– Uczyń mnie piękną – błagała.
Zielone oczy wpatrywały się w nią.
– Nie mogę – padła po chwili odpowiedź.
Rude loki opadały ciężko na jej nagie ramiona. Skóra skrzyła się odcieniem mleka w poświacie księżyca. Niewielki rumieniec pokrył twarz, podkreślał złoty kolor jej oczu.
W jednej chwili uzmysłowiła sobie, że prosi o coś co jest nierealne. Że prosi o coś co tak na dobrą sprawę nie istnieje. Do oczu napłynęły jej łzy.
– Tak bardzo chciałabym być piękna – urwała, chowając smutny wyraz oczu w dłoniach. Potrząsnęła włosami, które kaskadami poskręcanych sprężynek okryły jej nagie ciało jakby płaszczem.
Zielone oczy wpatrywały się w postać zamkniętą, zapadniętą w sobie.
– Tak bardzo bym chciała – pisnęła. – Być piękna…
– Piękno to pojęcie względne. Nie staniesz się piękna dla siebie samej, póki nie odkryjesz tego piękna w samej sobie.
– Ale…
– Dla mnie jesteś piękna. Nie ma niczego, co można by zmienić. Masz piękne serce, dłonie, oczy…
– Ale…
– Wiem, ty tego nie widzisz. Ale to co tobie się nie podoba, komuś innemu zapiera dech w piersiach.
– Ale…
– Nie ma ale. Jesteś piękna i jesteś moja. Gdybyś nie była dla mnie piękna, to nie byłabyś moja. Ja dostrzegam twoje piękno. Każde. Piękno oddania, piękno osobowości… To wszystko jest dla mnie bardzo cenne i nie oddam tego. Nie oddam tego co jest moje i co jest dla mnie piękne.
Dotyk chłodnej dłoni sprawił, że zadrżała. Smukłe palce prześlizgiwały się między starannie zakręconymi włosami, muskały delikatnością wrażliwą skórę głowy.
– Jestem twoja – powiedziała cicho, powoli rozwijając się jak pączek młodego kwiatu. – Jestem… – zawahała się – piękna – dokończyła nieco głośniej, rozkwitając…