– Dlaczego ja? – zakwiliłam przyjaciółce w słuchawkę.
– Ale co? – odparła zdziwionym tonem.
– Dlaczego ja mam takiego pecha… – powiedziałam zrezygnowana, a na koniec sapnęłam.

Godzinę później już była u mnie pod drzwiami z butelką wina.

– Zdajesz sobie sprawę moja droga, że alkohol to tu nie pomoże?
– Zdaję. Ale to na wszelki wypadek, gdybyś komuś chciała walnąć, a nie miała czym.
– Przemoc to też nie jest rozwiązanie.
– Wiem, ale chciałam Cię rozbawić.
– No dobra – uśmiechnęłam się. – Udało Ci się.
– No to teraz opowiadaj co z tą randką, bo jak się domyślam, to o to właśnie chodzi.
Pokiwałam w milczeniu głową i ze smutną miną zrobiłam gest zapraszający na tak zwane salony.

Przyjaciółka usiadła na jednym fotelu, a ja na przeciw niej w drugim. Dzieliła nas kawowa ława, na którą patrzyłam łapczywie.
Wstałam gwałtownie…
– O boże, ale ze mnie gospodyni – palnęłam się dłonią w czoło i wyszłam z pokoju. – Bo wiesz – krzyknęłam z kuchni – to trochę jak bajka o księżniczce, która szuka swojego księcia.
– No opowiadaj już… – odkrzyknęła.
Wróciłam do pokoju, postawiłam na drewnianym meblu miskę z czipsami, dwa kieliszki i tę nieszczęsną butelczynę.
– A ponoć alkohol tutaj nic nie pomoże.
– On jest dla Ciebie – uśmiechnęłam się drwiąco.
– A niby po co?
– Żebyś mogła to zrozumieć. Uwierz mi, znieczulenie ci się przyda. A to wino ma tutaj napisane „słonik uniwersalnych pierdół i pierdoletów”.
– Serio?
– Nie – roześmiałam się.

****

– Za górami, za lasami – zaczęłam snuć opowieść. – Było sobie smutne, jak niedopchnięta pizda – miasto.
– Czekaj. Utożsamiasz się z niedopchniętą… Jak jej tam.
– Pizdą. Tak. Oczywiście. Mam dość zabaw samej ze sobą, wiesz przecież że to nie jest to samo.
Przyjaciółka pokiwała głową.
– Wiesz… – podjęłam. – Nie uważam się za brzydką, może nie jestem pięknością, ale na pewno nie zaliczam się do pasztetów.
– Aha – roześmiała się.
– Tak, wiem. Lubisz pasztet.
– Nie tylko ja – powiedziała, wymownie patrząc na mnie. – No ale mów dalej.
– Wszystko się zaczęło jakiś rok temu – sięgnęłam po butelkę. – Był to okres wzmożonych poszukiwań mojego wyśnionego bohatera – otworzyłam wino i nalałam w kieliszki. – Wiesz, szukałam księcia na białym koniu, którego zbroja lśniłaby w słońcu. Truchtałby sobie on na tym swoim ogierze… Ostatecznie mógłby być to nawet i wałach. Ale żeby miał taką lancę długą, co by mi się w oczach odbijała, gdybym na nią patrzyła.
– Ale ty masz wymagania.
– To jeszcze nie wszystko.
– Ja chciałam aby ten rycerz był dominujący. Chciałam żeby był panem mej wieży, Strażnikiem mej woli i Powiernikiem mojej uległości.
– Nie no ja to wszystko rozumiem. Ale nie rozumiem lamentu.
– Widzisz moja droga. Ja chyba jestem złą czarownicą, czarną wróżką, albo innym magicznym stworzeniem.
– Może za dużo czarujesz tą swoją różdżką? – zapytała rozbawiona.
– Tia – roześmiałam się. – Coś w tym może być, jakiś urok czy coś.

Na chwilę zapadła cisza. Upiłam łyk wina i sięgnęłam po czipsa.

– Szukałam. Kręciłam się to tu, to tam, zaglądałam w najmroczniejsze zakamarki internetu. A wszystko po to, by wydobyć z zaświatów tego rasowego ogiera – wydusiłam z siebie jednym tchem. – Znalazłam łącznie trzech.
– I co?
– I dlaczego to właśnie ja ich znalazłam?
– No ale czekaj, bo nie rozumiem.
– Napij się – powiedziałam. – Chodzi o to, że żaden z nich nie był księciem na białym koniu.
– Ale co? Byli odrażający? Mieli czarne konie? Za krótkie lance? O co chodzi…
– Z pierwszym fajnie mi się rozmawiało. Naprawdę facet dobrze się zapowiadał. Opowiadał o sobie w ciekawy sposób. Mówił, że zajmuję się tym i tym, ma to i tamto… – sapnęłam. – Na spotkanie przyjechał autobusem, ubrany jak obdaciuch, śmierdział potem i alkoholem, popatrzyłam na niego, a on na dzień dobry się mnie pyta czy idziemy do mnie, bo on chce mnie zerżnąć… Już pomijam, że zdjęcie, które dostałam radykalnie różniło się od tego co zastałam w stanie faktycznym – upiłam łyk wina, przyjaciółka po moim ostatnim zdaniu wypiła cała zawartość kieliszka i zrobiła sobie dolewkę. – Drugi – zaczęłam – drugi był dziwny. W rozmowie telefonicznej nic nie wskazywało na to by poszło coś nie tak, ale jego pierwsze słowa brzmiały „przepraszam, że nazywałem cię suką”. Zdębiałam. To był dla mnie koniec znajomości. Trzeci. Trzeci był spoko, ale do czasu – zawahałam się. – Nie wiem czy mogę ci mówić takie rzeczy.
– Wal. Znieczulona jestem.
– Z trzecim jak doszło do tego, że zaczęliśmy się bawić w te całe bedeesemy, to on się jakiś dziwny zrobił.
– Co masz na myśli? Wiesz przecież dobrze, że ja się nie znam na tym aż tak, ale ogólne pojecie mam co ty tam praktykujesz.
– On się mnie pytał czy wszystko ok.
– I co w tym złego?
– Nic. Ale jeśli co pięć minut słyszysz „nie za mocno?”, „mogę to, tamto, siamto?”, „czy wszystko ok?”… – urwałam, bo widziałam jak psiapsiółka nabiera powietrze w cycki.
– No ale przecież on cię nie znał!
– Znał. Wiedział jakie są granice, wiedział co może, a czego nie. Wiele razy rozmawialiśmy o praktykach.
– No i?
– No i przyznał się na koniec, że on tak naprawdę to jest switchem, ale nigdy nie dominował, wcześniej tylko ulegał, ale jeśli mam ochotę, to on zacznie ulegać mi.
– Aha – patrzyła ze zdziwieniem. – A dlaczego ty?
– No właśnie. Dlaczego ja.