Białe światło oblało jej ciało upstrzone piegami. Wzrok niby nieobecny, a jednak obecny, błądził po twarzach obserwatorów. Skóra skrzyła się od potu srebrzystymi kroplami, które odbijały blask lamp. Tworzyły wzór na jej ciele, spływając stróżkami między piersi.

– To nie jest na pokaz – dławiła się łzami. – To nie jest na pokaz, to jest tak bardzo nasze – szepnęła.
Coś w niej pękało, coś napierało na zmysły. Powoli zaczynała wilgotnieć, powoli zaczynała drżeć.
Odgłos upadającego motka wybudził ją z letargu i wyłowił z otchłani zaprzeczenia. Szmer ciągniętej liny po deskach podłogi, który usłyszała mimo gwaru, mimo tak wielu rozmów, wprowadził ją w inny nastrój.
Taniec zmysłów, taniec pragnień. Ogień szalejący wewnątrz ciała, żądza wymalowana na twarzy i to rozmarzone spojrzenie. Maślany wzrok – przymknięte powieki, źrenice rozszerzone, ogromna ilość śliny napływająca do ust.
Chłodna dłoń ustawiająca ją sobie, jak gdyby była przedmiotem… Szorstkość liny przesuwającej się po ciele, łaskocząca rozkosz znacząca pierwszy szlak wzoru i już kołysała ciałem.

Ciasno, ciaśniej, najciaśniej.
Potrząsnęła głową, kilka kosmyków czegoś, co kiedyś było grzywką zasłoniło jej twarz.
Płonące czerwienią włosy kontrastowały z rozlanym mlekiem – tak, mleko i krew, krew i mleko…
Chłodna dłoń delikatnie muskając jej czoło paznokciami, odgarnęła niesforne kosmyki z twarzy. Złapała w garść część włosów, szarpnęła, unosząc głowę. Pokazując szyję, a na szyi obrożę… Ruch ten zmusił ją do otwarcia ust. Jęknęła cicho. Powoli osuwała się w otchłań własnego ziarenka, które kiełkowało, z dnia na dzień robiło się coraz to większe, bardziej rozbudzone… Piękniejsze.

Odruchowo przylgnęła policzkiem do ciała, które stało za nią. Zimne ręce oplatały jej ciało, szorstka lina oplatała jej zmysły. Bujało. Wszystko wewnątrz płynęło, kołysało na boki.
Mruknęła pod nosem z zadowolenia, błogości i odprężenia.
Opadła zasłona wstydu, strachu i niepewności.
Opadła na kolana, rozumiejąc sugestię nacisku na bark chłodnej dłoni.

Nie mogła wziąć głębszego oddechu, lina wrzynała się w ciało skutecznie je unieruchamiając. Poruszyła palcami, poczuła we własnej dłoni znajome zimno. Wszystko było w porządku.

Butem. Butem rozrzucono jej nogi. Sznur. Sznur gryzł, wrzynał się.
Szarpnięcie za linę spowodowało, że poderwała tyłek z pięt. Syknęła z bólu. Mruknięcie zadowolenia przebiło się przez ciszę. Gęsta atmosfera, coś wisiało w powietrzu…

Gdzieś za plecami coś świsnęło. Nie odwróciła się, nie spojrzała, mimo że miała na to bardzo dużą ochotę. Zimne dłonie. Tak, zimnym dłoniom to by się nie spodobało.
Patrzyła przed siebie tym swoim obecno-nieobecnym wzrokiem.
Przestała widzieć. Czarny materiał został zawiązany na jej oczach. Zadrżała.
– Boję się – szepnęła. W odpowiedzi poczuła chłodny dotyk na policzku.
– Ufam… – urwała, cicho łkając.
Bez słów, bez odpowiedzi. Jej zmysły szalały…
– Uległość – pomyślała. – To najcenniejszy skarb. To klucz do furtki pięknego ogrodu… – świst za plecami przerwał jej myśl na pół. Zadrżała. – To dar, uległość to dar – szepnęła.

Uderzenie było ciche, zdradliwe, bolesne. Syknęła z bólu.
– Nie. Nie będę krzyczeć – pomyślała twardo.
Kolejne, poprzedzone świstem, wymierzone kilka centymetrów nad kolanem sprawiło, że poczuła gorycz w ustach.
– Tu jest tak ciemno – pomyślała. – Tak ciemno… I nie ma Ciebie – łkała w myślach. – Myśl! Myśl o darze. O ogrodzie… O kluczu.
W jednej chwili cała troska odpłynęła.
Przylgnęła plecami, złapała związanymi rękoma za materiał spodni. Podniosła ślepe oczy ku…
– Zapach. Zapach mnie poprowadzi – nagle pomyślała. – Wiem, że jesteś. Czuję Cię.

Trzask, ból, ciepło, woda.
Trzask, ból, ciepło, woda.
Trzask, ciepło, woda.
Trzask, ciepło, woda.
Trzask, fala tsunami.
Dreszcze, drgawki.
Woda.
Woda.
Dużo wody.

Czarny materiał opadł. Jej ciało obmywał z goryczy i z tęsknoty orgazm, jeden po drugim.
Jej źrenice… Głębokie w czerni. Cienki pasek tęczówki… I te oczy, jakby szklane. Błyszczały się.

– Jesteś – szepnęła.
– Jestem – usłyszała odpowiedź.
– Popłyńmy dalej… Proszę.

Trzask, czerwona pręga, drżenie, westchnienie.
Cisza.
Drżenie.
Mokre uda… Przesiąknięta bielizna.
Zimna dłoń gładząca policzek.
– Tak, tak. Tak jest dobrze. Jeszcze – błagała.

Ostre szarpnięcie za obrożę.
Podniosła się z pięt. Próbowała złapać powietrze, palce zacisnęła w piąstki, zacharczała.
Trzask…

Wodospad.
Siła doznań porwała ją falą, drżała, ślina ściekała jej po brodzie.
Krople potu skrzyły się małymi gwiazdeczkami na jej skórze.
Po policzku spłynęła łza. Jej skóra kontrastowała z krwią, którą w niektórych miejscach podbiegła. Mleko i krew.

– Tęskniłam – krzyknęła.