– Czas zacząć – powiedziała wychodząc z bramy.
Spojrzałam na Nią, stała na kamiennych schodkach, uśmiechnięta od ucha do ucha, trzymała w ręku zieloną chustkę i patrzyła na mnie. Wbiłam wzrok w tę chustkę, ogarnął mnie dziwny niepokój. Spojrzałam na Nią drugi raz… I nie mam pojęcia jak, ale stanęłam przed Nią, a Ona podniosła dłonie z chustką. Materiał otarł się o skórę na powiekach. Ciemność zalała świadomość…
– Dźwięki ulicy. Ulica. O boże – wciągnęłam w stresie powietrze. – Wypierdolę się, wlezę w coś, zrobię sobie krzywdę – pomyślałam z przerażeniem.
Złapała moją dłoń i wsunęła ją sobie pod pachę.
– Idę obok – powiedziała.

Odgłosy miasta z każdym krokiem robiły się coraz wyraźniejsze, głośniejsze, początkowo miały swoje kolory, ale te szybko bladły i ustępowały miejsca czerni. Moja klaustrofobia zrobiła swoje, zaczęłam się bać i to bardziej niż w chwili, gdy w ogóle zastanawiałam się jakby to było, mieć zasłonięte oczy podczas jakichkolwiek praktyk.
Co innego jest je zamknąć samemu, a co innego mieć je zasłonięte przez kogoś. Czym innym jest to sobie wyobrażać, a co innego odczuć. Zupełnie czymś innym jest leżeć, stać, siedzieć z zasłoniętymi oczami, a co innego musieć iść.
– Jakoś dotrę – pomyślałam. Wiedziałam, że to jest gdzieś tutaj, niedaleko.

Nierówny chodnik płatał figle. Padało, a woda deszczowa zebrała się w płytkie oczka, które z chlapnięciem rozbryzgiwały się pod moim ciężkim krokiem. Nierówne płytki chodnika? Kocie łby? Szurałam nogami w obawie, że się o coś potknę, a i tak nie mogłam nabrać wyczucia, nie mam pojęcia po czym szłam, ale wiedziałam, że kiedyś dotrzemy na miejsce. Jakieś krawężniki, nierówności wystające z pozornie gładkiego podłoża, to wszystko było dla mnie ogromną przeszkodą.
Straciłam orientację, na początku wiedziałam, w którą stronę byłam prowadzona, czułam że przechodzimy przez jezdnię, wyczuwałam śliskie od deszczu szyny… Kilka kroków i kolejna kałuża z chlupotem rozbryzgała się na boki.
Przestałam nadążać, moje palce kurczowo wczepiały się w jej płaszcz, aż w końcu zaczęły się ześlizgiwać…

Stukot kół tramwaju, który przejechał gdzieś blisko mnie po torach, wystraszył mnie do takiego stopnia, że za nic nie chciałam iść dalej. Stanęłam w miejscu, a z oczu pociekły mi łzy. Bezsilne i ciepłe łzy wsiąkały w materiał. Nie czułam Jej zapachu, nie czułam ciepła Jej ciała, nie słyszałam głosu. Czułam za to strach, a ja nigdy nie lubiłam się bać. Zapach miasta był spotęgowany, aż kręciło mnie w nosie. Widziałam tylko tę przeklętą ciemność, a ja nigdy nie bałam się ciemności, jednak ta mnie przerażała. Słyszałam ogrom dźwięków, a ja zawsze lubiłam odgłosy miasta… Ale teraz było ich za dużo i były za głośne.
Mrok i coś skulonego w tym mroku, cicha, naga i bezbronna postać. Taka mała, skryta ja w lepkim mroku, który zewsząd wlewał się w moje ciało i zmysły.

– Chodź, już blisko – przedarło się przez mrok.
Zawiał wiatr, w mój nos uderzył zapach Jej perfum. Jej głos odbijał się echem w czerni. Tak bardzo byłam Jej spragniona… Skupiłam się na pragnieniu. Poszłam za jego głosem, poszłam za Jej głosem, za zapachem… Za bodźcami, które nauczyłam się rozpoznawać.

Krok, jeszcze niezgrabny.
Krok, ale już nie szurałam stopami.
Krok, pewniejszy i spokojniejszy.
Kolejny krok i jeszcze jeden.

Tańczyłam w ciemności niesiona dźwiękiem naszych kroków, popychana przez wiatr z nutą Jej perfum, zachęcana ciepłem Jej głosu.
– Tak się tańczy ze strachem – pomyślałam podnosząc nogę i wdzięczniej stawiając ją na podłożu. Pełna odwagi, zaufania, pełna fascynacji, płynęłam przez czarne morze lęku w bezpiecznej łódce – po raz pierwszy widziałam czarne morze, pierwszy raz się w nim skąpałam. – Tak się pokonuje strach, tak się przekracza granice – chwaliłam sama siebie. – To tylko czy aż 800 kroków? – pytałam swego strachu, ale on nie odpowiadał. Może w ogóle zniknął. – Może w ogóle poszedł… Tylko gdzie? Może na zapiekanki – śmiałam się w duchu.

800 kroków i kilkanaście schodów.
Usłyszałam gwar, uderzyło we mnie ciepło, rozebrała mnie z kurtki i swetra, zatrzymała przy czymś, dotykałam czegoś – jakby stołka barowego, a zza pleców dobiegały głosy. Ktoś mnie dotknął, odskoczyłam. Nie czułam perfum. Nie czułam chłodu Jej rąk. Ktoś złapał za węzeł chustki, wyszarpnęłam się. Nie chciałam żeby ktoś inny mnie dotykał. Nie w takiej sytuacji. Ten głos poznałam, ciepły, miły, męski – wiedziałam do kogo należy, ale wahałam się. Po kilku sekundach i Ona się odezwała.
– Musi ci to zdjąć – powiedziała.
Poddałam się.
Ostre światło zalało moje morze ciemności, wlało się bezlitośnie w oczy, zalało boleśnie świadomość, zamajaczyły trzy kolory – zieleń, pomarańcz i czerń. Zacisnęłam powieki, przysłoniłam oczy dłonią, chwilę mi zajęło zanim przyzwyczaiłam się do światła.
Otworzyłam je powoli…
Przed sobą miałam tort, zielono pomarańczowy ze znakiem równowagi. Swoiste dopełnienie marchwi i zieleni. Tak, tej butelkowej zieleni. Dwie świeczki płonęły.
Patrzyłam na napis…
– Ponad 730 dni razem – przeczytałam wolno, a każda litera odbijała się echem w moim sercu. – Dwa lata wytrzymałyśmy ze sobą. Mało kto tyle wytrzymuje – uśmiechnęłam się. – Oby jak najdłużej – pomyślałam zdmuchując płomień ze świec.
– Tak bardzo należę do Niej – pomyślałam. – Po prostu jestem Jej.