Królik jak to królik, siedział na murku i bujał skokami. Uszy mu się kołysały w rytm bujania. Siedział i tak patrzył na krzaki dzikiej róży, które o tej porze już miały czerwone owoce z nasionkami w środku.
– Kiedy byłem mały – pomyślał króliczek. – Nacieraliśmy tymi pestkami samiczki – zaśmiał się cichutko na wspomnienie, a po chwili zbladł, bo przypomniał sobie jak potem samiczki nasmarowały jego – między łapkami. Swędziało go przeokropnie, zmyć tego z siebie nie mógł, a poza tym myjąc się rozprowadził te śmieszne kłująco-swędzące włoski po całym ciele… Momentalnie zrezygnował z żartu i zaczął znów majtać skokami. Czekał na wiewiórkę, z którą się umówił na kawę. Nie żeby wiewiórka się spóźniała, królik zawsze przychodził przed czasem, lubił być wcześniej, nienawidził się spóźniać.

– O! Cześć – krzyknęła z korony dębu. – Znowu jesteś wcześniej ode mnie – zachichotała.
– Tak jakoś wyszło. Złaź z tego pnia, bo ja do ciebie nie wlezę – nastroszył się na samą myśl.
– Królik nadrzewny – zaśmiała się rudofutrzasta, a królik prychnął w udawanym fochu i tupnął nóżką.

Poszli poszyciem lasu, mech zapadał się pod nimi. Delikatnie łapki wiewiórki łaskotały zielone włosy leśnego dywanu. Królik ze swoim ciężkim zadem zapadał się i czasami miał problem z wygrzebaniem się z dołka.

Usiedli w leśnej kawiarni w ogródku, na pieńkach już dawno ściętych drzew.
– Co podać? – zapytała z wdziękiem wiewiórka w fartuszku.
– Kawę marchewkową – odpowiedział spokojnie króliczek obserwując jednym okiem swoją towarzyszkę.
– Kawę orzechową, z pianką, ale bez mleka z krowy – odpowiedziała.
– Rozumiem, ale muszę panią zmarchwić… Zmartwić. Przepraszam, za dużo królików ostatnio przychodzi. W każdym razie nie posiadamy mleka od krów. Mamy tylko ptasie mleczko.

Wiewiórki klasnęły w łapki, jakby obie bardzo lubiły ptasie mleczko. Królik zrobił dziwną minę, bo jak niby ptaki to mleko dają. Całe życie był przekonany, że ptaki to jedzą robaki i wykluwają się z jajek, więc nie pija mleka, ale najwyraźniej nie uważał na przyrodzie w szkole.
Po chwili bardziej bura wiewiórka przyniosła zamówione kawy.

Przez chwilę wąchali. Królik wąchał wielki kubek w kształcie grubego korzenia marchwi, a wiewiórka swoją kawę w kubku przypominającym zmutowanego żołędzia.

– Bo wiesz – zaczął króliczek. – Ostatnio dziwne rzeczy się dzieją ze mną.
– To znaczy? – zapytała nawet na niego nie patrząc, łapczywie wdychając zapach swojej kawy.
– Pani ptasie mleczko – przerwała im bura wiewiórka w fartuszku, stawiając przed wiewiórką spodeczek na którym usypane były małe, brązowe sześcianiki.
Królik się nachylił w stronę rudej.
– Ty… Co to jest?
– Plasie melsko – odpowiedziała wpychając sobie jedno w malutki pyszczek.
– Aa… – obwąchał i zmarszczył nosek. – Nie jestem pewny którędy to mleko z ptaków wypływa.
Wiewiórka się roześmiała.
– Aj ty głuptasie. Ptasie mleczko to taka pianka w czekoladzie.
– Aha. Ale wracając… Ostatnio dzieją się ze mną dziwne rzeczy.
– Dlaczego?
– Dlaczego to w sumie to ja nie wiem, miałem nadzieję, że Ty będziesz wiedzieć.
– Ale co na przykład.
– Na przykład… Na przykład to to, że jak idę do Bobra, wiesz, tego od siekaczy.
– No – ponagliła upijając łyk swojej kawy.
– No to jak idę… Bo jak byłem raz i dostałem zastrzyk w podniebienie to mi się dobrze zrobiło.
– Znaczy Bóbr zrobił ci dobrze? – upuściła łyżeczkę z wrażenia.
– I tak i nie. No zrobił zastrzyk żeby znieczulić, bo coś tam z zębem. Potem wziął wiertarkę, ale faktycznie nic nie czułem. Tylko ten zastrzyk w podniebienie i… – urwał zmieszany.
– I co? Kosmici ukradli marchew?
– No nie. Marchew jeszcze rośnie… Chyba. Dziś się zapytałem czy dostanę. To się na mnie spojrzał jak na szaleńca.
– No dobrze, ale co z tym zastrzykiem?
– No zastrzyk i orgazmek.
– Orgazmek od igły w podniebieniu?
– No… Albo innym razem. Bardzo mi się chciało zrobić sobie dobrze. Zapytałem Smoczycy i Ona mi pozwoliła. I robię, robię, robię…
– Aha.
– I tak robię i patrzę, ze to już ponad 20 minut robię, a orgazmka ani widu ani słychu, a co dopiero o czuciu… I pomyślałem, że jak sobie wezmę takie spinacze, wiesz.
– No wiem, to co się majtki na sznurkach wiesza.
– Tak, dokładnie te. I sobie je tak przypiąłem w miejscu bardziej intymnym, tam między skokami. I…
– I?
– Przepraszam, czy kawa dobrze smakuje?
– TaK, bardzo pyszna.
– A panie króliku, czemu pan nie pije swojej.
– Oszczędzam.
– A. No dobrze.
– I co dalej króliku – dopytywała jego towarzyszka.
– No i orgazmek był po kilku sekundach w zasadzie.
– I fajnie.
– I fajnie? To brzmi jak TRU.
– Oj tak, brzmi trochę jak TRU, ale wiesz. W każdym z nas jest trochę TRU.
– No tak, takie moje własne TRU – rozpromienił się, a oczy zaszły mu mgłą.
– Wiesz króliku, ja kiedyś zmoczyłam majteczki jak mi dzięcioł dziobał po udzie obrazek.
– Auć – syknął króliczek. – Toż to boli.
– Ano normalnych boli.
– Myślisz, że jesteś nienormalna?
– Tak samo jak Ty, bo kto normalny chciałby mieć wbitą igłę w podniebienie, a Ty się jeszcze pytasz Bobra czy dostaniesz… I pewnie jeszcze znając ciebie masz oczka jak pięć złotych i cały się trzęsiesz z emocji.
Królik się zarumienił, chwycił łapką za kubek i na jeden raz wypił całą zawartość. Po czym donośnie beknął.
– O. Smakowało – ucieszyła się wiewiórka w fartuszku.
– Owszem tak – wyszczerzył ząbki.

– I wiesz – zagadnęła go ruda. – Każdy jest.
– Nienormalny.
– Tak.
– Proszę, to dla pana – powiedziała kelnerka, stawiając mały talerzyk na pieńku.
– A co to jest? – zainteresował się uszaty.
– To jest marchewka, a marchewki się zjada – odpowiedziała ruda.
– Marchewki są pomarańczowe, a ta jest różowa. Chyba nie chcę jej jeść. Ona nie jest TRU.