczywiste, takie proste, gdy się o tym myśli lub czyta, ale gdy przychodzi czas na budowanie mostu, okazuje się, że wcale takie łatwe nie jest.

Lina potrafi boleć, a to sprawia że cierpię. Ale lina daje też przyjemność, daje spełnienie, sprawia, że w tym cierpieniu czuję się piękna. Ja też mogę zadawać ten ból, przyjmować to cierpienie w darze, odczuwać jego piękno, dawać i jednocześnie brać…
Znalazłam drugi koniec mojego sznurka, moja lina ma już dwa końce i każdy z nich kocham trochę inaczej.