Zapach, czuję ten zapach, lekko kręci w nosie,
Nurzam stopę w trawie skąpanej w rosie.
Zapach, czuję ten zapach, włada mą myślą w głowie,
Tyle godzin, dni, miesięcy już jesteśmy po słowie.

Zieleń, ta zieleń, to ona włada moją duszą,
A Jej zgrabne biodra nadal mnie kuszą.
Zieleń, ta zieleń, to ona włada mym sercem,
A ja za Nią podążam trawiastym, wilgotnym kobiercem.

Czerń, ta czerń to kolor jej włosów,
– Słyszysz? – Ta kraina jest pełna różnych odgłosów.
Czerń, ta czerń, jak skrzydła kruka,
Jestem pewna, tej przyjaźni nic nie zbruka.

Czerwień, ta czerwień rozchylonych Jej ust,
Aż chciałoby się dać swym marzeniom upust.
Róż, aż ciało drży, ach ten róż…
– jestem już, tak blisko, tuż, tuż.

Szelest trawy gdzieś obok,
– Spójrz w górę, jaki piękny obłok.
Szelest, tuż, tuż, obok.
A Ona jest tak blisko, bokiem w bok.

Kroczy Ona, kroczę ja,
Wspólną ścieżką, razem – nadal to trwa.
Trawa jako dywan pod bosymi stopami,
Czasem podlewana łzami, potokami.

Trawa, jako ścieżka wspólna,
To i droga jest spójna.
Jednakowe marzenia i pragnienia,
To wszystko jest do spełnienia.

Bo gdy to wszystko opiera się na przyjaźni,
Dodając do tego szczyptę wyobraźni,
To nie ma w relacji miejsca dla bojaźni,
to nasz świat, mamy swoje miejsce w raźni.

Krok w kroku, bok przy boku wędrujemy,
Przez troski, przez smutki, mimo że dzień taki krótki,
Idziemy razem dwa lata, przez radości, przez piękne chwile,
Bo to nasz świat, nasz i tyle.