Leżał królik na parapecie, ukryty pod kocykiem w brązowo-zielone plamki. W łapkach trzymał lornetkę ozdobioną gałązkami leszczyny i mchem.
– Co się tak maskujesz? – zapytała Smoczyca.
– Udaję, że mnie nie ma – odpowiedział króliczek.
– Ale po co?
– No jak to po co? Łuskowata… – westchnął. – Królik jest bezbronną ofiarą. Wiesz… Ukrywać się muszę.
Smoczyca zachichotała.
– Nie śmiej się! – nastroszył futerko. – To poważna sprawa! – tupnął.
Smoczyca patrzyła na swojego małego, brązowego królika… I ponownie wybuchnęła śmiechem.
– Jak się złościsz jesteś taki uroczy – powiedziała między atakami śmiechu.
Królik spoważniał.
– „Strach, przemoc, żądza krwi!” – mówił teatralnie, akcentując każde słowo. – „Przez tysiące lat, to właśnie one rządziły naszym światem. Światem, który klęczał przed drapieżnikami. A drapieżnik… Czuł niepohamowany, biologiczny przymus by dopaść i zagryźć i… AAaaaa! Krew, krew, flaki! Ueechh, eehhh yyyhhh! I śmierć!”
Smoczyca parsknęła śmiechem, a króliczkowi zaczął podrygiwać ogonkiem z przejęcia.
– No bo wiesz Łuskowata, ja jestem taką bezbronną ofiarą.
– Bezbronną ofiarą – powtórzyła, zanosząc się śmiechem. – Taaaa, na pewno. Zwłaszcza z pilarką, a o własnej osobie już nie wspomnę nawet. A skoro o mnie już mowa, to przecież ja też jestem drapieżnikiem.
– Ale dobrym, a ja wypatruję tych złych.

Postawił uszy.
– Słuchaj! Słyszysz to? Stuka coś.
Smoczyca wzięła z królikowych łapek patrzadełko i zerknęła przez szkiełka, zabawnie przy tym wyginając szyję.
– Rura – powiedziała.
– Znów? – naburmuszył się króliczek.
– Tak, to dzwonienie okuć rury słyszysz. Widzę jak drgają.
– Spokojnie, jesteśmy na drzewie. Tu nas nie dosięgnie.
– A to zależy – podrapała się między rogi.
– Myślisz? A żuki gnojarze już przyszły?
Smoczyca uniosła szkiełka.
– Tak. Są – odpowiedziała z powagą.
– Co robią? Przecież nie ma jeszcze co toczyć…
– W karty grają – machnęła łapą. – Auć! Na kij żeś to tak przyozdobił? Oko można sobie wydziobać.
– Sorry – wyszczerzył ząbki w niewinnym uśmiechu. – Nie sądziłem, że też będziesz wypatrywać zagrożenia – jego futro zafalowało w przypływie stresu i strachu jednocześnie.
– Chodź. Usiądziemy na tarasie. Tam lepiej widać.
– A zrobimy popcorn? – zapytał w drodze na miejsce obserwacji.
– Ty byś tyko żarł i żarł. Na diecie jesteś. Tu poważna sprawa się szykuje, a tobie na obiad się zebrało.
Królik dmuchnął we własną grzywkę z wielkim niezadowoleniem.
– Głodny jestem… OOOoooooo – wyraził podziw. – Sąsiadów podglądasz?
– A tam sąsiadów, to Jaszczurka ma nowe hobby. Kosmos ogląda – pokiwała głową.
– Myślisz, że tą lunetą można oglądać rurę miejscolasowego ścieku?
– Lepiej nie.
– A to dla czemu? – przechylił głowę króliczek.
– Za dużo szczegółów zobaczysz. Kupa ci uszy przegryzie.
Podskoczył, złapał w popłochu za swoje uszy.
– Och nie! – krzyknął. – Tylko nie moje uszy!

A tymczasem, w drugim końcu lasu…
– Tyle pracy.
– No, tyle pracy.
– Ale dobrze, że wycieczki ludzi przychodzą.
– No dobrze, dobrze, bo jedzenie zostawiają i praca jest.
– No, tyle pracy…
Tak sobie rozmawiały dwie mrówki, gdy nagle coś jebło, ziemia się zatrzęsła, a szum zaczynał narastać.
Całe gówno wylało się z rury i pognało ścieżkami porywając mrówki, srokę, małego kotka i niebieskie żuki grające w karty.

– Chmury! O boże, ale jakie chmury! – pisnął króliczek.
– Jebło już. Teraz burza.
– Tak, tak. Burza i gówno… – przytaknął z powagą. – Zawsze jest burza, gdy pęka rura z gównem – założył łapki na piersi, odchylił głowę.
– A ty co? Będziesz pogodę zapowiadać?
– Mogę. Ta burza długo będzie wisiała nad miejskim lasem, bardzo dłuuugoooo. A za tydzień synoptycy zapowiadają kolejne gównoburze…
– Czy twoi synoptycy… – przerwała odgrywanie scenki królikowi.
– Jacy synoptycy? To wróżbita Maciej – królik uznał to za zabawne i zatrząsł się w podśmiechujce.
– Mniejsza kto. A o podtopieniach coś wiesz?
– Mogę lubić – zainteresował się króliczek podrygując ogonkiem i śmiesznie poruszając noskiem.
Smoczyca zrobiła głupią minę, łapą klepnęła się w czoło.
– Nie o takich mówię. Spójrz za barierkę…
– O KURRRWWAAA. Poziom gówna się podnosi! – sięgnął łapką do kieszeni, wyciągnął małego pilota z czerwonym guziczkiem.
– Co ty tam masz?
– Wołacza – rozmaślił się i nacisnął guzik.
Chwilę później pod taras podpłynęła łódka. Ale za to jaka! To nie była byle jaka łódka. To był łabędź, biały i z wygiętą szyją. Taki jak w wesołych miasteczkach – statek miłości.
– Masz ochotę na romantyczną podróż w nieznane – powiedział uwodzicielskim tonem, robiąc przy okazji dziwnie sprośną minę.
– Mam. Byle dalej od rury i tego całego gówna powodziowego.

Dryfowali chwilę.
– Wiesz… – powiedziała Smoczyca. – „Świat jest za duży, by go zmienić od razu. Dlatego trzeba zacząć od siebie”.
– Tak. Ja też zacznę od siebie – klasnął w łapki króliczek.
– „A potem… A potem będzie już łatwiej”.

Minęli wzgórze, na którym Smoczyca dała królikowi kocyk dwa lata temu.
– Słuchaj no… – szepnęła Smoczyca. – Wszystkie króliki tak źle pływają?
Królik nacisnął drugi raz czerwony guzik.
Łabędziowa łódka się zatrzęsła. Pod skrzydłami pokazały się silniki odrzutowe, głowa łabędzia się pochyliła prawie dotykając dziobem tafli śmierdzącej wody. Na kuprze ptaka pojawił się ster. Wysunęła się ochronna, szklana pokrywa w opływowym kształcie.
– O dobre – powiedziała z podziwem. – Łuski nie będą mi gównem śmierdzieć.
Królik wyszczerzył ząbki.
– „Lepsze marchewki, lepszy świat” – zacytował.
– Nie gadaj, że to idzie na sok marchwiowy.
– Czy to idzie na sok marchwiowy? Owszem, tak.

Cytaty pochodzą z filmu Zwierzogród.