Masochizm – słowo łatka, jedna z przegródek w wielkiej szafie o nazwie „zaburzenia” preferencji seksualnych. Jedna z parafilii, w której występuje podniecenie seksualne, a nawet czasem dochodzi do orgazmu w chwili, gdy pojawia się nienormatywny bodziec, jakim w przypadku masochizmu jest cierpienie. Rozkosz płynąca z bólu, alghedonia – powodowany bólem fizycznym, masochistyczny orgazm.

Tak, wiem, celowo się powtarzam, ponieważ w ostatnim tekście na temat masochizmu zabrakło jednej, dość ważnej rzeczy. Zabrakło zatracenia zdolności przekształcania bodźca bólowego w przyjemne doznanie o zabarwieniu erotycznym, zabrakło tak zwanej konwersji bólu i jej skutków.

Czym w ogóle jest konwersja bólu?
Zacznijmy w ogóle od tego, że termin konwersji bólu będzie terminem umownym. Warto napisać, że sam ból jest odczuwany kontekstowo, czyli zależnie od danej sytuacji. Nie spodziewajcie się, że napiszę w tym miejscu gotową receptę, jak ból „przetwarzać”, bo i nie o tym jest ten tekst.
Żartobliwie konwersję można wytłumaczyć, porównując ją do procesu ścinania się jajek. Jajecznica inaczej smakuje niż surowe jajko, ale przecież nadal jest to jajko. Podobnie jest z bólem u masochistów, oni sprawiają, że ten ból odczuwają inaczej i własnie na tym polega konwersja bólu w przypadku masochizmu.
Natomiast zanik tej konwersji to nic innego jak gwałtowny spadek odczuwania przyjemności płynącej z bólu.

Ostatnio napisałam, że masochizm ma wiele barw oraz odcieni. Można by zaryzykować więc stwierdzeniem, że masochizm jest barwny i kolorowy. W pierwszej kolejności skojarzymy to z odcieniami siniaka, który „mieni” się kolorami tęczy. Porównanie do tęczy też nie jest przypadkowe, ponieważ wiele takich osób, które mają w sobie pierwiastek masochizmu, odczuwa spełnienie również patrząc na ślady – kolokwialnie mówiąc, a w zasadzie pisząc – rzygają tęczą.
Jednak ten tekst nie będzie tęczowy, bo porozmawiamy o ciemnej stronie masochizmu.

Ponieważ…
Ponieważ masochizm nie zawsze jest tak kolorowy, jak (gdy) go malują.
O zaniku konwersji głośno się nie mówi, ten temat jest rzadko poruszany, często pomijany. Natomiast ja uważam, że jest on bardzo ważny i należy o nim mówić głośno.

Co się dzieje, jeśli osoba masochistycznie usposobiona zatraca zdolność konwersji bólu w przyjemność? Co myśli? Jak się czuje? I co z tym zrobić dalej? Te pytania zadałam moim rozmówcom, kilkadziesiąt rozmów, wiele podobnych wniosków oraz przemyśleń. Brak wiedzy na ten temat i brak zrozumienia może spowodować wiele szkód… Ale nie przeczytacie tutaj o jednym „prawilnym” wzorcu zachowań. Pamiętajcie, że każdy może reagować inaczej.

Puf, pstryk i znikło

Są momenty, w których po prostu nasze ciało i mózg nie reagują „tak jak zawsze”. Zazwyczaj i tak odczuwamy głód czy tam potrzebę – zwał jak zwał – doznania bólu. Moment, w którym konwersja zanika – bywa, że zawala nam świat i zmienia sposób patrzenia nie tylko na siebie.
Jak rozpoznać taki moment? Och… Bardzo prosto, to zmiana w sposobie odczuwania o 180 stopni. Boli i „nic więcej”, po prostu boli, a ból ten do przyjemnych nie należy… Ba – często jest tak intensywny, że aż nie do zniesienia.

W takich momentach czuję ból, czysty krystalicznie, nieznośny ból. Tak jakby był kilka razy bardziej intensywny niż normalnie. Chociaż czekaj… Wiesz, odczuwanie bólu jako coś przyjemnego wcale nie jest normalne ;).
Moje ciało jakby drętwiało, mięśnie się napinają i pojawia się dziwny smak w ustach, ale inny niż ten, który można kojarzyć z chwilami przed omdleniem.
Gdy nie ma konwersji bólu, gdy ona znika, to dodatkowo odczuwam zalewający mnie chłód.

Chciałam tego, chciałam bólu, ale gdy go dostałam po prostu bolało. To był ostatni raz kiedy dostałam od byłego już partnera.
Pamiętam jak bardzo potrzebowałam i chciałam tego bólu. No i go dostałam, ale to nie było to… A może to bardziej nie była ta osoba, która miała zadać ten ból.

Z przyjemnie „rozpływającego” się bólu staje się tępy i mocny. Mam wrażenie, że to co odczuwam jest silniejsze, bardziej intensywne, a uderzenia – nawet lekkie (porównując do innych okoliczności, gdy sprawia to przyjemność) są bardzo trudne do zniesienia. Dosyć szybko pojawia się duży dyskomfort przebywania w danej pozycji. Miotam się w więzach do tego stopnia, że szarpiąc się zadaję sobie dodatkowy ból.

Dwa razy tak w życiu miałam.
Wiesz, ja mam generalnie wysoki próg bólu i dużo mogę „znieść”. Wtedy jest wręcz odwrotnie. Wszystkie negatywne doznania są jakby spotęgowane.

Zanik konwersji do tej pory pojawiał się u mnie rzadko, kilka razy szczątkowo, ale też dwa lub trzy razy w ciągu kilku lat na poważnie. Jeśli na poważnie, to tylko wtedy, kiedy bodziec bólowy był zbyt intensywny, za mocny, trafiał w bardzo czuły punkt lub bólu było za dużo i w żaden sposób nie umiałam lub nie mogłam go udźwignąć, przygniatał mnie wtedy, zduszał oddech, ale w żadnym razie nie w sposób przyjemny. To była raczej taka esencja niemocy, bezsilności, podszyta też złością na stronę sadystyczną, „bo przecież prosiłam”… Czasami, jeśli zanik był chwilowy, na mgnienie lub jakiś krótki etap, udawało się wrócić na właściwe tory. Wystarczyła chwila ulgi, czasami zachęta i pochwała, czasami zapewnienie, że dam radę. Jednak powyżej jakiegoś trudnego do określenia poziomu nie ma już nic, wszystko jest źle, nic nie działa i nic nie zadziała, można tylko pogorszyć, naciskając za bardzo.

To jest tak – jak przestaje działać, to czuje głównie coś na kształt ataku paniki. przytyka mnie, kurczy się przepona, czuje ból mocniej i „dogłębniej”. Dodatkowo narasta frustracja – jak nie przerwę, to zmieni się w czystą furię, agresję.

Dlaczego boli bardziej?
Odpowiedź nie jest taka prosta jakby się wydawało. Można by gdybać i szukać wytłumaczenia, przy okazji zwalając wszystko na gospodarkę hormonalną. Jednak zmiany hormonalne dzieją się niezależnie od nas, a samo zagadnienie jest bardziej skomplikowane niż z początku może się wydawać, bo jest sporo sytuacji, które mają wpływ na odczuwanie przyjemności z bólu. Nakłada się na to wiele rzeczy, dlatego raz ta konwersja jest satysfakcjonująca – pozytywna, a innym razem – nadajemy temu bólowi inne znaczenie, ze strachu, z lęku czy ze wstydu – i już nie jest tak przyjemnie.

A jak to widzi druga strona? Tak, tak – zapytałam ich o to.
Co Oni/One widzą w takich momentach i jak reagują?

Widać reakcję strachem i próbę ucieczki, takiej na serio ucieczki z sytuacji w jakiej znajduje się masochista. Widać, że ten strach jest negatywny. Po prostu dziś coś nie podeszło, więc przerywam to co się dzieje i biorę się za przytulanie i wyciszanie.

Zauważam różnicę. Ciało staje się bardziej napięte, grymas twarzy zupełnie inny niż normalnie. Widać w oczach strach i panikę.

Każda osoba reaguje inaczej – od komunikatu wprost do ukrywania braku. Przeważnie jednak widać panikę w oczach, ruchach czy nienaturalne spięcie mięśni.

Zdarza się, że ktoś jednak nie miał styczności z zanikiem konwersji. Pytanie brzmi czy cieszyć się, czy współczuć. Bo jednak taka sytuacja może być trudna, nie tylko dla strony masochistycznej, ale także dla strony Sadystycznej.

Co prawda, nie spotkałam się z tym zjawiskiem ani w Polsce, ani za granicą. Natomiast wątpię abym to przeoczyła.

Mimo że jest pewien model lansujący Dominów/Dominantki jako osoby bez uczuć, samce alfa/zimne, nieczułe suki, to jak widać, to nie prawda, że Sadystom/Sadystkom brakuje empatii. Chociaż pojawiły się też głosy, które mówią wprost, że ta druga strona nie zauważyła braku konwersji w ogóle lub zauważyła, ale nie zareagowała. Wychodzi więc na jaw, że nie każdy z Oprawców/Oprawczyń zauważa/chce zauważyć taką zmianę.

Nie, nie zauważył, ale wtedy to on już wielu rzeczy nie widział.

Widział, ze coś jest nie tak, że nie daję rady, że nie działa tak, jak kiedyś, ale nie przerywał, nie zmieniał zachowania, czy sposobu zadawania bólu. Bo po co dać wsparcie, skoro można w krótkim czasie wymienić na lepszy „model”?

Niestety, a może na szczęście – oba komentarze pochodzą od kobiet, których relacje skończyły się w krótkim czasie po tych zajściach.
Jest jeszcze drobne przesłanie w tym temacie, od jednej z nich.

Należy pamiętać, że jeśli związek jest świeży, nowy, to dla Sadysty to też może być zaskoczeniem i łatwiej jest jeśli potrafimy powiedzieć o co chodzi, oczywiście jeśli same mamy tę świadomość. Żadna ze stron nie powinna zostawać z tym sama.

W sytuacji, w której pojawia się zanik konwersji… W ogóle w sytuacjach, w których praktykujemy szeroko pojmowane klimaty, bardzo ważna jest komunikacja. To nie tylko komfort dla strony masochistycznej czy uległej, ale także dla drugiej strony bata. Jeśli będziemy cicho, to nasz partner lub nasza partnerka może nie uznać tego za oznakę, że coś jest nie tak.

Przyczyny

Może nie wszyscy, ale część osób w takich momentach będzie analizować wszystkie zdarzenia z dnia, wpadnie w wir wspomnień i utopi się w pytaniach, domysłach. Zacznie się oskarżać, pojawi się u nich poczucie winy, że zawiedli…

Dla mnie istotną sprawą jest zrozumienie braku lub wystąpienia jakiejś reakcji mojego organizmu, więc próba wyjaśnienia i być może zrozumienia jest dla mnie normalna. Jednak… Nie zawsze warto jest aż tak analizować sytuację. Znacznie częściej, lepiej jest na świeżo porozmawiać o zaistniałym problemie i przejść nad nim do porządku dziennego.
Nie. Nie mam na myśli zapomnienia, chociaż nie powiem – jest to kuszące, bo kto by nie chciał całkowicie wymazać negatywnego wspomnienia z pamięci?

Nie wiem. Nie jestem w stanie racjonalnie tego wytłumaczyć tuż po wystąpieniu takiej sytuacji. Czasami myślę, że to stres. No wiesz – ilość nawarstwionych spraw. Innym razem myślę, że wpływ na to może mieć zdarzenie z przed trzech minut. A jeszcze innym, że to jakaś klątwa. Cykl księżyca, okres mrówek… Nie potrafię jednoznacznie wskazać przyczyny.
Dopiero później wiem co się stało.

Ja wtedy już, w tamtym okresie zaczynałam bać się partnera. Po naszym rozstaniu zniknęłam z klimatu na ponad rok. Myślę, że przyczyną tego wszystkiego był strach i to też taki, w którym boisz się o własne życie.

Zauważyłam, że zależy to bardzo mocno od nastroju jednej czy drugiej strony. Gdy miałam kiepski dzień czy tydzień, to nie zawsze jestem w stanie „nakręcić” się, nastawić psychicznie, przejść w konkretny „stan” psychiczny na sesję/spotkanie. Ale też i z drugiej strony zdarzało się, że „wyczuwałam”, że coś jest nie do końca ok, że jest nie taki humor partnera i się „blokowałam”. Początkowo odnosiłam taki stan do cyklu, ale nie do końca się to sprawdzało i totalnie padła taka teza po dosyć mocnej sesji w czasie okresu. Przekroczyliśmy tą granicę „nie bicia podczas okresu” i się okazało, że to nie to był powód.
Po dłuższym czasie od ostatniego lania pojawia się obawa, jak to wyjdzie i czy akurat nie trafi się ten gorszy dzień. Zdarzało się w ten sposób i bardzo źle to przechodziłam, pewnie stąd też i te obawy. Ale też i jak czuję takie obawy to uzgadniamy, żeby bicie na początku było lekkie, przygotowało do tego właściwego.
Po dłuższym „poście” od orgazmu ogólnie są zmienne nastroje i tu już jest mi dosyć mocno potrzebne „nakręcanie” przez partnera. Ale dłuższy post nie miał takich skutków, nakręcanie było celowe także aż się gotowałam żeby już dostać.

Kiedy brak u mnie emocji, uczuć, tego czegoś co łączy, to tak jakby umiejętność przetwarzania bólu znikła. Tego się nie da „przeskoczyć”. Nie można sobie zrobić założenia, że teraz to będzie przyjemne. Dlatego uparcie twierdzę, że największe znaczenie ma to kto jest po przysłowiowej drugiej stronie bata. Kiedyś bardzo chciałam żeby było dobrze. Chciałam dla kogoś, nie dla siebie i to też dobrze nie wyszło. Nie było we mnie tego przekonania, że to odpowiednia osoba.

U mnie nie występuje to często, zwykle jak jestem przemęczona albo jak mam głowę zajętą przyziemnymi problemami.
Ciekawe jest to, że pierwszy raz  oraz częściej coś takiego czułam, gdy kończyła mi się jedna z relacji. To trochę tak jakby moje ciało skończyło relację zanim ja się zorientowałam, że to koniec.

To może być żal do partnera, to może być frustracja bo kolejka w sklepie była za długa. Przyczyn może być wiele.

Raz przydarzyło się też tak, że między sesjami ulubionej aktywności nastąpiła bardzo duża przerwa, wtedy brak konwersji spowodowała frustracja. Ale po dość krótkiej przerwie i rozmowie o tym, ile we mnie narosło w tym czasie żalu i głodu, zareagowałam właściwie, choć nie było to maksimum moich możliwości odpłynięcia.

Zanik konwersji – owszem miałem tak kilka razy, ale tylko przy trzcince (ewentualnie floggerze/szpicrucie) i było to podparte solidnymi emocjami pochodzącymi z całej otoczki/atmosfery towarzyszącej laniu, a nie wprost ze wzrostu intensywności bólu – mocno, mocniej, aż granica zostaje przekroczona i później już nie odczuwam.

Powodów może być wiele, mogą to być problemy z życia codziennego albo coś totalnie błahego.

Bo to chyba jest trochę tak, że jeśli z jakiegoś powodu zaburza Ci się poczucie bezpieczeństwa, to to się wtedy dzieje.

Poczucie braku bezpieczeństwa; przeczucie, że coś się kończy, że coś jest nie tak jak być powinno. Wiele odpowiedzi, domysłów i wniosków, ale tak naprawdę to my sami powinniśmy sobie odpowiedzieć na to pytanie – sami przed sobą, aby móc zrozumieć, dlaczego to się stało, żeby móc o tym porozmawiać.

Każdego może rozproszyć coś innego.
Należy pamiętać, że każda sytuacja może być inna, nawet taka, którą się powtarza cyklicznie.
Czasami wytrącić może słowo, jedno głupie, nieprzemyślane słowo.

Sytuacja łóżkowa.
Już jestem między nogami partnerki:
– A miałeś Ty anatomię?
– No miałem.
Jakoś mi się odechciało pieprzenia.

Co prawda nie jest to przykład związany z masochizmem i zanikiem konwersji, a z „zanikiem wzwodu”, ale absurdalność sytuacji pokazuje, że rozproszyć może wszystko. Z drugiej strony – wyobraźcie sobie loch, ciemny, lepki loch, a w nim dziewczę przykute łańcuchami do sufitu i okładane batem… A oprawca w przerwach gra na puzonie albo jodłuje. Tu wielka powaga sytuacji, a zaraz potem bodziec rozpraszający albo kościelnym głosem zaśpiewane „dostałeś batem” – to ostatnie bawi, mimo wszystko bawi jak się to czyta, ale nie jestem pewna, czy każdy by się śmiał, gdyby taka sytuacja go spotkała na żywo podczas pełnych powagi i na serio randek z Sadystą czy Sadystką.
Tutaj nasuwa się jedna rzecz – warto znać bodźce, które nas rozpraszają, warto jest o nich rozmawiać.
Każdego może rozproszyć coś innego – inny „kod” przyjemności – nie można uzyskać przyjemności seksualnej, jeżeli nie zna się własnych reakcji.
Ważna jest świadomość, jak reaguje nasze ciało w różnych sytuacjach, jak reagują nasze myśli.

Zapytałam Sadystów/Sadystki o to jakie mogą być przyczyny zaniku u ich partnerów klimatycznych.

To może być gorszy dzień, inny dzień cyklu albo zdenerwowanie psychiczne. Nie da się temu zapobiegać, trzeba się po prostu pogodzić z możliwości, że zanik konwersji może wystąpić.

Nie mam pojęcia, ale moim zdaniem może to być wiele różnych przyczyn w kombinacjach parami, ale i oddzielnie. Im więcej masz w głowie, tym gorzej reagujesz.

Przyczyn może być wiele. Istnieje też zróżnicowanie ze względu na płeć – kobiety są bardziej zmienne ze względu na hormony.
Przykładowe przyczyny:
  • Zanik ze względu na osłabienie organizmu – np. choroba
  • Przyzwyczajenie do sytuacji, miejsca zadania bólu, narzędzia – w przypadku zmiany może nastąpić mniejsze odczuwanie lub jego brak.
  • Nastawienie się osoby maso na coś, a otrzymanie czegoś innego – niespełnienie oczekiwań.
  • W przypadku długiej przerwy pomiędzy interakcjami występuje głód i powoduje on chęć szybkiego zaspokojenia. Natomiast u niektórych osób w pewien sposób skutkuje to zakłóceniem procesu od bólu do euforii.
    Niestety pewnych reakcji nie da się przyspieszyć, a jeśli dochodzi do tego frustracja (chcę teraz , natychmiast), to blokadę mamy już gotową.
  • Konflikt osobowy „ukryty” w głowie – może wypływać/zakłócać odczuwanie/blokować. Mam tutaj na myśli jakieś niewyjaśnione sytuacje czy problemy pomiędzy stronami.

Proste rozwiązania są najlepsze, ale…

Jeśli zanika przyjemność z bólu, to nie ma co go zadawać, bo przecież przyjemność ma być obopólna. Czasem jest tak, że partnerka nie ma nastroju, ochoty… Wtedy lepiej sobie wypić herbatę, pogadać, pożartować i umówić na następne spotkanie niż robić coś na siłę. Czasem ja też nie mam ochoty i wtedy jak wyżej.

Aby stosować proste rozwiązania, należy zebrać w sobie siłę i powiedzieć wprost, że zanik wystąpił. Dzięki temu można uniknąć całego syfu, który jest później, a który odbija się na odczuciach, myślach i emocjach.
Nie bójmy się o tym mówić! Mówienie o tym nie jest proste, ale nauczmy się rozmawiać o tym dla naszej wspólnej satysfakcji oraz komfortu.

Odczucia, myśli i emocje

My, masochiści, jednak przejmujemy się tym, że coś nam nie wychodzi, zwłaszcza jeśli to coś dotyczy kwintesencji naszego spełnienia i jednocześnie jest to coś, co możemy ofiarować osobie, z którą jesteśmy w relacji. W efekcie zaniku konwersji bólu łapiemy przysłowiowego doła. Pojawiają się w naszych głowach dziwne, czasami nawet bardzo paradoksalne i sprzeczne myśli. Niby wiemy, że jest to nieprawda, ale gdy widzimy, że tracimy zdolność przetwarzania bólu, to czujemy się jacyś tacy „nijacy” i w rezultacie „świat nam się wali”.

Ja w takich chwilach po prostu się boję, jestem wystraszona i często próbuję się wycofać do wnętrza siebie, unikając tego co się dzieje w koło. Próbuję zamknąć się w swojej skorupce i myślę sobie ‚o boże nie, dlaczego’ – czy coś w tym stylu. Pojawiają się myśli, które wpychają człowieka w dół. Ogromny żal, strach, frustracja i smutek jednocześnie – to rzeczy które odczuwam bardzo intensywnie. Do tego należy dopisać wstyd. Tak, poczucie wstydu rozwala wszystko, to jak kubeł zimnej wody, a wewnątrz ciebie pragnienie wrze. Ty chcesz tego bólu, bólu który jest przyjemny, który daje spokój i pewien rodzaj oczyszczenia, który daje spełnienie wam obojgu, a nie jesteś w stanie go przyjąć. A na dokładkę, prócz tego, że nie masz spełnienia jako masochistka, dostajesz poczucie winy, uczucie że zawiodłaś kogoś bliskiego. Zaczynasz myśleć, że się nie nadajesz, że nie spełniasz oczekiwań i zaczynasz się zastanawiać czy można chcieć posiadać masochistkę, która przestała być masochistką.

Nie jest łatwo mi o tym mówić, bo zepchnęłam to głębiej. Czułam się z tym źle.
W tamtym momencie byłam zła, wręcz nienawidziłam osoby, która zadawała mi ból. Siebie w jakimś stopniu też nienawidziłam, chociaż jak się nad tym zastanawiam to nie tak bardzo siebie, jak swojego organizmu, który nie umie tak jak zwykle przetworzyć bólu na przyjemność. Czułam ogromny smutek, zamknęłam się w sobie.
Smutek wynikał raczej z braku poczucia ulgi, chciałam poczuć się lepiej chciałam, może nawet nie mieć orgazmu, a poczuć się psychicznie lepiej ze sobą samą. To nie miała być forma kary, raczej coś jak oczyszczenie, a to właśnie daje spełnienie w bólu.

Pojawia się panika, że tak reaguję, że coś, co normalnie jest fantastyczne teraz jest okropne. Chcę z jednej strony od tego uciec, z drugiej pokonać tą barierę, a gdy to się nie udaje, jest kolejna panika. Mam wrażenie, że zawiodłam. Czasem pojawiają się myśli, że po prostu się nie nadaję.
Trochę mi wstyd, mam poczucie winy, ale teraz, z czasem, gdy nasza relacja trochę trwa i gdy znam reakcje i zdanie drugiej strony na różne rzeczy, takich sytuacji jest mniej niż początkowo, ale jeszcze trochę jest.
Najsilniejsze takie emocje były początkowo i przy bardzo słabym dniu.
Początkowo wpadałam w histerię, nie chciałam rozmawiać, zamykałam się w sobie nawet na tydzień. Teraz jak tak się dzieje potrafię się uspokoić, porozmawiać od razu po takim laniu. Można wtedy zmienić lanie na coś innego, co przyniesie satysfakcję obu stronom i nie będzie powodować dodatkowych negatywnych i nieprzyjemnych emocji związanych z taką niekorzystną jednak sytuacją.

To trochę jakby taka emocjonalna panika… Nie ogarniam tego co się dzieje i głowa się buntuje, bo ciało nie reaguje tak, jak zwykle. Nie jestem w stanie się skupić na tym co się dzieje.
Raczej nie walczę, bardziej unikam, ale to prowadzi bardzo szybko do histerycznej reakcji, bo „chcę, a nie mogę” i nie rozumiem dlaczego.

Bez konwersji moje ciało sztywnieje, zaciskam zęby, nie oddycham, delikatnie zaczynam kiwać głową na nie (to ostatnie odkryłam niedawno). Im bardziej narasta rytm takiego zaprzeczania bez słów, tym szybciej wyślizguje mi się z rąk resztka tego, co odpowiada za przetwarzanie bólu w coś, co nie do końca jest przyjemnością seksualną, ale bardzo ją przypomina. Gdzieś po drodze, kiedy konwersja znikała, zawsze pojawiała się też sekunda odrętwienia, taka rezygnacja, niech się dzieje co chce (co on chce?), ale to cisza przed burzą w moim przypadku. Po tym etapie jest tylko jeszcze więcej złości, wściekłości wręcz, nieomal nienawiści. Tutaj pozwolę sobie na gdybanie. Jeśli w takiej chwili nie byłabym unieruchomiona, zgaduję, że odpowiem bólem na ból. Różnica między przekomarzaniem się, na które mój partner pozwala i do którego mnie zachęca, a walką o przetrwanie będzie polegała na mojej samokontroli lub jej braku w drugim przypadku.

Myślę, że wtedy nie wiedziałam do końca co mi się dzieje, nie potrafiłam załapać jaka jest przyczyna, czy to ja, czy to może on robi coś nie tak. Wtedy byłam głównie zła na siebie, że już nie umiem przyjąć bólu, a im bardziej próbowałam tym było gorzej.
Pojawiały się myśli, że przestanie mnie chcieć, że się nie nadaję… Tak myślałam całkiem długo. Byłam smutniejsza, ale to jakby na bazie strachu, że to się skończy, bo dupa ze mnie, a nie masochistka. Tak było i trochę mi zajęło to czasu żebym sobie to ułożyła.

Te odczucia są jak efekt domina. Masz jakiś tam swój wzorek na podłodze i jedna kostka w szeregu się wywraca, próbujesz zatrzymać kolejne, wywracające się kostki, które niszczą twój wzór, zatrzymać to, co nieuchronne. Jednak w pewnym momencie już tylko stoisz i patrzysz, jak wszystko się rozpada… Problem w tym, że to my sami powodujemy ten efekt domina.

Czasami zaciskamy zęby i próbujemy walczyć z bólem – mając nadzieję, ze konwersja za chwilę się pojawi, ale…

Im bardziej próbuję walczyć z tym negatywnym bólem, tym jest go więcej i odczuwam go bardziej. W efekcie jest jeszcze gorzej.

Tak, to brzmi jak autodestrukcja – jak samoistne karanie się za coś, co nie wyszło, ale nie jestem pewna czy faktycznie na stałe może to zniszczyć masochizm w danej osobie. Nie wiem, bo nie mam takich doświadczeń, ani nikogo w przypadku moich rozmówców nie spotkało coś takiego, aż w takim stopniu, by spowodować trwałe spustoszenie.

 

Zawężenie postrzegania

 

W takich momentach często skupiamy się na tym, co się wydarzyło i jakie będzie miało to skutki, zapominając o teraźniejszości. Zaczynamy „żyć” tym, co było i będzie – jednocześnie nie zwracając uwagi na to, co jest obecnie – podobnie działa depresja. Często masochista nie jest w stanie pomóc sam sobie w takiej chwili i to strona sadystyczna powinna wyciągać nas – masochistów – z paniki.

Powtórzę się – w takich momentach nie powinniśmy się bać komunikować o tym, że coś się nie udaje albo że coś idzie źle.

Safeword – temat, który jest dość „gorący” ostatnimi czasy. Jedni go potrzebują, inni go nie chcą w ogóle.
Jeśli osoba wysyła dwuznaczne sygnały, to sw jest konieczny.
Myślę, że na początku znajomości oraz gdy początkowo mamy problem z mówieniem, że coś jest nie tak – dobrze jest określić dwupoziomowe hasło bezpieczeństwa, gdzie pierwszy stopień informowałby stronę Sadystyczną o tym, że dana praktyka jest na granicy wytrzymałości i/lub o zaniku odczuwania, natomiast drugi stopień hasła przerywałby interakcje.

Nasz partner musi mieć świadomość tego, że coś złego/niepożądanego się dzieje, ale nie będzie wiedział, jeśli mu o tym nie powiemy. Brak poprawnej komunikacji może hamować stronę Dominującą w praktykach.

W takich chwilach…

Potrzebujemy różnych bodźców, które nas uspokoją; zapewnień, że wszystko jest dobrze, że nikt nie ma do nas żalu, że nadal nas chcą. Potrzebujemy ciepła i zrozumienia. Tych potrzeb jest wiele, ale pamiętajmy, że każdy z nas ma je inne. Co człowiek to inne reakcje, inne potrzeby. Nie zapominajmy o tym, czego w takim momencie potrzebuje ta KONKRETNA osoba.

Chwili ciszy, tak, myślę, że potrzebuję chwili spokoju aby się uspokoić i opanować emocje. Potem potrzebuję wiadra bliskości i ciepła. Zwykłego przytulenia.

Zamknęłam tamten rozdział, chciałam tę sytuację wyprzeć z pamięci, wymazać, po prostu zapomnieć. Potem, gdy nadarzyła się sytuacja odczuwałam strach. Bałam się, że nie dam rady, że nie będzie przyjemnie, że zawiodę i swojego Pana i siebie.

Niesamowicie źle jest mi z tym, że tak to wychodzi. I bardzo potrzebuję wtedy świadomości, że mimo tego jest wszystko dobrze, że druga strona rozumie, że daje wsparcie.
Potrzebuję dużej ilości wsparcia, bliskości, przytulenia, zapewnienia, że nic się złego nie stało, czasu na opadnięcie emocji.
Ale też, tak jak wspomniałam, u mnie działa zamiana lania na coś innego, co da przyjemność i udowodni, że nie jestem do niczego. Teraz również rozmowa jest ważna. W niektórych przypadkach zamiana narzędzia, zmniejszenie siły bicia… ale zdecydowanie to wszystko dopiero po opadnięciu emocji, gdy mogę się przytulic i ochłonąć wiedząc, że wszystko jest dobrze

W takich chwilach potrzebuję spokoju i pewności że wszystko jest dobrze, że nie dzieje się nic złego, potrzebuję stabilnego emocjonalnego oparcia. Dla mnie najlepszym sposobem jest odpuścić w tym konkretnym momencie i ewentualnie spróbować znowu za jakiś czas. Czasami kiedy nie mogę się „przełączyć” wystarczy mi 10 minut spokoju, bliskości i to wraca, ale to troszkę inna sytuacja i kontekst. Tak mam w relacji w której wszystko jest dobrze, tylko czasami brakuje odpowiedniego impulsu.

I jeśli już taki brak konwersji zadzieje się na poważnie, wyłączy mnie, zostawi pustkę, to potrzebuję się odsunąć i wyciszyć. Nie ma sensu się nade mną roztkliwiać, ale można próbować dotyku. Brak wycofania się przed kontaktem cielesnym jest sygnałem, że wracam do ludzi, a demon zepsutego masochizmu usnął. To, czego potrzebuję z całą pewnością, to obietnica podjęcia jeszcze jednej próby, za jakieś dookreślone kiedyś, rozmowa, wysłuchanie, zrozumienie.
Tu muszę zaznaczyć, że żaden z zaników nie wynikał z celowego nadużycia, raczej ze zbiegu przypadków i mylne odczytanie sygnałów sprawiały, że „mechanizm” się psuł, ale zawsze tylko na krótki czas.

W tej chwili umiem powiedzieć po jednym razie, że to nie da rady, że dziś proszę mnie miziać, tulić i robić wanilię. Teraz jest tak, że jak stwierdzam, że ok, wow, miało być fajnie, miał być ból, miały być hardcory, a tu dupa, bo nie działam jak zwykle – to jest tak, że muszę się wyprzytulać, potem zwykle myślę, że potrzebuję zwykłego, najnormalniejszego seksu, który zazwyczaj nie kończy się waniliowo.

A co jeśli nie ma tego, co być powinno? Boję się to sobie wyobrazić. Wypowiedź, którą dostałam od jednej z dziewczyn, szokuje, a to tylko tydzień, zanim mogła porozmawiać o tym ze swoim Panem. Tylko tydzień? Czy może aż tydzień?

Niezamknięta sprawa jest jak wspomnienie, które do mnie wraca, pojawiają się wątpliwości nawet takie, że chyba już nie chcę. Bo jak można chcieć mnie, skoro tego nie ma. Brakuje zrozumienia, mam zjazd humoru, źle się czuję. Miota mną od nienawiści wszystkiego w koło przez radość z byle czego aż po płacz.

Dlatego tak bardzo ważne jest porozumienie, rozmowa i zaopiekowanie się osobą, która ten ból przyjmuje.
Bo – jeszcze raz to napiszę – dla masochisty to bardzo bolesny cios, utracenie czegoś takiego jest trudne do zaakceptowania i zwyczajnie możemy sami sobie z tym nie poradzić.

Myślę, że nie ma jednego, pasującego schematu. Każdy jest inny. Jeden z moich potrzebował spokoju, za to inny dużo czułości. Wydaje mi się, że najważniejsze to znaleźć wspólny język i sposób na to z partnerem.

To zależy od stopnia paniki maso. Moje reakcje są indywidualne, lecz nigdy nie reaguję tak by iść dalej za wszelką cenę – może masochista załapie. Zawsze obserwuję, analizuję i reaguję odpowiednio do strony maso.

Moim zdaniem Sadysta powinien posiadać zdolność do anihilacji, jak i do rewitalizacji- inaczej tego nie widzę.

To ostatnie stwierdzenie usłyszałam od Sadystki i sama uważam podobnie. Niebezpiecznie jest się bawić zapałkami, jeśli nie potrafi się zgasić ewentualnego wybuchu ognia. Zawsze powtarzałam, że „zabawy” w klimat są dla osób dojrzałych, odpowiedzialnych oraz stabilnych emocjonalnie.

Tak czy inaczej – cieszmy się tym, że w takich chwilach nie jesteśmy skazani na samych siebie i w tym miejscu trzeba podziękować gorąco Operatorom batów, bo bez nich i bez ich reakcji na nasze wycofanie mogłoby być jeszcze trudniej. Tak naprawdę to Sadyści/Sadystki wyciągają nas z dna rozpaczy, frustracji, smutku i całego tego wiru brzydkich myśli. Należy podziękować im za to, że w takich chwilach są przy nas, mimo że bywamy wtedy bardzo trudni i że nie pozwalają na pozostawienie ruin w chwilach, kiedy to się dzieje. Niech każdy podziękuje za to swoim Oprawcom. Ja także podziękuję i to publicznie:

LTugori – dziękuję Ci, że to akurat Ty, dziękuję, że w takich chwilach jesteś przy mnie i wyciągasz mnie za uszy z tego bagna.
Dziękuję, że twardo trwasz przy mnie kiedy się dąsam i kiedy mam brzydkie myśli. Dziękuję, że mogę spojrzeć Ci w oczy i powiedzieć – ok, stało się, a potem się przytulić. Dziękuję, że to wytrzymujesz, bo wiem, że nie jest to takie proste, łatwe i przyjemne.
Dziękuję też, że akceptujesz to, że rozumiesz, że takie sytuacje mogą się pojawiać.

Podsumowanie

Na moje Fecebookowe ogłoszenie był spory odzew, „tysiące” przeczytanych linijek tekstu, wiele historii, które potrafią zjeżyć włosy na karku… Ale tak naprawdę to jedna historia ubrana w inne słowa, dlatego nie wszystkie komentarze zostały opublikowane. Starałam się wybrać takie, które pokażą różnorodność odczuć, mimo że opowiadają o czymś identycznym, bo tak naprawdę są to tylko i wyłącznie inne słowa, a emocje i sens pozostają takie same.
Jedno jest pewne…

To jest normalne, ale bardzo trudne. Sztuką jest zrozumieć i poradzić sobie z tym, zamiast obwiniać siebie za porażkę.

Bo zanik konwersji, bynajmniej nią nie jest. Jest tak samo normalny jak posiadanie złego humoru czy bycie zdenerwowanym i wcześniej czy później – może pojawić się u każdego, kto ma w sobie nutkę masochizmu. Chociaż… Nie jestem przekonana, czy u każdego zanik konwersji wystąpi, a to dlatego, że – jak zapewne już zauważyliście – w moim tekście niewiele jest wypowiedzi mężczyzn. Wynika to i z tego, że procentowo masochistów jest mniej niż masochistek, ale też z faktu, że mężczyźni inaczej odczuwają bodźce związane z masochizmem oraz (a i owszem) emocje.

Opadanie emocji w czasie
Finalnie więc, żaden z męskiej części moich rozmówców nie przeżył zaniku konwersji w takiej formie jak powyżej opowiadały o tym kobiety – prawdę mówiąc tylko jeden z nich w ogóle jej doświadczył.

Natomiast, żeby zaakceptować, zrozumieć i poukładać sobie w głowie emocje związane z zanikiem konwersji (oraz jakiekolwiek) – potrzeba czasu. Mam nadzieję, że dzięki temu tekstowi ktoś, kto na niego trafi, a przeżył taką utratę zdolności, bądź właśnie ją przeżywa – zrozumie więcej. Ja dzięki temu tekstowi – zrozumiałam, że to wcale nie jest koniec świata i że to może wrócić, że nie jestem osamotniona w tych odczuciach.

Powiem szczerze, czytając wypowiedzi, miałam wrażenie, że czytam o własnych emocjach. Wiem z własnego doświadczenia, że nie powinno się zakładać, że ZAWSZE i NIGDY. To „zawsze” i „nigdy” potrafi zmieniać się przy odpowiednim partnerze. Wiem, że tak naprawdę nikt nie potrafi tak skutecznie rozwalić sobie emocji, jak my sami, ale prawda jest też taka, że i te pozytywne i te negatywne emocje są normalne.

Zrozumiałam jak ważna jest świadomość, że każda sytuacja może być inna, jak istotna jest znajomość własnych reakcji na bodźce, które mnie rozpraszają, zrozumiałam jak fundamentalna jest komunikacja w relacji.

Dziś rozumiem więcej i to nie tylko z punktu widzenia masochistki, którą jednak jestem, bo to, że przytrafiło mi się coś takiego, nie oznacza, że przestałam nią być, ale także z punktu widzenia po prostu miłośniczki klimatu. Wiem, że nie należy zakładać braku konwersji jako czegoś stałego.

Kluczem do szczęścia, między innymi, zawsze była akceptacja, więc dlaczego mamy niszczyć w sobie coś, co hodujemy i pielęgnujemy razem ze swoimi partnerami/kami dla naszego wspólnego spełnienia? Dlaczego mamy przekreślać starania? Zaakceptujmy to, że czasami to znika, ale wraca, by dać nam wszystkim więcej z tej kolorowej strony masochizmu. Musimy tylko poznać drogi, które prowadzą nas do regeneracji.

Na koniec pozwolę sobie zacytować fragment piosenki i zasugerować wiarę i nadzieję, że jutro będzie lepiej.
Wiecie, małe kroki, to te, które przywracają wszystko to, co znika.

Wartości są ponadto, one nie potrzebują wiary powiedz,
co stoi na przeszkodzie, powiedz, co stoi między nami powiedz
albo nic nie mów i pokonaj zło, które masz po prostu w głowie.
Ja nie wierze, że serce może być skażone, to w tej psychice
siedzi coś co powoduje, że ludzkość płonie.
Mamy przecież tyle siły, żeby zgasić ogień
żeby te wartości udowadniać tylko sobie
bez fajerwerków, po cichu, obok, tak delikatnie
to ma większą moc i teraz weź powiedz
czy nie lepiej z tym w środku jak pogodzisz się dobrem
jak stoisz na statku, który nie zatonie.

Fragment tekstu pochodzi z utworu DKA – Chciałbym.
Konsultacja tekstu pod kątem medycznym: Ponury.
Z przecinkami pomagała Shukujo.
Oraz specjalne podziękowania dla LTugori za pomoc przy pisaniu.