Śmiać mi się chce, bo to brzmi jak scena z jednego z moich ulubionych, polskich filmów.
– Wypatrzyłeś ten sweter w jakimś nowym katalogu mody?
– Dostałem go. W prezencie.
– A może do końca nie wiesz co na siebie założyłeś? Albo czujesz, że się wygłupiłeś, ale teraz nie chcesz się do tego przyznać.

Nie, nie wypatrzyłam, nie wiedziałam w ogóle o istnieniu takiej liny. Tak, też ją dostałam tak, jak Grucha swój sweter. Doskonale wiem czym jest i absolutnie nie czuję abym się wygłupiła i zdecydowanie nie jest mi z tego powodu przykro, a co gorsze – przyznaję się do tego, że mam pierdolca na jego punkcie.
Ale ogólnie to jest to zabawne, bardzo zabawne, bo nikt nie przewidział tego, jak potoczy się historia tego jednego swetra… Znaczy sznurka, ale jak się uprę to zrobię sobie z niego sweter. To nic, że jeszcze nie umiem. Nauczę się! Kiedyś.

***

– Mamy coś dla ciebie – napisała znajoma, któregoś dnia przed świętami.
– Linkę? – zażartowałam.
– O tym nie pomyślałam – odpowiedziała.

Domyśliłam się, co dla mnie mają, bo kilka dni wcześniej pytali o coś bardzo charakterystycznego. Jednak nie przewidziałam, że prócz puchatego, szarego królika dostanę coś więcej.

Jakiś czas po tej rozmowie, udało nam się spotkać i już po chwili zasiadłyśmy przy kawiarnianym stoliczku, a przede mną została postawiona papierowa torebka. Zajrzałam do środka i zobaczyłam… Obok królika był sznurek.

Siedziałam jak przygłup w środku centrum handlowego i trzymałam, a w zasadzie tuliłam jutową linę do piersi. Moją linę, mój sznurek, tylko mój… I zatapiałam swoje zmysły w jej zapachu. Dotykałam opuszkami paców mechatości, poznawałam fakturę splotów… Nie mogłam uwierzyć, że dostałam sznurek. Przecież to tylko kawałek sznurka… Dla mnie to był aż kawałek sznurka i wywoływał u mnie bardzo pozytywne i jednocześnie duże emocje.

Potem rozmawiałyśmy o tej linie i kilku innych mniej istotnych tematach popijając co chwila kawę, ale przyznam się szczerze – niewiele do mnie dotarło z tego co powiedziała o samym jutowym tworze. W mojej głowie były dwa słowa – „mój sznurek” i póki go nie odłożyłam na bok – nie myślałam trzeźwo.

***

Dopiero wieczorem ochłonęłam z emocji.
Linka leżała blisko, można powiedzieć, że zbyt blisko, bo tak w sam raz – na wyciągnięcie ręki i przez to (albo dzięki temu) co chwila jej dotykałam. I choć się opierałam, to na nic się to zdało, bo ta lina była jak magnes… Przyciągała mnie do siebie, moją uwagę, moje zmysły i myśli. Wypełniała pokój swoim zapachem.

Dopiero gdy przełożyłam linę w inne miejsce, dopiero wtedy ponownie zapytałam o to jak o nią dbać, co z nią zrobić, jak się obchodzić żeby jej nie zniszczyć.
Przeczytałam w wiadomości, że lina jest wykonana ręcznie, że to jedyna taka w Polsce i że przyjechała z Włoch. Dowiedziałam się, że nie mogę jej prać, że w zasadzie nic z nią nie trzeba już robić i że jest gotowa do użytku.
Wtedy jeszcze pod nosem się zaśmiałam, ale dwie godziny później lina już nie była w motku, była włochatą historią, zebraną w garści i przytulaną, własnie wtedy zaczynała się historia tego sznurka.

Nigdy by mi do głowy nie przyszło, że kawałek liny i to w moich własnych rękach, będzie wpływał na mnie aż tak. Żaden inny egzemplarz nie budził… O przepraszam. Były jedne liny, których zapach wyczułam z odległości kilku metrów, ale tamte nie były moje, więc to się nie liczy.
W każdym razie bardzo mnie zdziwiło to, że reagowałam na narzędzie zbrodni w moich własnych rękach.

***

Pielęgnowałam swojego pierdolca na punkcie jednego sznurka.
Drugiego dnia posiadania – uwzięłam się i związałam swoje, własne udo. Byłam zaskoczona, że faktura liny odbiła się na mojej skórze – nie poczułam, że jest mocniej niż chciałam, nie planowałam tego, samo wyszło…
A potem? A potem nie było już dnia bym nie miała w ręku mojego sznurka i czegoś z nim nie zrobiła.
Kiedyś się śmiałam, że tak na poważnie, to ja potrafię zrobić ładną kokardkę na pluszaku w postaci marchwi albo karadę.
Tymczasem z dnia na dzień zaczynałam umieć coraz więcej i coraz ładniejsze rzeczy mi wychodziły, w sensie – zgrabniej mi to szło, mimo że musiałam się bardzo skupić na tym co robiłam, bo sznurek swoje oddziaływanie na mnie miał.

Któregoś dnia pomyślałam, że to masochizm – kochać być wiązaną i wiązać samą siebie, bo przecież nie jest wcale tak prosto skupić się na tym co robisz, kiedy bodziec działa, kiedy zapach obezwładnia… Więc zaciskałam zęby, moczyłam majtki, a w ustach miałam litry śliny, ale uparcie wiązałam, a to własną nogę, a to rękę, ale wiązałam. Nakrzyczałam nawet na kota, który się zainteresował moim sznurkiem. Finalnie kot się obraził do takiego stopnia, że jak biorę sznurek do ręki, to on magicznie znika z łóżka.

Kilka dni temu mój masochizm sięgną poziomu hard.
Postanowiłam, że zacznę się uczyć – tak na serio się uczyć. Chociaż nie jestem pewna, czy to miejsce, w którym chcę się postawić jest tą właściwą stroną liny. Nie wiem, nie jestem tego pewna, ale czas pokaże czy to jest dobry pomysł.
Ważne jest coś innego. Ważne, że będę miała komplet lin, które na mnie działają nawet jak leżą dwa metry obok mnie, nawet gdy są powiązane w motki. Ważne, że poznam podstawy i ważne, że w ogóle spróbuję. Bo przecież mogę, a świat się nie skończy jeśli nie odnajdę się po drugiej stronie liny. Ostatecznie przecież mogę się obłożyć sznurkiem i wyłączyć mózg…

Może i ten tekst jest dziecinny, ale właśnie taki ma być, ma być dziecinnie radosny, ma pokazać, że można się z czegoś cieszyć jak dziecko.
Bo ja to biorę trochę na wesoło… Ale też, tak zupełnie na poważnie – wierzę w to, że pewne rzeczy powstają specjalnie dla nas i właśnie ten sznurek taki jest, powstał po to, by trafić w moje ręce. Czasami nawet mam wrażenie, że mój sznurek sobie nuci gdzieś tam pod tymi swoimi włoskami, gdzieś tam w głębi poskręcanych splotów, gdzieś tam, gdzie znajduje się w linie serce… „Mam tę moc, mam tę moc, rozpalę to co się tli (…). Mam tę moc, mam tę moc i zamiast łez jest śmiech. Wreszcie ja zostawię ślad!”
Muszę mu przyznać rację – ma tę moc.

Niektórzy i tak nie zrozumieją historii mojego sznurka.

P.S.
Żeby nie było, królika też tuliłam!