Szli przez ciemny las, wracali z nad jeziorka. Promienie słońca ledwo przeciskały się przez gęstwinę.
– Mamooo… Mamoo – krzyczał Jaszczurek.
– Co?
– To dla ciebie – powiedział, wręczając Smoczycy kawał zielska z korzonkiem.
Smoczyca pacnęła królika przez grzbiet. Królikowe oczka zrobiły się szparkowate, źrenice wielkie. Mruknął. Przestał zwracać uwagi na gzy, które obsiadły mu udo.
Smoczyca pacała królika po grzbiecie i tak sobie szli.
– Mamo, a co Ty robisz?
– Masaż – odparła spokojnie.
Królik dałby się za ucho potarmosić, że właśnie przygryzała język w skupieniu nad paceniem jego grzbietu. Co prawda, nie robiła tego mocno, ale wystarczyło żeby królik miał w głowie plan.
– Łuskowata… A chodźmy do lasu narobić hałasu.
– Hmm – zamyśliła się na chwilę. – Trza ci wpierdolić.
– Wpierdolek – klasnął w łapki. – Ogólnie to już od dawna trza mi wpierdolić – wyszczerzył ząbki, podskakiwał mu ogonek w podnieceniu.
– To rano masz kurs do lasu – powiedziała żartobliwym tonem.
Ale królikowi nie trzeba było powtarzać dwa razy.

Gdy wrócili, tradycyjnie oddali się drzemce.
Królik bujał się na hamaku i knuł.
– Muszę wstać wcześniej, muszę wstać wcześniej – powtarzał sobie.

Wieczorem oglądali filmy. Jak zwykle siedzieli do późna. Potem jeszcze polowali na motyle nocne z aparatami.

****

Wstał. Spojrzał na paletkę. Było kilka minut po siódmej. Zebrał się z legowiska, założył dresik i kaloszki na skoki.
Zszedł po schodkach. Dzień zapowiadał się ciepło i uroczo.
Skierował się do kuchni. Wstawił wodę na herbatę, zrobił Smoczycy śniadanie, przykrył miską swoje najcieniej pokrojone mięsko na kanapki jakie tylko umiał, upił łyka swojej kawy i poszedł w las.
Zdążył odejść kilka kroków i się wrócił.
Zapomniał noża.
– Głupi królik – wymamrotał pod nosem.
Minął wygódkę.
– Na na na. Nie pogryziecie królika! – szedł wzdłuż bagienkowego rowu, uważnie się rozglądając za ładnym patykiem i podśpiewując.
– Na na na, nie straszne mi mrówczydła. Na na na. Bo królik kaloszki na skokach ma.
Bukiet wiedział skąd weźmie, więc się nim nie martwił.
Wyzwanie stanowił patyk. Zapewne co roku patyki znikają w tajemniczych okolicznościach, więc znalezienie ładnego, prostego i o odpowiedniej średnicy wcale nie było takie łatwe. Zwłaszcza, że to w jego zadek ma uderzać.
– Tu jesteś malutki – wyszczerzył ząbki. – Chodź do króliczka – prawie spadł z pieńka, na którym stał.
Dydolił badylek, na nosie usiadł mu komar. Szarpnął łapką, poślizgnął się na mchu i wpadł do bagienka. Zaczął dydolić kwiatki, ale kwiatki go poparzyły. Większe od królika, jakieś półtora metra do dwóch miały te pokrzywy. Padały jedne po drugiej, a królik chciał krzyczeć za każdym razem „uwaga leci”, ale bał się, że obudzi Smoczycę.
– Dobre będą. Fajne są – mamrotał pod noskiem z oczkami jak spodeczki. Mają dużo włosków – przyglądał się. Ściągnął z liści wszystkie żyjątka.
Uciął dziesięć kwiatków. Metrowych, bo nie ciął przy samej nasadzie, rozgałęzionych, pięknie pachnących… Chciał zebrać w pęczek i zanieść, ale tak bardzo kuły, że wrócił się do kuchni. Odwinął kawałek papieru i wrócił na miejsce zbrodni. Uformował bukiet, przełożył papierem, a trawą związał na supełek żeby się nie rozpadło i nie poparzyło Smoczycy.
– Zgrabne trzymadełko z tego wyszło – uśmiechnął się do siebie.
Wrócił do kuchni z bukietem w zębach i patykiem.
Patyk oskrobał, tak jak go uczyła Smoczyca i po chwili już ulokował zabawki w krzaku.

– Dzień dobry – powiedziała wychylając rogatą głowę zza ściany. Trzeszcząc schodkami, zeszła na dół.
– Dzień dobry Smoczyco – odpowiedział króliczek.
Usiadła, zjadła śniadanie, popiła herbatą i poszła do wygódki. Gdy wracała, przechodząc obok krzaka, w którym ukryte były prezenty – dary lasu, króliczek delikatnie zwrócił Jej uwagę na to co tam leży.
Smoczyca się roześmiała.
– Chodź.
I poszli w ciemny las.
Króliczek cały dygotał z przejęcia. Oczka jak spodeczki miał od chwili gdy wstał. Zapach lasu, sosny i te szyszki, po których szli…
– Ściągaj spodenki – powiedziała.
– Króliczek się boi – sapnął, ale szybko z portków wyskoczył.
– Mmmm – mruknęła patrząc na króliczka, bukiet, patyk i znów na króliczka, a potem znów na bukiet i patyk.
Królik trząsł się, jakby go wstawili do zimnej wody.
Szelest liści w locie przeniósł króliczka na trawiastą łąkę. Delikatne ciepełko powiększyło i tak duże źrenice.
– Piecze?
– Nie – odpowiedział zgodnie z prawdą. – Troszeczkę kuje.
– Hmmm – zastanowiła się. Dotknęła sama. – Parzą.
I faktycznie parzyły, ale nie tak jak w chwili gdy króliczek je zbierał. Następnym razem wstawi do wazonu, albo pokica nad bagienko tuż przed wręczeniem kwiatków.
Mniejsza o szczegół, królik i tak odpływał. Moment, w którym wiązanka pokrzyw upadała na jego grzbiet i zad, był na tyle epicki, że się rozmaślił.
– Chciałabym taką wodę…
– Nie, nie chcesz.
– Dlaczego?
– Bo to bardzo uzależnia – odpowiedział z pełną powagą.

Świst i piekący ból wyrwał królika z maślenia się. Pisnął. Zagryzł wargi.
Musieli być cicho.
– Jeszcze trochę – mówił do siebie króliczek.
– Starczy ci chyba.
Ale króliczek chciał więcej, potrzebował więcej. Futro dawno nie było wytrzepane z kurzu. Stanął i czekał. Dostał. Nogi mu zmiękły.
– Dość, wywrócę się. Nie utrzymam się na nogach – powiedział smutno.
Smoczyca objęła go łapkami, przytuliła do piersi.
Królik się rozpłakał.
Niby tak malutko, tak króciutko, a całe napięcie zeszło z królika. Z króliczych oczu płynęły łzy. Sapnął zmęczony.
– Wiem. Tęskniłeś.
– Uhm – wykrztusił przez gile.