Czy strona dominująca powinna się czuć tylko tłem dla emocji strony uległej? Czy faktycznie jest niezauważalna i nie widać jej emocji? Czy całkowicie pomija się wkład osoby „trzymającej bat”? Czy osoby dominujące czują się w takich sytuacjach niedocenieni, niezauważeni… Przecież to dzięki nim to wszystko nabiera barw oraz wyrazu.

W przypływie emocji, w przypływie wrażeń, uczuć, fali pożądania… Ta wyrazistość, intensywność, te barwy promieniujących emocji wyrzucanych przez stronę uległą…

Większość osób, gdy ma okazję obserwować interakcję klimatyczną między dwiema osobami lub więcej, skupia swoją uwagę na mimice strony uległej, na jej gestach. Dlaczego? Wydaje mi się, że strona uległa w takich sytuacjach jest bardziej ekspresyjna, czytelniejsza niż strona(y) dominująca(e). Wydaje mi się, że emocje z drugiej strony bata są skierowane do „jednego” odbiorcy, że emocje, cała wiązka barw, cech, odczuć jest tylko i wyłącznie dla osoby „po drugiej stronie lustra”… Ale to te same lustro, które powoduje spotęgowanie odczuć wewnątrz i wyrzut emocji na zewnątrz u strony uległej. To wspólne dobro, dopełnienie i jakby „efekt końcowy” długiej drogi w dopasowaniu.

Gdy osoba uległa odczuwa spokój płynący od „oprawcy”, to również będzie spokojna. Gdy czuje chaos, to również jej przekaz będzie chaotyczny. Osoba uległa w tym przypadku jest jak „odbiornik” i „nadajnik” w jednym, w dodatku jest „wzmacniaczem”, wzmacnia sygnał, który dostaje ze strony dominującej.

Dlatego uważam, że reakcje strony uległej są odbiciem lustrzanym, bo odbijają swoje reakcje dalej, ale także (przede wszystkim) odbiciem emocji osoby dominującej – dopełniając je swoimi. W chwili gdy nadają na „bliźniaczych” falach, to cały obraz jest wspólną audycją – wspólnymi emocjami, cechami, wspólnym dźwiękiem, tym samym językiem – jedną nutą. Nie ma miejsca na fałszowanie, bo cała opowieść dzieli się wtedy na role i gubi się gdzieś ta spójność.

Uważam, że emocje płynące ze strony dominującej są zapalnikiem, czymś co wyzwala i potęguje emocje u strony uległej. I gdyby strona dominująca nie wysyłała emocji, to automatycznie strona uległa by ich nie odbierała i nie przesyłała dalej.

Nie byłoby moich reakcji, nie byłoby ufności i oddania w odpowiedzi, gdybym nie czuła opanowania, spokoju i zaangażowania z Jej strony. Nie byłoby mojego szukania kontaktu cielesnego, nie byłoby moich ukradkowych pocałunków w dłonie czy przedramiona, gdybym nie czuła od Niej troski, gdybym nie czuła jej bliskości i gdybym nie czuła bijącego od Niej szczęścia… Nie byłoby mojego podniecenia i tego wszystkiego, gdybym nie czuła tego samego u Niej… Nie wpadałabym w trans i nie dochodziła do drżenia, gdybym nie odczuwała Jej transu i Jej fascynacji moimi reakcjami i tym co się dzieje… Całe to pragnienie, to jest czysta chemia, gdzie Jedna nakręca drugą, a ta druga tę Pierwszą.
I nie płakałabym w chwilach zjednoczenia oddechu, w chwilach gdy stajemy się jednością… Płakałabym tylko dlatego, że boli i chciałabym to przerwać.
A dzięki temu, że odczuwam całą gamę tych barw, emocji, cech… Dzięki temu, że mogę to odebrać, poczuć smak tego… Dzięki temu wszystkiemu, mogę to wysłać dalej, ale żeby tak było… Muszę czuć Jej emocje, abym sama czuła swoje, a im bardziej czuję Ją, tym silniej na Nią reaguję.

Jestem jak zapałka. Jeśli Ona mną nie potrze o draskę, to ja nie zapłonę dla Niej ogniem.