– Czuję się chory – powiedział prosiaczek.
Króliczek z przerażeniem przerwał czytanie bajki.
– To się pół… – urwał obracając głowę w stronę prosiaczka.
Prosiaczek ze zwisającą ślinką z pyszczka wpatrzony był w dwie ludzkie postacie w białych płaszczykach.
– Zrobić ci zastrzyk? – rozpromienił się.
Prosiaczek spojrzał z wymowną miną na królika.
– Nie, dziękuję. Już mi lepiej.

****

Królik cwaniak, rajstopki wełniane założył i myślał, że przechytrzył mrozek. A tu mrozek przechytrzył królika sopelkową grzywką go ozdabiając i rzęsy na biało mu malując.
Królik jak kulka, toczył się przez las do chatki prosiaczkowego tatusia. Prosiaczkowy papa z raciczką w gipsowym bucie do skupiska znachorów musiał się dostać, więc króliczek pomagier, pilnuje by papcio dotarł do znachorów w jednym kawałku i nie wrócił od nich cały w gipsowym bucie.
Przyjechał żuk, ale taki inny z bajerem, prywatny przedsiębiorca znaczy się.
Królik pomógł zapakować się prosiaczkowemu tatusiowi.
Wydra, a dokładniej wyder usiadł za sterami. Bujał się jak papużka falista na drążku. Królik widział, więc wie.
Wyder skakał, bujał, rozglądał się nerwowo, a i oczka miał dziwnie rozbiegane. Pogwizdywał, nutki mruczał… Młody wyder, ale dziwny, kozak taki….
– A już ci – sapnął w stronę stojącego na torach zaskrońca leśnego.
Popatrzył na wydera i pomyślał, że on to musi być z jakiegoś lasu, w którym nie ma zaskrońców ani żmij podziemnych. Królik w żuku nie czuł się bezpiecznie.
Gdy wyszli… Popatrzyli na siebie.
– Marchwi się nawąchał.
– Nooo. Też się tak bujasz po marchewkach – wyszczerzyli się i weszli do środka.

****

Siedział królik na ławeczce przed domkiem i patrzył jak marchew pod śniegiem rośnie.
– Skrzyp, skrzyp – usłyszał. Obejrzał się i zobaczył…
Włochate, czarne i dość spore jak na psa coś, co skakało po śniegu radośnie.
Króliczek opatulił się ciaśniej szaliczkiem i wstał z ławeczki.
– A kim tyś jest? – wycedził przez ząbki, które stukały z zimna.
– Nelka – odszczekało radosnie stworzonko.
– Znaczy jesteś sunią – skwitował króliczek i wyciągnął łapkę w stronę psa. – Wyglądasz jak owczarek niemiecki – mówił, głaszcząc czarną sierść. – Nie widziałem jeszcze czarnego owczarka – podziwiał jej budowę, długość włosa i to jak bardzo jej futro lśniło.
Przykleił się do niej, była taka ciepła i w stosunku do królika bardzo przyjazna, a po chwili głaszcząc jej sierść łapką, napotkał psią obróżkę. Stalowo złoty kolor mienił się i przyciągał wzrok, aż dziwne, że króliczek nie zauważył tego wcześniej.
– Masz pana – stwierdził fakt, uśmiechając się i podziwiając zawieszkę w kształcie kości z wygrawerowanym napisem- zamyślił się.
Sunia usiadła i rytmicznie zmiatając ogonem śnieg ze ścieżki prowadzącej do norki królika, radośnie popiskiwała.
– Zaczekaj, mam coś dla ciebie.
Sunia podskoczyła z radości, zakręciła się w miejscu, a ogon jej chodził tak, że królik obawiał się czy czasem jej nie odpadnie od zada.
Po chwili wrócił niosąc w ręku kawałek linki. Dał suni powąchać.
– Chcę, chcę! – krzyczała. – Daj, daj! – podskakiwała w miejscu.
Króliczek dał linkę suni, sunia delikatnie wzięła podarek w ostre ząbki i zasepleniła.
– Dziękuję ci, że o mnie pamiętałeś. Obyć zawsze i przez całe życie miał codziennie cudowny orgazmek – zamerdała ogonem, przytuliła królika obejmując go łapą, popatrzyła na niego z sympatią i po chwili odbiegła w stronę polanki.
Królik usiadł na ławeczce i wrócił do patrzenia na rosnącą marchew z dziwnym uśmieszkiem na pyszczku i poczuciem, że zrobił coś miłego dla suni. Jakoś cieplej mu było.

****

Prosiaczek do króliczka:
– Ja też mam się ubrać?
– Nie mam dla ciebie sukienki.

****

Królik knuł, ale kombinował tak intensywnie, że futerko mu aż żółkło.
– Nie o to chodzi – zaprzeczył króliczek.
– A o co? – zapytała Smoczyca, mając dość podchodów i zagadek. – Wiem, tak psuję.
– Psujesz – powiedział w tym samym momencie co Ona.

****

– Zjadłbym chińszczyznę.
– Ale chińszczyzny nie robi się z mrożonek.
– A czemu nie?
– Marchewka i groszek?
– Marchewka jest dobra – uśmiechnął się króliczek.
– Mam jedna marchewkę.
– Różową. Jak pomalujesz na pomarańczowo to się zastanowię.
– A potem obleje ją śmietaną.
– Marchewka ze śmietaną? Nie pasuje.
– Pasuje, słodka jest.
– Nie jest. Dam ci spróbować.
I foch.

****

– Prosiaczku…
– Mmmm? – odpowiedział po chwili.
– Musimy kupić nowe spinacze.
– A po co? Przecież jest cała torba.
– Nie-e. Nie ma.
– A co sie stało?
– Pennnkło…
– Ale jak…
– No normalnie… Szybko, na pół.
– Nie pytam o kształt odłamków, a o to jak do tego doszło.
Królik się zarumienił.
– Doszło i to szybko, głośno i mocno! – wykrzyczał podrygując ogonkiem.
Prosiaczek zrobił minę typu „dobijcie mnie, już nie mogę”.
– Jak to się stało, że popsułeś spinacze?
– To nie ja!
– Tak… Samo się.
– Też niezupełnie, bo magiczna różdżka…
Prosiaczek spojrzał na króliczka z zainteresowaniem. Cały las wiedział, że uszaty jest zboczony, ale żeby czarować kawałki drewna…
– No penkło – zaseplenił. – To penkło, trza kupić nowe, nie penkajonce. O! – tupnął dla zaakcentowania swojego zdania.
– Masz za twarde cycki.
– Cycków nie czarowałem – zaczerwienił się.

****

Zimowe słońce już dawno ustąpiło miejsca na niebie zimowemu księżycowi. Mróz na zewnątrz, jaki panował, doprowadzał do drżenia na samą myśl o wyjściu z domu.
Stanęła nad łóżkiem, popatrzyła krytycznie na dwa koty, które się wylegiwały w pościeli.
– Tak. Jak już mam pozwolenie na orgazm, to nie mam gdzie się pobawić, bo koty okupują łóżko – pomyślała siadając, przykryła się kołdrą, otworzyła książkę i zaczęła czytać.
Mróz raźno trzaskał za oknem, a ona przekładała kolejne kartki opowieści, w której się zatracała.
W pewnej chwili zauważyła, że była już sama, a koty gdzieś znikły. Nie czekając na ich powrót szybko ściągnęła spodnie od piżamy, sięgnęła do nocnej szafki wyciągając z niej magiczną różdżkę i zaczęła zabawę.
Czarowała, poruszając różdżką w odpowiednim rytmie, pamiętając o ruchach nadgarstka… Magia spłynęła po niej dreszczem, krzyknęła pełnią euforii i spełnienia.
Usłyszała jak pazurki kota w truchcie ocierały się o panele. Ciche miauknięcie zasugerowało, że kot już tu jest.
– Ratować, ratować panią, pani się boi, panią boli – brzmiało popiskiwanie, takie pełne troski, ale kobieta już czarowała dalej. Po chwili znów magia różdżki przepełniła jej ciało, a ona znów krzyknęła, sapnęła głośno… Otworzyła oczy.
– Mucha – brzmiało miauknięcie. – Mucha lata, gdzie mucha – patrzyła na kota, który reagował na powarkiwanie silniczka zamontowanego w jej magicznej zabawce. Kot z miną mordercy i predatora rozglądał się za muchą, którą wyczarowała różdżką.