Słonko grzało równo, raz na kamyk, raz na…
Smoczyca zarządziła posiedzenie w ogródku. Królikowi pociło się futerko, ale dzielnie przytachał większą od siebie łopatę i takie coś co miało trzy ząbki z jednej strony, a z drugiej taki jeden duży. Targał te sprzęty po trawniku, szurając przy tym okrutnie. Konefkę w siekaczach niósł, bo Smoczyca kwiatek chciała wkopać.
– Kwiatek ładny, ale szkodzi robakom – przypominał.
– Nie puszczam robaków do ogródka – odparła i kucnęła za krzakiem.
Królik przekrzywił łepek zaciekawiony i nieco zmieszany.
– Sikasz? – szepnął teatralnie.
– Pielę truskawki.
Zdziwił się, że Smoczyca hoduje truskawki. Ostatecznie wiedział, że tam są, ale nie przypominał sobie by kiedykolwiek miały owoce.
– Te żółte kwiatki je psują – warknęła ze złością.
Królik zbliżył się ostrożnie, obok niego przeleciał rzeczony żółty kwiatek. Królik wlepił w niego jedno oko.
– Jak na moje oko to mniszek lekarski… – urwał. – Czasem się na to mówi lwi ząb. Ale to i tak zwykły mlecz – zamyślił się. – Powinnaś adoptować królika!
– A po co? Ty tu często przychodzisz.
– Króliki to małe kosiarki, tylko bobki w ogródku byś miała. Ale wiesz… To nawóz. Dobry nawóz nie jest zły. Ale ja odpadam, ja wolę marchewki. Od mlecza mi się psuje futerko. Zieleni się – uśmiechnął się szeroko. – A potem ciężko to domyć.

Siedzieli i dłubali. Królik poznał nazwę tajemniczego narzędzia, którego używał. Postękując podnosił do góry motykę i wbijał ją w ziemię, ciągnął i wyrywał kępki mlecza, trawy i przypadkowo napotkanych kwiatków. Na truskawki uważał bardzo, truskawki miały immunitet. A skoro Smoczyca mówiła, ze mają zostać tylko truskawki… To nawet i lilię przesadzili.

Usiedli na chwilę na ławeczce.
Stadko młodych kóz pasło się nieopodal.
Dwie z nich z dzikim meczeniem przebiegły obok nich. Smoczyca się oblizała. Królik prychnął.
Po chwili znów biegły trzymając w pyskach patyki, machały okładając młodego, czarnego kozła.

– Może trza im dać coś porządniejszego? Bo to to, to się połamie – zaśmiał się królik.
Smoczyca pokazała ząbki w sprośnym uśmiechu.

Nie minęło nawet dziesięć minut, a młode kozy znów tratowały trawnik, z tym, że jedna – chyba młodsza – łapała tę pierwszą tak…

– Łapię ją tak za racice, jakby chciała ją związać. Może dać im jakiś sznurek?
Smoczyca znów się uśmiechnęła.

Trzy, dosłownie trzy minuty później…
Młode kozice uciekały z piskiem przed kozłem. Kozioł miał w pysku kajdanki.

Smoczyca i królik popatrzyli na siebie i parsknęli śmiechem.
– Czy ja jestem dziwny? – zapytał króliczek. – Czy ja zawsze muszę widzieć taki podtekst?
– Spaczony. Dziwny to może nie – wypuściła obłok pary z nozdrzy.

****

Jechali żukiem do Smoczycowej mamy, pieroga jej wieźli.

– Tej, popatrz – sapnął królik.
Smoczyca odwróciła łeb.

Dwie kozy, nieco starsze od tych wcześniej hasały po polnej drodze. Niby nic w tym dziwnego, ale… Co chwila się zatrzymywały. Jedna wypinała zad i zadzierała ogon, a druga ją pac w ten zad i tak kilka razy. Potem okładały się po zadach naprzemiennie.

– Może to nowe pokolenie? – zastanawiał się króliczek.
– Kiedyś takich zachowań nie było.
– Gdy my byliśmy piękni i młodzi…
– Ja nadal jestem piękna i młoda!
– Oczywiście Najzieleniejsza Łuskowatości!