Masochizm – słowo łatka, jedna z przegródek w wielkiej szafie o nazwie „zaburzenia” preferencji seksualnych. Jedna z parafilii, w której występuje podniecenie seksualne, a nawet czasem dochodzi do orgazmu w chwili, gdy pojawia się nienormatywny bodziec, jakim w przypadku masochizmu jest cierpienie. Rozkosz płynąca z bólu, alghedonia –  powodowany bólem fizycznym, masochistyczny orgazm.

Większość ludzi uważa, że parafilie (a w tym masochizm oraz sadomasochizm) to choroby, coś, co nie jest normalne. Sporej części osób wydaje się, że masochista musi doznawać bólu, bo inaczej nie osiągnie orgazmu i nie zazna zaspokojenia. Nie jest to do końca prawdą. Oczywiście istnieją jednostki z „ostrzejszą” formą masochizmu seksualnego (302.83 w klasyfikacji DSM-IV) lub sadomasochizmu (F65.5 w klasyfikacji ICD-10), u których pojawienie się czynnika bólowego jest jedyną drogą do spełnienia… Jednak masochizm to nie tylko orgazmy powodowane bólem, ale to również potęgowanie podniecenia. Masochizm to odbieranie fizycznych i/lub psychicznych bodźców bólowych jako przyjemne.

Nie wiem, czy jestem klasyczną, podręcznikową masochistką, bo seks bez bólu też lubię i też miewam orgazmy, zresztą moje małżeństwo było waniliowe, a i w relacji z moim play partnerem zdarza nam się miły, satysfakcjonujący poza klimatyczny seks.

Wielu ludzi nie ma zielonego pojęcia, czym tak naprawdę jest masochizm, krążą plotki, stereotypy i legendy na temat ludzi, którzy mają zamiłowanie do bólu.
Dla mnie masochizm to coś więcej niż tylko słowo, a nawet więcej niż określenie roli czy preferencji… I właśnie dlatego powstał ten artykuł, w którym postaram się poruszyć kilka stereotypów, ale także uchylić rąbka tajemnicy „jak to jest naprawdę”.

terminologia

Słowo masochizm pochodzi od  nazwiska Leopolda Sachera-Masocha, a w roku 1886 tego terminu zaczął używać Richard von Krafft-Ebing – austriacki psychiatra.
Masoch był popularnym powieściopisarzem w XIX wieku, to właśnie on napisał Wenus w Futrze.
Książka ta, to opis eksperymentu (i jest na wpół biograficzna), który przeprowadził wraz z baronówną Fanny von Pistor. Książkowy Seweryn został niewolnikiem Wandy i jednocześnie jej sługą na okres sześciu miesięcy na mocy kontraktu niewolniczego, który podpisał i zrzekł się tym samym wszelkich praw oblubieńca i przestał być jej narzeczonym.
Wenus w tamtych czasach swoją tematyką wzbudziła dyskusje na temat patologii i dewiacji seksualnych zwłaszcza wśród psychologów oraz psychiatrów.

Są trzy „główne” typy masochizmu: fizyczny, psychiczny oraz łączony.

„Najłatwiej” byłoby powiedzieć, że masochista, który lubi ból fizyczny to taki, który lubi dostać po dupie, a ten z masochizmem psychicznym to taki, który lubi jak się z niego robi szmatę do podłogi, kocha być upokarzanym i poniżanym. Ci z masochizmem łączonym lubią wszystko co boli, nie ważne czy psychicznie czy fizycznie.

Otóż nie. To spory błąd, między innymi postrzegania oraz przy okazji tłumaczenie sobie „tego” na swój własny sposób. Oczywiście każdy ma prawo do własnych poglądów… Ale… Tutaj pojawia się kolejny stereotyp, który nie pokrywa się z realiami.
Dla masochisty nie ma znaczenia miejsce, w którym zadaje się mu ból – otóż nie, masochiści też mają swoje preferencje i dlatego w tym powyżej może być ziarnko prawdy, ale i nie musi, bo przecież nie każdy ból ma taki sam smak. Wbrew powszechnej opinii masochiści nie są ludźmi, którzy przyjmują każdy ból i od każdego, byle czym, byle gdzie i byle jak. Nie. Absolutnie nie.

Masochizm to „sztuka”. Śmieszne stwierdzenie, prawda? Pewnie, że tak, bo dla kogoś kto nigdy nie widział zależności między Sadystą/tką, a masochistą/tką, to stwierdzenie będzie niezrozumiałe.

Największą satysfakcję mam w chwilach, gdy nasze ciała, dusze, myśli – zwał jak zwał – stają się jednością, dopełniają się… Gdy reakcje są wspólne. Kiedy mam wrażenie, że mój partner jest w mojej głowie, a ja w jego. Wtedy pojawia się wspólny cel, jakim jest spełnienie, wspólna droga, wspólny wyrzut emocji. Wdzięczność, wyrazy czułości i bliskości, duma – te wszystkie słowa wtedy czuję bardziej, głębiej jakby. Jedno ciało, jeden umysł, ale w dwóch osobach. To jest „idealność” i kwintesencja mojego masochizmu.

I być może dopiero w chwili gdy zobaczy ich „taniec”, moment, w którym się jednoczą, ich wspólny wyrzut endorfin, to może wtedy dopiero uzmysłowi sobie, jak głębokie to może być odczucie. Masochista w spazmach rozkoszy, a sadysta w swojej euforii ze szklanymi oczami – to piękny widok.
W wielu aspektach klimatu chodzi o odpowiedni dobór partnera względem naszych preferencji; w masochizmie także. Nie wiem czasem czy nie jeszcze bardziej, bo to jakby dodatkowa cecha, której preferencje danej osoby trzeba brać pod uwagę.

odczuwanie

Alghedonia to fachowe określenie masochistycznego orgazmu osiąganego drogą poprzez ból. Te odczucia są różne, nie tylko inne u kobiet i mężczyzn, ale także między jednostkami tej samej płci. Jednak w większości przypadków wskazywany jest błogostan, odprężenie i relaks, nawet wtedy, jeśli nie dochodzi do skurczów macicy lub ejakulacji u mężczyzn. To może być to orgazm wywołany mentalnie (tak jak w przypadku orgazmów we śnie u kobiet) i może mieć przebieg bez widocznych skurczów, a może być też bardzo spektakularny dla postronnych osób, które się temu przyglądają.

Nie wiem dlaczego, ale teraz jest mi trudniej pisać o emocjach i uczuciach, trudniej niż kiedyś. Teraz jestem bardziej hermetyczna, mniej wylewna, ostrożniejsza.
Długo myślałam nad odczuciami i nie jestem pewna, czy na wszystkie są odpowiednie słowa, czy potrafię oddać wyjątkowość tej chwili i swego rodzaju jej niepowtarzalność, bo po tych wszystkich latach w klimacie wiem, że mimo tych samych praktyk, podobnego odczuwania bólu i przetwarzania go, nigdy nie są to identyczne emocje i odczucia i nigdy jest to taki sam orgazm.
Te emocje, o które pytasz, u mnie nie są związane tylko i wyłącznie z momentem orgazmu. To zaczyna się dziać dużo, dużo wcześniej i teraz myślę, że efekt końcowy to właśnie pochodna „gry wstępnej” i tego, kim jest partner, a nie tylko tego, że jako masochistka potrafię przetwarzać ból w przyjemność. Żeby to wszystko przeżyć i czuć naprawdę, potrzebuję silnej osobowości, stanowczej, gdy trzeba „zimnej”, twardej, opanowanej, silniejszej ode mnie.
Gdy przestaję słyszeć świat zewnętrzny, myśleć, analizować, gdybać, gdy napięcie czuję nie tylko w powietrzu, ale też realnie – na skórze i wszystkimi zmysłami – wiem, że to jest właśnie chwila, gdy zaczynam się otwierać i tajać. Wiem, że jest dobrze, gdy odczuwam pragnienie, na wielu poziomach: pragnę karmić sadystę moim ciałem, bólem, emocjami, głosem, jękiem, krzykiem, a wreszcie orgazmem – karmić go moimi emocjami i czuć, że on je bierze, że ich potrzebuje. Pragnę się dla niego otworzyć cała, pozbyć się wszystkich „nie”, „ale” i „może”, przekraczać granice. Zrobić dla niego WSZYSTKO. Tak, to jest kluczowe słowo, że chcę i mogę znieść wszystko.
Co czuję w czasie orgazmu? Wolność. Jest tak, jakbym wychodziła poza swoje ciało, przestaję myśleć o jego ograniczeniach, czuję się jak ptak, szybując w przestrzeniach bólu i niewiarygodnej rozkoszy. Krzyczę i płaczę. Mój umysł jest jak gdyby wyczyszczony, niemal całkowicie, choć może trudno w to uwierzyć, bo jak można nie myśleć? A jednak można… Skupiam się tylko na tym, co dostaję, co czuję. Wszystko poza przestrzenią moją i sadysty przestaje istnieć, cała zewnętrzność. Światem staje się nasz mikroświat. Euforia, gdy przestaję walczyć ze swoim ciałem, bo przecież to naturalny odruch organizmu: walka z bólem, sprzeciw, u masochistów także, i zaczynam słuchać siebie, swego ciała, swoich pragnień.
Miewam chwile buntu i słabości, gdy chcę krzyczeć, że cierpię, że nie daję rady, dosyć, poddaję się. Dziś wiem, że one są charakterystyczne dla tego momentu „tuż przed”: przed przejściem na drugą stronę, gdzie ból jest już tylko przyjemnością, a jedynym pragnieniem jest, by trwał i się nie kończył… I że to jest ten moment, który mówi: już niedługo, wytrzymaj, za chwilę tam będziesz i poczujesz radość, euforię, drżenie, będziesz śmiać się, płakać, krzyczeć, a na samym końcu przestaniesz na chwilę słyszeć, widzieć i istnieć, rozpłyniesz się.

Trudno jest ukryć fakt, że mam orgazmy podczas zadawania mi bólu. I to w dodatku nie jeden orgazm, a wiele. W pierwszej kolejności czuję spokój i paradoksalnie im większy „łomot”, tym większy spokój. Tak jakby w środku… To jakby się rozlewało po całym ciele. Ciało oczywiście sobie żyje i przeżywa to ekspresyjnie, bo nie da się bez ekspresyjnie przyjąć dużego bólu… Ale w środku, wewnątrz mnie, to takie uczucie jakby wszystko zostało otulone miękkim kocykiem i wszystko wskakuje na swoje miejsca.
Ale to nie jest tak, że się odcinam od bólu, cała ta burza emocji i doznań sprawia, że odczuwam spokój w trakcie zadawania mi bólu.
To takie ciepło rozlewające się od miejsca uderzenia idące w cycki i między nogi.

W chwili takiego orgazmu – czuje… Nic. Kompletna, głęboka, wspaniała… Nietzsche opisywał coś podobnego.

To przypomina unoszenie się na wodzie, kiedy każdą kroplę wilgoci czujesz na skórze. To takie mrowiące ciepło rozpływające się po całym ciele od miejsca uderzenia. Słyszę szum, mam dreszcze…Trzęsę się cała, mam „głupi” uśmiech satysfakcji na twarzy. Zupełnie jak przy klasycznym orgazmie, a w zasadzie to wielu następujących jeden po drugim, a czasami nawet i zlewających się w jedną całość.
Nic nie słyszę, nic nie widzę, tylko czuję. Jest tylko nasz świat.

Ciekawostką są u mnie orgazmy „echa”, które występują przez wiele godzin od zakończenia zadawania mi bólu.

Jestem masochistką i zdarza mi się osiągnąć orgazm poprzez ból. U mnie to zupełnie inny typ orgazmu, ja go nazywam psychicznym.
Nie odczuwam satysfakcji w trakcie zadawania mi bólu. Tylko po, kiedy wszystko jest napuchnięte, obite itd. Wtedy najchętniej zakopuje te części ciała w cieple. Czuję potężniejszy ból, ciągły ból i to on sprawia przyjemność, skupiając się na nim odpływam po prostu, przeżywam orgazm, piecze, boli, swędzi itd. Odczucia… Wiesz trudno powiedzieć ja mam odpływ świadomości, podobno jestem wtedy cala mokra i mam skurcze macicy, ale wbrew wszystkiemu nie lubię, gdy się mnie wtedy dotyka. Nie wiem jak Ci to opisać. Ja po prostu nie myślę, ja odczuwam i to odczucie jest przyjemnością. Ale zaznaczam, to musi być ból długi. Czyli sam spanking nie daje mi tego, dopiero po nim to czuje. Gdy mnie gryźć np. w ucho ciągle i stale to wtedy też. Najsilniejszy chyba miałam po spankingu witką i na to pokrzywy. Wtedy na leśnej drodze, słyszałam nawet swoje jęki, pomimo że On stał 6 kroków ode mnie i mnie nie dotykał.
Sama satysfakcja płynie z wejścia w ten ból i trwa o wiele dłużej niż orgazm dawany normalną drogą.
Odczucia to przyjemność i odpływ świadomości, przestaje myśleć, pogrążam się w bólu, ale w tym pozytywnym tego słowa znaczeniu.

To dla mnie samej całkiem nowa i złożona kwestia. Nie chcę napisać czegoś, co zabrzmi jak nieszczęsne „rozpadanie na milion kawałków”.
Nie każdy ból daje mi taki rodzaj satysfakcji i nie zawsze dochodzę. Nie do końca jeszcze wiem, co dzieje się z moim ciałem podczas. Psychicznie to gigantyczna ulga, nirwana, kilka chwil poza światem. Takie emocjonalne pomieszanie z poplątaniem, wskutek nasilającego się podniecenia. Tuż po takim szczycie nie czuję żadnych bodźców dookoła, tylko gorąco i błogość. Po wszystkim mam bardzo, bardzo uwrażliwioną skórę, tak że oddech na karku jest w stanie mnie łaskotać.

Powtórzę jeszcze raz. Orgazm masochistyczny nie jest „must have”, by być masochistą, bo wystarczy tylko to, by bodziec bólowy nas w jakimś stopniu podniecał i potęgował doznania. Nie trzeba mieć posiniaczonego całego ciała, by czuć przyjemność z klapsa – to jest pierwiastek masochizmu w różnych skalach „wielkości” i jego natężenia, występującego u danej osoby.

Na początku czuje tylko ból i że jestem mokra, bo ja się robię wilgotna od każdego bólu – również tego niefajnego. Potem, powoli zaczynam czuć słabość i nagle coś przeskakuje. Takie uderzenie szczęścia, świat znika i odlatuję. Tak jest kiedy czuje się bezpiecznie. Tylko w tym innym stanie mogę mieć orgazm z bólu, dlatego ważne jest by nic nie zakłóciło sceny.

Myślę, że każda z osób, która ból odczuwa jako przyjemność kiedyś doświadczyła lub dopiero doświadczy sytuacji, w której zabawa zostanie przerwana. Rodzi się wtedy frustracja, złość i często potem ciężko jest wrócić do tamtego świata. Takie rozproszenie uwagi nie jest miłym doświadczeniem.

Najpierw po prostu boli i mój mózg każe mi uciekać, później jest faza skupienia na bólu, a jeszcze później boli coraz mniej, coraz mniej aż w końcu jestem tak bardzo odizolowana, że nie wiem co czuje, ale nie jest to ból…
To tak jakby odczucia płynące z bólu powoli znikały, jakbym przestawała czuć ból i była poza nim. Ból mnie wtedy otula, a jednocześnie mam wrażenie, że jestem tylko ja, w moim prywatnym świecie.
Rodzaj odczuć związanych ze spełnieniem płynącym z bólu, bardzo mocno zależy od narzędzia. Na przykład trzcinka daje mi odczucia identyczne z bardzo dobrym orgazmem od minetki, który przychodzi powoli i jest spokojny, ale bardzo mocny, a ja mam potrzebę by było mocniej i szybciej. Z kolei przy ciężkich narzędziach, to jak uderzenie młotem podobnie jak z hitachi – niespodziewanie dochodzę… A po… hmmm 5 minutach mogę ponownie i jest to identyczne jak przy klasycznym orgazmie. Ja to określam lataniem – totalnie nic nie widzę i nie wiem gdzie jestem. Pojawiają się dreszcze, drze, często mam problem z ustaniem na nogach.
Wtedy pojawia się to tulenie, tak jakby ból i orgazm mnie otulały, otaczały takim bezpiecznym kokonem. W czasie klasycznego orgazmu to mi się nie zdarza.

Czasami odczuwam strach – wtedy wpadam w panikę i chce uciekać. Dlatego dla mnie poczucie bezpieczeństwa to absolutna podstawa.
Masochizm daje mi nie tylko spokój i wyciszenie, ale także, a może przede wszystkim czystą przyjemność i własnie te orgazmy.

Dla wielu osób stopień otwartości na praktyki masochistyczne może wiązać się ściśle z posiadaniem prawa do wycofania się (hasła bezpieczeństwa, które przerywa całkowicie czynność). Niby dla wielu z nas jest to oczywiste, ale nie zawsze tak jest, czasami ktoś prawa do hasła jest pozbawiony na własne życzenie lub nie i próby użycia hasła u strony dominującej wzbudzają śmiech i/lub komentarze w stylu „nie przesadzaj”… A czasami ktoś marzy o takim doznaniu.

Moją największą fantazją jest chłosta całego ciała do krwi, taka do omdlenia i to bez możliwości przerwania tego.

Jednak wydaje mi się, że są to wyjątki, u których występuje zaawansowana forma masochistycznego zamiłowania do cierpienia. Co prawda w fantazjach pojawia się wiele rzeczy i praktyk, które nas podniecają, ale czy serio wszystkie te brutalne scenki chcielibyśmy przeżyć i doświadczyć na własnej skórze? Większość osób, z którymi rozmawiałam, wykazuje jeszcze „odrobinki” instynktu samozachowawczego i potrafi podejść do swoich pragnień w czysto praktyczny i świadomy sposób ; ).
A mężczyźni? Przyznam szczerze, że ciężko było znaleźć masochistycznie usposobionego mężczyznę, u którego bólowe preferencje nie koncentrują się tylko na jego penisie i/lub jądrach.

Sam w sobie ból nie prowadzi u mnie do ejakulacji, musi być przy tym jakaś tam forma stymulacji „mechanicznej”. Pamiętaj jednak, że możesz wpaść w pułapkę, bo prawdziwy orgazm u faceta, tak intensywny jak mokry u kobiety jest na sucho, albo z ejakulacją wewnętrzną, nie zewnętrzną. Ten drugi można wywołać bólem.
Innymi słowy – wytrysk to wcale nie orgazm, to hmm, „mniejszy orgazm”, bo ten przez duże „O” to niekontrolowane skurcze mięśni brzucha, ud, okolic, rumieniec na torsie, przyspieszony oddech, walące serce, pot oblewający ciało, skronie, może być i utrata świadomości na chwilę, znaczy odpłynięcie, nie omdlenie, a po np. miękkie kolana dosłownie, że nie można wstać czy ustać. Dwa, nie trzy razy coś takiego przeżyłem, więc wiem.

Lubię ból, ale tylko w trakcie stosunku. To pomaga mi dojść. Lubię, gdy kobieta w trakcie albo pod koniec drapie mi plecy aż do krwi, mocno gryzie lub ściska sutki, a nawet jak ciągnie za kolczyki w nich. Dla mnie to nie tylko o sam ból chodzi, ale także i o zmuszanie do pewnych rzeczy.

Jak widać orgazm wywołany bólem częściej dotyczy kobiet niż mężczyzn, chociaż trafił mi się wyjątek.

Oczywiście, że dochodzę z bólu. Tak było w dwóch przypadkach. Pierwszy przypadek był podczas zlotu pokoju sado maso club w 2000 roku, podczas grupowej chłosty. Już sam fakt jest podniecający, kiedy każdy z grupy tych ludzi widzi cię, dotyka i bierze udział…

Udało mi się też spotkać mężczyznę, u którego ból jako taki nie wywołuje podniecenia, ale za to niesamowicie kręci go niewygodna pozycja i bycie związanym.
I tutaj taka ciekawostka – do masochizmu fizycznego zalicza się również zamiłowanie do długiego przebywania w niewygodnych pozycjach oraz bycia skrępowanym.

Unieruchomienie, to chyba najbardziej mnie podnieca. Powiem więcej, od selfbondage rozpoczęła się moja BDSMowa przygoda życiowa i to jeszcze za czasów młodzieńczych.
Przysłowiowy wpierdol… Napiszę tak, ból sam w sobie raczej nie daje mi satysfakcji, no – może odrobinę, ale bardziej chodzi o to, że mogę go ofiarować swej Pani.

Masochiści często mówią o tym, że będąc związanym, nie możesz w ogóle reagować czy uniknąć ciosu, co daje możliwość głębszego przeżywania swojego bólu. Jednak nie jest to zależność…

Podnieca mnie to, ze muszę zamierać w danej pozycji i hamować swoje reakcje. W chwili gdy jestem związana i nie mogę nic zrobić… Potrafię wpaść w panikę. U mnie unieruchomienie i zadawanie mi bólu nie idą w parze. To samo jest z zasłonięciem oczu. To co czuję, to czysty ból i rzadko kiedy jest w nim coś, co jest przyjemne. Ale nie mówię, że nie. Marzyłam o takim doznaniu bardzo długo – być przywiązaną i nie móc uciec, ale rzeczywistość okazała się zupełnie inna od tego co sobie wyobrażałam. Jednak dzięki temu, że spróbowałam, dziś wiem więcej na temat własnych preferencji jeśli chodzi o ból.

Wspomniałam o trzech typach masochizmu.

Absolutnie nie jestem masochistką psychiczną, w żadnym wymiarze. Chociaż gdy przeczytałam Twoje pytanie, zaczęłam się zastanawiać, czym jest masochizm psychiczny? Czy tym, co wielu nazywa uległością, a co wiąże się z krańcowym poniżaniem i degradacją, sprowadzeniem do roli nawet już nie zwierzęcia, a rzeczy? Jeśli to właśnie jest masochizm psychiczny, to ja taką masochistką nie jestem w takim sensie, że mnie to wcale nie podnieca, nie prowadzi do satysfakcji seksualnej.
W jakimś sensie być może mam jednak pierwiastek masochizmu psychicznego, bo przecież masochizm fizyczny to nie tylko ciało i jego reakcje na zadawany ból. Mózg też ma w tym swój udział, a ciało staje się przedmiotem w rękach sadysty (ja to nazywam „poduszką do igieł” albo „dywanem na trzepaku”).
Mimo wszystko jednak – fizyczny.

W psychiczny typ masochizmu nie będę się bardzo zagłębiała, bo i nie jest on mi na tyle bliski, ani też praktyki nie leżą w kręgu moich zainteresowań. Niemniej jednak samo pojęcia, jak i rodzaj przeżywanych emocji względem praktyk z tej części mrocznego słowa na m – zasługuje na to, by coś na jego temat napisać.

Masochizm psychiczny wiąże się z bardzo dużymi i skrajnymi emocjami.
Czuję potrzebę bycia z kimś, kto właśnie będzie grał mi na emocjach, z kimś kto potrafi je wzburzyć, podnosić na sam szczyt skali… Nawet doprowadzić do płaczu samymi słowami, a potem ostudzić wszystkie emocje i utulić.
Najłatwiej jest doprowadzić mnie do takiego stanu posługując się rzeczami dla mnie najważniejszymi np. związek, ostre i kategoryczne słowa, odpowiednie spojrzenie, pełne pogardy i dezaprobaty. Ultimatum powiedziane stanowczo. Trzymanie za włosy i powtarzanie, że dzieje się to na moje życzenie. Czuję wtedy wstyd, poczucie winy, obrzydzenie do samego siebie, a nawet w jakimś stopniu czuję się poniżony czy upokorzony… Czuję ogromne uwielbienie dla mojej Pani i  jednocześnie jest mi z tym wszystkim źle. Bardzo potrzebuję wtedy pokazać, że dla Pani zrobię wszystko i będę już grzeczny. To mnie chyba bardziej podnieca… To, że mogę być grzeczny. Problem w tym, że najpierw nie jestem grzeczny i się aż podkładam. Nieświadomie, ale dociskam śrubę z całej siły. W czasie, gdy mojej Pani puszczą nerwy, to żałuję. Tylko problem w tym, że o to właśnie chodzi, żebym żałował i żeby było mi głupio, bym czuł wstyd, że zachowuję się jak idiota… Że nad niczym nie panuję. To bardzo silne emocje, to takie wręcz siłowe sprowadzenie do parteru tylko bez użycia siły fizycznej.
Tak samo reaguję na zadania, które mogą mieć na celu upokorzenie lub poniżenie. Odbieram je jak szansę na odkupienie i okazję, by pokazać, że mogę być grzeczny, że zasługuję na uwagę Pani i na bycie z Nią. To też gigantyczna adrenalina, bo nie wiem, czy będę dość dobry.
Zdecydowanie najważniejsze jest odprężenie i ulga, że wszystko będzie dobrze, że dałem radę zaspokoić moją Panią i już się nie gniewa. Uwielbiam, gdy z wymagającej „wiedźmy”, zamienia się w kogoś ciepłego i czułego. Taka zmiana o 180 stopni, która daje kolejnego kopa w psychikę. Jedne skrajne emocje zamienione w drugie skrajne. Kocham to.

Najbardziej reaguję na słowa skierowane do mnie bezpośrednio, poniżające i wulgarne, a im ostrzej tym lepiej. Najintensywniej reaguję na te, które degradują mnie jako mężczyznę i stawiają na równi z „kobietą”. Wiesz – dziwką albo prostytutką. Równie silnie będę reagował na feminizację, a także zmuszenie mnie do stereotypowych, kobiecych zachowań w łóżku, to bardzo silne emocje, ale włącza mi się wtedy potrzeba dawania przyjemności ustami, całym swym ciałem, chcę lizać i całować ciało, które mną włada. Chcę ssać, obciągać palce czy dildo.
Orgazmy są mega silne i bardzo wyczerpujące, nawet te analne. Mam pragnienie lizania tyłka, kolan, łydek…
Myślę – nie myślę. Reaguję na polecenia, na słowa, gesty Dominującej.
U mnie to jest chyba związane z tym, że w głowie mam silnego i niezależnego faceta. Wiesz… Ja się mocno ze swoim ciałem identyfikuję.
Wtedy jakbym wyłączał wyższe myślenie. Nie ma żadnego rozkminiania, a mózg zajmuję się tylko odczuwaniem, czuciem tego wszystkiego. Czasami mi staje, a czasami nie, ale to nie ma wpływu na to czy mi się podoba czy nie.

Odpowiednie dobrane słowa bolą bardziej niż uderzenie. „Słabość” co do obszarów, które można wykorzystywać w tego typu zabawach, jest kwestią indywidualną. Jedni będą reagować na pozbawienie ich męskości, inni będą reagować na wbijanie w poczucie winy, a jeszcze inni na czysto upokarzające czynności.
Ale należy pamiętać, że aby bawić się w poniżanie czy upokorzenie, trzeba mieć bardzo silną psychikę, ale przede wszystkim odpowiedniego partnera, który później podniesie nas z tej podłogi i wyciągnie z dziury o nazwie „jestem niczym”. Należy pamiętać, że psychika bywa jak domek z kart, a jeden niewłaściwy ruch może zostawić trwały ślad w głowie. To właśnie dlatego w tego typu praktykach odpowiedni aftercare musi być indywidualnie dopasowany do stopnia odczuć strony uległej. Chociaż nie każdy może tego wyciągania potrzebować i chcieć, bo są przypadki, w których przysłowiowe wystawienie za drzwi jest elementem pożądanym. Nawet wtedy należy postępować bardzo ostrożnie i bardzo odpowiedzialnie. Abstrahując już od tego, że w ogóle zabawy w BDSM wymagają szczególnej ostrożności.

A jak jest z orgazmem w sferze masochizmu psychicznego?

W moim przypadku nie dochodzi do orgazmu. Choć jeśli w trakcie zmusi się mnie do dotykania się, lub jeśli moja Pani będzie mnie dotykać, to wytrysk będzie i to z olbrzymim orgazmem. Jeśli go nie będzie, będę czuł niedosyt.

skąd to się bierze?

Masochizm wrodzony czy masochizm nabyty? To dość trudne do określenia. Najciekawsze w tym jest to, że naukowcom badającym zachowania seksualne, a w tym również zaburzenia/parafilie nie udało się określić, skąd się one biorą. Istnieje sporo teorii. Większość opiera się na trudnym dzieciństwie, wykorzystywaniu seksualnym, lękach oraz na traumatycznych przeżyciach. A jak jest w praktyce? Zapytałam o to moich rozmówców.

Masochizm jest we mnie od zawsze, odkąd pamiętam. Już jako dziecko lubiłam się kłuć igłami pod kołdrą. Trudno mi w związku z tym odpowiedzieć na pytanie: dlaczego i skąd? Po prostu mam „to” w sobie, nie waham się powiedzieć, że z tym się urodziłam. W moim życiu nie zdarzyło się nic, co tłumaczyłoby to, że lubię ból. Wychowałam się w rozbitej rodzinie, ale byłam kochanym i rozpieszczanym dzieckiem, głównie przez dziadków. Nie miały na mnie wpływu żadne lektury, bo po prostu w czasach mojego dzieciństwa czy kiedy byłam nastolatką, nie było takich lektur ani filmów, które by mnie ukierunkowały. Pierwszy film, który dotykał klimatu – „Salo, czyli 120 dni Sodomy” Pasoliniego obejrzałam podczas obozu studenckiego, a „Niedole cnoty, zbrodnie miłości” de Sade’a kupiłam w antykwariacie w czasie studiów. Nie wiem, czy to jest istotne, ale moje sympatie i stany „zakochania” szybko mijały, gdy odkrywałam, że seks nie łączy się z mocniejszymi doznaniami. Nie potrafiłam tego nazwać, bo nie miałam wiedzy na ten temat, ale wiedziałam, że ból nie tylko przyspiesza orgazm, ale też go zwielokrotnia i potęguje. Dlatego z chłopakiem, który dziś pewnie zostałby nazwany sadystą, byłam dość długo.

Mam wrażenie, że miałam to od zawsze. Tak jak pisałam – jestem mokra od każdego bólu i często od strachu (jest to wybitnie beznadziejne ale tak jest).

Myślę, że wpływ mogły mieć różne filmy jakie oglądałem, być może dlatego, że lubię kobiecą władzę egzekwowaną własnie takim rodzajem „przemocy”.

Powiem ci, że u mnie zaczęło się to w zakonie. Byłem przez pięć lat w klasztorze franciszkańskim. W każdy piątek od godziny 15 do 20, pod habitem, na znak łączności z cierpiącym Jezusem, nosiliśmy włosienice (rodzaj swetra robionego z owczej, niewyczesanej wełny, odpowiednikiem tego może być np. wata szklana), który miał uwierać i drapać, a u mnie powodował podniecenie. Również się biczowaliśmy.
To był okres, w którym się zorientowałem, że lubię ból. Często trzepałem wtedy konia i szukałem innych źródeł bólowych bodźców. Zaczynałem od imbiru pod napletkiem, używałem nawet kwasku cytrynowego… Często sam zadaję sobie ból.
Od 11 lat pogłębiam w miarę możliwości swoje doświadczenia… Punktem zwrotnym (uświadomieniem) był pobyt w klasztorze, ale to w końcu kościół słynie z BDSM.

Byłem często w domu bity za nieposłuszeństwo albo za nie wracanie na czas do domu, ale nigdy nie na goło… I wydaje mi się, że tamte zdarzenia po części miały wpływa na dzisiejsze moje upodobania, bo do dziś chcę lania i bólu w formie kary.

Szukałam, nie znalazłam. Zero traum związanych z bólem, żadnego znęcania w dzieciństwie itp. Ale od stosunkowo wczesnych lat wiedziałam, że coś takiego we mnie jest. Seksualnie nigdy nie kręciły mnie „mizianki” i delikatność, moje fantazje zawsze były dość brutalne i mocne. Tylko myślałam, że ciągnie mnie bardziej w stronę uległości niż masochizmu

Nie. Nie robię takich analiz. Odkryłam przyjemność bólu będąc nastolatką. Bo mogłam, bo byłam ciekawska. Nie upatruję w tym historii mojego życia.

Nigdy się nie zastanawiałem skąd to u mnie, ani skąd się wzięło podniecenie z bycia suką.
W moim domu nigdy nie było przemocy.

Seksualność u dzieci nie ma zahamowań, rozwija się bardzo szybko i wszystko dzieje się intuicyjnie. Nie ma problemów z akceptacją, a eksperymenty chyba każdy z nas jakieś robił w tym okresie.

Jako mała dziewczynka wraz z koleżankami oglądałyśmy i swoje pupy i cipki, wtedy też eksperymentowałam z bólem. Wiesz jakieś spinacze, które podprowadzałam matce ze sznurków na balkonie, rysowanie cyrklem po skórze albo wbijanie igły płytko pod skórę – takie wyszywanki… Potem pojawiły się zabawy w lekarzy i pacjentów.
Ale najdłużej fascynowało mnie ciepło, które dawały kaloryfery, ono aż parzyło skórę.

Jak już wspomniałem, było to dość wcześnie, bo w wieku, w którym pojawia się seksualność, zaczynają buzować hormony. Pamiętam, że uwielbiałem się krępować, używając do tego celu wszelkiego rodzaju sznurków, pasków, rajstop, itp. To było czysto intuicyjne, nie było przecież wtedy żadnych internetów jak teraz… Tak powiązany, skrępowany w tamtych czasach miałem swoje pierwsze orgazmy.
Nie mam sam pojęcia skąd mi się to wzięło, jak pisałem to było zupełnie podświadome, a zachowanie intuicyjne. Próbowałem analizować, ale bez prób studiowania jakiejś wiedzy. Być może miało to związek z tym, że w podstawówce byłam raczej chłopakiem stojącym na uboczu, wyśmiewanym… Rozumiesz. Czemu akurat wiązanie? Czy to czasem nie jakieś geny czy inny diabeł… Nie wiem.
Jednocześnie lubiłem zaczepiać dziewczyny. Wiesz, w taki sposób, żeby mi się oberwało. Chciałem bawić się w coś jakby… Ona jest księżniczką i więzi mnie w swoim lochu – tak sobie teraz dopowiadam rozumiejąc już wszystko i będąc świadomym.
Za dziecka doprowadzało mnie samo skrępowanie, właśnie tak… Teraz wiązanie to po prostu „wspomagacz” jeśli chodzi o zwykłą masturbację. Gdy się wiążę, chujek często sam twardnieje. Będąc związanym, dochodzę znacznie szybciej. Ciężko mi powiedzieć czy wtedy orgazm jest jakiś inny, głębszy albo mocniejszy. Po prostu odczuwam dodatkową przyjemność z bycia skrępowanym.
Lubię zasypiać skrępowany, a dokładniej podoba mi się to uczucie, kiedy budzę się i mój zaspany umysł uświadamia sobie, że jestem związany.

W domu nigdy nie dostawałem paskiem, ani innych przemocy sobie nie przypominam itp. Wychowywany byłem przez mamę i dziadka. Zaczęło się luźno, zabawowo z równie ciekawska osobą co ja.

Eksperymenty auto-masochistyczne, oczywiście, były, w latach nastoletnich i nie przynosiły efektów. Nie bawił i wciąż nie bawi mnie ból zadawany sobie. Chyba że na polecenie Właściciela.

Wątek spełnienia poprzez ból, ale nie odbieranie go jako coś przyjemnego, a dawanie komuś satysfakcji pojawiał się bardzo często. Jednak moim zdaniem nie jest to reakcja masochistyczna i kojarzy mi się po prostu z oddaniem i satysfakcją z wykonanego zadania.

Eksperymentowałam. Klasycznie – samookaleczeniami, głownie żyletka (mam słabość do ostrych przedmiotów).

Pojawienie się takich preferencji seksualnych może dość mocno wpłynąć na postrzeganie samego siebie. Człowiek zazwyczaj i tak analizuje, starając się znaleźć to, co mogło wywołać pojawienie się u niego parafilii. Chyba, że… Od razu to zaakceptuje.

Nie mam pojęcia skąd u mnie zamiłowanie do bólu. Kiedyś działało to na zasadzie „a zrobię coś źle, to dostanę łomot”, a teraz jest na zasadzie „zróbmy to, będzie fajnie”. Prawdopodobnie zawsze gdzieś w głowie miałam fantazje o bólu. Jako chyba dziesięciolatka już rysowałam niewolnice z zakrwawionymi plecami, mimo że nie miałam pojęcia jak to działa i jakie to uczucie.
Zawsze lubiłam mocne wrażenia. Dłuższą chwilę zajęło mi ich nazwanie.
Raczej uważałam siebie za krnąbrną uległa, taką co się sama doprasza kary. Nie nazywałam się masochistką. Jak zrozumiałam, że ja lubię jak boli, to nie miałam problemu z tym żeby to zaakceptować.

Nie, nigdy się nie zastanawiałam skąd to się wzięło. Jakoś nie interesowało mnie to dlaczego tak jest. Chyba nie muszę wiedzieć skąd i dochodzić dlaczego. Czytałam co prawda o psychologicznych aspektach masochizmu, ale ja do nich nie pasuję. Miałam i mam normalną rodzinę, nie byłam bita, jestem jedynaczką. Nie byłam wykorzystywana seksualnie, a tata nie bił mamy. Rodzice nie są alkoholikami itd. Wszystko w jak najlepszym porządku.

Zauważyłam to w chwili gdy pierwszy raz dziewczyna podrapała mi plecy w trakcie stosunku, bardzo piszczała wtedy. Potem tłumaczyła że nie potrafiła zapanować nad tym, bo tak jej było dobrze.
Nie miałem problemów z akceptacją tego.

Słyszeliście o odruchu Pawłowa? Tym samym, w którym pies na dźwięk dzwonka zaczynał się ślinić? To może być to samo, co reakcje niektórych osób na dźwięk świstu bata, który odbija się drżeniem. To taki wyuczony wzorzec, albo program, można to nazwać bardzo różnie, ale to i tak to samo. Nawyk organizmu czy mózgu, nauczenie się jakiejś konkretnej reakcji. Skojarzenie świstu z bólem może wywoływać u niektórych z pierwiastkiem masochizmu wręcz identyczne reakcje jak podczas zadawania bólu. Jednym zmieni się wzrok, inni sykną i zaczną się trząść, a jeszcze innym mózg wstrzyknie dawkę adrenaliny i endorfiny, spowoduje zwilgotnienie, erekcję, a nawet może się zdarzyć mentalny orgazm. Fascynujące, prawda?

Powiem ci coś osobistego i to bardzo.
Jestem nałogowym seksoholikiem, radziłem sobie masturbacją ze stresem. To znaczy, że gdy byłem poniżany lub stresowany, to by sobie z tym poradzić, musiałem sobie zwalić. Dlatego nie dziwne jest, że duży stres mnie pobudza seksualnie.
Chodzi o sytuację w domu i problemami typu: złe oceny ze sprawdzianów itp. Miałem podejrzenie fobii społecznej, a na pewno mam ADD (odpowiednik ADHD). Przez co świat mnie stresuje.
A im większy stres, tym większa satysfakcja i na pewno mam to z faktu, że „odstresowywałem” się w ten sposób.

akceptacja i świadomość

Kiedyś, wiele lat temu, gdy nie akceptowałem tego co tak podoba się mojemu ciału… Ileż to razy mówiłem sobie „nigdy więcej”.
Dwa, kiedy nie czułem się bezpiecznie, kiedy nie mogłem zaufać, a były takie sytuacje. Skutkiem tego było wycofanie psychiczne, wielomiesięczne abstynencję od BDSM, mówienie sobie, że nigdy więcej, a potem tsunami pożądania było o wiele większe…

Akceptacja to początek drogi do zrozumienia samego siebie. Słowo masochizm może i brzmi przerażająco, może i nawet piętnuje w jakimś sensie, ale tak naprawdę jest to tyko słowo. Każdy, kto lubi ból – chłostę, pojedynczego klapsa, igły, poniżenia czy unieruchomienie – w pewnym sensie jest masochistą. Każdy, którego ból i/lub cierpienie podnieca, nawet jeśli nie jest to każdy rodzaj bólu, a tylko wybrane jego rodzaje… Nawet jeśli lubi dostać tylko w jedno miejsce, a odczuwanie tego bólu podnosi poziom podniecenia… Nawet jeśli ważne jest dla niego od kogo dostaje i nawet jeśli to nie ma najmniejszego znaczenia… Pierwiastek masochizmu może być większy lub mniejszy, a co za tym idzie potrzeby będą większe lub mniejsze. Ważne, by akceptować to, że dzięki bodźcowi bólowemu jest nam dobrze lub lepiej.
Akceptacja samego siebie w tej kwestii jak i w wielu innych to podstawa, bo przecież dzięki temu można dawać sobie oraz naszemu partnerowi spełnienie.

Przez długi czas nie tylko nie rozumiałam tego dlaczego tak jest, że raz na jakiś czas potrzebny mi był ból, ale także go nie akceptowałam. Dochodziło do dantejskich scen, w których potrafiłam się popłakać, zamknąć w sobie i nie wychodzić w ogóle z ukrycia spod włosów, trawiłam to wszystko i miałam ogromne wyrzuty sumienia. Sądziłam, że jest ze mną coś nie tak, że to nie jest normalne. Dopiero w chwili gdy poznałam Odpowiednią Osobę, zaakceptowałam tą cząstkę masochizmu w sobie. Dopiero wtedy zaczęłam mieć z tego przyjemność, bo przestałam ukrywać reakcję, a pozwoliłam się temu rozwinąć. Przestałam wypierać fakt, że jest we mnie masochizm.
I odetchnęłam z ulgą.

Tak jak pisałam, są trzy główne typy masochizmu i niezależnie od tego, który typ u nas występuje, ważne jest, abyśmy świadomie dokonywali wyborów, nie tylko w kwestii partnera do zabaw, ale przede wszystkim… Żebyśmy nie robili niczego wbrew sobie.

Jestem switchem skierowanym na ciało. Więc ból fizyczny to coś co wybieram. Ból psychiczny to coś czego nie akceptuję.

wytrzymałość

Istnieje stereotyp mówiący o tym, że im grubsza/grubszy, tym mniej czuje i można więcej – ten stereotyp najczęściej spotykam, może dlatego, że mam „trochę” ciała więcej niż przeciętna kobieta, więc obalę go na swoim przykładzie. Kiedyś było mnie jeszcze więcej, ale odczuwanie bólu było takie samo. Dlaczego? Dlaczego nie bolało mnie mniej, przecież było mnie więcej, więc dlaczego ta teoria nie miała zastosowania? A no dlatego, że skóra danej jednostki, a w tym przypadku mnie, jest tak samo unerwiona niezależnie od objętości pośladka. Kwestia wytrzymałości i ilości jest kwestią tak samo indywidualną jak unerwienie czy układ linii papilarnych. Waga tudzież objętość jednostki nie ma wpływu na ilość/stopień bólu, jaki może znieść dana osoba.
Ale są dni, w których kobiety o preferencjach masochistycznych odczuwają większą potrzebę bólu, są dni oraz momenty, w których nie chcą go w ogóle.

Muszę być wyspana, najedzona i ogólnie w dobrym humorze. Na smutno się nie da w ogóle. Na owulacje tez nie, bo jak mam owulację, to chce się „rozmnażać” i mam bardziej wrażliwe ciało… A na okres można „nawalać łopatą”.

Oczywiście, że miewam dni, w których potrzebuję bólu i proszę o niego i są takie kiedy mówię nie, nie wytrzymam, bądź nie mam najmniejszej ochoty. Ukształtowane to jest hormonami, niczym innym. I wiąże się to z ochotą, którą większość kobiet określa ochotą na seks.
Mnie wanilia nie podnieca, nie daje i co dziwne nigdy, nawet jeszcze przed głębokim wejściem w klimat, nie dawała przyjemności.

Masochizm przychodzi do mnie falami. Zarówno próg wytrzymałości jak i zapotrzebowanie, to taka sinusoida.
Dostrzegam zależność choćby od etapów cyklu miesiączkowego. Najmocniej potrzebuję i „najtwardsza” jestem podczas owulacji i w trakcie samego okresu (trzeci, czwarty dzień). Tuż przed mam PMS i ledwo żyję, tuż po – może i bym chciała, ale wytrzymuję niewiele. Druga sprawa to pewien poziom stresu, który odczuwaniu sprzyja. Wtedy to właściwie odreagowywanie, niekoniecznie prowadzące do orgazmu, ale oczyszczające głowę. Ale i tu: nie działam w czasie wysokiego stresu. Żartujemy sobie z pojęcia terapeutycznego wpierdolu, ale wiadomo, nie próbujemy tym niczego leczyć. Tylko rozładowujemy napięcie.

U kobiet ochota na seks jest ściśle związana z cyklem i również poziom akceptowalnego bólu się zmienia w jego trakcie. Słyszałam, że najwyższy próg bólowy u kobiet przypada na środek cyklu i właśnie wtedy najlepiej jest wykonać depilację woskiem. Natomiast odradza się wykonywanie tego zabiegu tuż przed miesiączką, bo wtedy tolerancja bólu jest najniższa.
Ta zasada jednak może się zmienić w chwili, gdy kobieta przyjmuje antykoncepcję hormonalną.
A co jeśli spotkań jest mało?

U mnie to nie jest kwestia lepszych czy gorszych dni, bo spotykamy się dość rzadko, niestety. Raczej jest tak, że po takiej długiej przerwie czuję większą potrzebę klimatu. I to jest jedyny powód, że bardzo chcę.
Zdarza się oczywiście, że wyjeżdżamy razem na dłużej i wtedy faktycznie miewamy dni bez klimatu, ale myślę, że wtedy chcemy się nacieszyć sobą pod każdym względem i ten czas jakoś dzielimy między wszystko.

Mężczyźni mają inaczej.

Mężczyźni nie mają okresu. Myślę, że tak naprawdę to kwestia psychiki albo otaczającej aury.

Krótko, zwięźle i na temat.

No chyba u mnie nie ma takich dni, a tak serio, to można to porównać do normalnej potrzeby seksu albo do orgazmu. Bo bondage i jego potrzeba jest powiązana z napięciem seksualnym.
Pewnie, że po całym dniu wiązania zapewne miałbym na chwilę dość. Pewnie, że jak jestem czymś zajęty, nie wiem – strzelam, jestem na wakacjach i zwiedzam obce kraje, wyjeżdżam i skaczę ze spadochronem. Są emocje zastępcze i mogę w ogóle nie odczuwać potrzeby seksu, wiązania się czy potrzeby orgazmu.
Najbardziej te potrzeby zawsze odczuwałem wieczorem, kiedy byłem sam ze sobą i komputerem, umysł przestawał się skupiać na tym co jest do zrobienia, problemach, ludziach czy innych przyjemnościach, generalnie przestawałem się skupiać na życiu.
Teraz wieczory są przede wszystkim, ale i każda wolna dla nas obojga chwila jest dobra, kiedy możemy oboje skupić się przez dłuższy czas tylko na klimacie… I nigdy nie mam przesytu.

Ale przecież stereotypowi masochiści nie czują bólu – jak to nie? Masochizm to „zdolność” do „przekształcania bólu” w coś przyjemnego, pobudzającego. Masochiści ból czują. Tutaj pojawia się kolejny podział, ale tym razem ze względu na odczuwanie bólu. Są tacy, u których ból miesza się przyjemnością – tak od razu, szybko, takie pstryk i jest. Są tacy, którzy odczuwają przyjemność po wykonanej chłoście, czyli po zadanym bólu, a są i tacy, którzy tę błogość osiągają nie w trakcie, nie po… A właściwie to po, ale po kilku godzinach od zakończenia zabawy. Umiejętność zmiany bodźca bólowego, to bardziej zasługa psychiki lub mózgu, kiedy to w ciele pojawia się wyższe stężenie adrenaliny i endorfiny i to waśnie daje rozkosz.

Uderzenie zawsze boli, zawsze ten ból jest. Przerwanie tkanek też boli, wpijanie się liny pod naporem ciężaru ciała też.
Ból i przyjemność może być jednym i tym samym, ale ból czujesz zawsze.

Masochista to osoba, która lubi każdy ból – nie mogę się z tym zgodzić, bo masochiści też mają swoje preferencje. Ale faktycznie jest grupa osób, które odbierają każdy bodziec bólowy jako przyjemny…

Nigdy nie zapomnę jak kiedyś w pracy uderzyłam się łokciem o rant stołu, wiesz taki prąd czuć wtedy. Narobiłam hałasu, aż moja koleżanka przyleciała na zaplecze. Zabrzmi to może dziwnie, ale to mnie nie bolało, to było nawet przyjemne, chyba zadziałał odruch jakiś… Nie wiem. Miałam tylko raz taką sytuację.
Ona była blada, jej twarz wyrażała głębokie współczucie – bo to przecież boli, a ja miałam już inny wzrok, a w ustach ogromną ilość śliny.

To i tak nie można mówić, że każda osoba o takich preferencjach lubi każdy ból.

Ja jako takiego bólu nie lubię, gdybym lubiła każdy ból, to dentysta byłby moim najlepszym lekarzem albo nosiłabym pineskę w bucie. To nie jest tak, że stanę, a On mnie bije bez niczego. Tu jednak musi być to napięcie, te emocje, poza bólem. Strach, niepewność, oddanie władzy nad moim ciałem. Widzisz, ja w czasie samej sesji często mam urwany film jak po alkoholu, pamiętam nie pamiętam, pamiętam nie pamiętam… Jednak do odczuwania tego dobrego bólu potrzebne mi jest coś więcej niż sam ból, potrzebuję też innych emocji. Tylko całość sesji daje to coś. „Samookaleczenie” nie poparte inicjatywą partnera wątpię aby sprawiło mi przyjemność.

Ból nie był nigdy dla mnie ucieczką wgłąb siebie od problemow rożnej natury, życia itp. Co zwykle cechuje wewnętrzne rozbudzanie się masochizmu. Większość masochistów lubi mieć zasłonięte oczy, izoluje się i odbywa wtedy wędrówkę do wnętrza siebie, albo szuka ciszy w rozbieganej głowie, albo odreagowania itp.
Mnie ból zbliża do osoby zadającej go, nie jest celem, lecz środkiem, procesem, tarciem miedzy dwojgiem. Spełnienie czysto seksualne połączone z bólem, a potem obolałe miejsca, ślady po ugryzieniach i zadrapaniach widoczne w lustrze, przypominają przyjemność, ale są też swoistym podpisem. W głowie tańczy wtedy świadomość, że się dało sobą spełnienie sadystce, że się w tym momencie i przez te ślady do niej należy w jakimś stopniu, a ból znosi dla niej, poznając przy tym możliwość własnego ciała, odporności, oddania się. Jak Nicolas Cage skaczący z wieżowca w „Mieście Aniołów”. Orgazm przez duże O….hmmm.

Najczęściej wskazywana sytuacja, która zniechęca do dalszej zabawy u mężczyzn, to orgazm. Mężczyźni często wskazują na spadek wytrzymałości na ból.

Tak zawsze się dzieję kiedy jest u mnie po orgazmie. Wtedy napięcie opada, jednakże po jakimś czasie zabawy w fetysz, szczególnie po orgazmie – wszystko wraca. Powiem ci tak: po torturach, chłoście i tak dalej… Kiedy doszedłem, wcale to nie był koniec zabawy. Wtedy siadła mi na twarzy pozwalając się lizać i zrobiła mi iniekcję penisa palcem (włożyła palec do cewki moczowej). I też doszedłem.

Chciałem być kiedyś „bardzo maso”. Ale przestała mnie bić, gdy widziała jak mocno walczę ze sobą, jak dużo mnie to kosztuje, by nie wstać i nie chwycić za dłoń.

Samo chcenie nic tutaj nie da. Można tolerować jakiś tam stopień bólu i nie mieć z tego tytułu frajdy, ale masochizmu nie da się nauczyć, podobnie zresztą jak uległości czy dominacji. To się po prostu w sobie ma i jedyne, co można zrobić, to spróbować to wydobyć. Natomiast nie da się tego zrobić na siłę, z musu, a nawet z czystej chęci dawania komuś możliwości bycia „sadystycznie usposobionym” wobec nas.

droga do orgazmu, preferencje oraz pobudzające czynniki

Wiadomo, że nie ma jednego i uniwersalnego sposobu czy też techniki stymulacji łechtaczki, aby każda jej właścicielka mogła dojść. To samo jest u mężczyzn, jedni lubią głębsze ruchy, ale wolniejsze, a inni płytsze i szybsze. Trzecia grupa będzie łączyła wszystkie sposoby stymulacji. Podobnie jest z masochistycznym orgazmem oraz pobudzeniem jako reakcją na ból. Osiąga się to różnymi metodami, narzędziami i z różną siłą.

Na pierwszym miejscu chłosta trzcinką, kablem albo batem. Pytasz o miejsca: wcale nie jest najważniejszy, nomen omen, oklepany tyłek, lecz piersi, brzuch i uda – miejsca niesłychanie wrażliwe. Dla mnie to są narzędzia z dwóch biegunów, dzięki którym doznania są krańcowo różne.
Trzcinka to narzędzie, dzięki któremu ból narasta i intensyfikuje się stopniowo. Przedłuża chwilę do momentu przejścia na drugą stronę, to dla mnie taka dłuższa gra wstępna, poprzedzająca naprawdę ostrą chłostę. Pośladki, uda – na zewnątrz i wewnątrz, w mojej 5-stopniowej skali: 5.
Kabel i bat… emocje związane z chłostą kablem, a raczej czymś splecionym z kabelków, i batem to sinusoida. Strach i niesamowite podniecenie. Strach – przed pierwszym razem, bo pierwszy raz kablem czy batem znacząco różni się od pierwszego smagnięcia trzcinką. Ból jest wyrazisty, mocny, ostry, konkretny, bez żadnych półtonów i pośrednich odcieni. Tnie skórę jak marznący deszcz. A jednocześnie pierwsze smagnięcie czuję głęboko w sobie, czuję, jak reagują sutki i łechtaczka, czuję je tak, jakbym ich dotykała. Jestem jednym wielkim podnieceniem i spazmem rozkoszy. Paradoksalnie najczęściej jest tak, że choć wszystko we mnie krzyczy NIE, to przechodzę przy kablu i bacie od razu na drugą stronę, bo moje ciało mówi sadyście TAK. To przy kablu się zatracam bezgranicznie. Wchłaniam ból jak gąbka. Zdarza się tak, że ciało już nie daje rady, ale we mnie wszystko woła o więcej i mocniej, bez końca. Tak naprawdę wtedy tracę kontrolę nad sobą i moje zdrowie i życie jest w rękach sadysty. Pośladki, uda, brzuch, piersi, ale skala? Nie wiem. Czasem wydaje mi się, że przy tej chłoście brakuje dla mnie skali.

Najszybszą drogą do orgazmu jest u mnie ciężki flogger – dużo, mocno i wszędzie, ale musu być naprawdę ciężki, bo lekkie i takie co ciągną nie sprawiają mi przyjemności, nie lubię ich.
Lubię też palcat, dokładniej uda z przodu i stopy, druty i przebijanie ciała wszędzie lub trzcinkę, ale nią to lubię dużo, wszędzie, ale lekko.

Najskuteczniejszy jest ból zadawany po wewnętrznej stronie ud, czymś płaskim i sztywnym żeby też ładny dźwięk wydawało. Nie lubię obrywać po tyłku, ból tych miejsc w niewielkim stopniu mnie pobudza.

Nie ma miejsca, które specjalnie lubię bądź nie. No może oprócz głowy, uderzanie po głowie sprawia jakąś tam większą przyjemność. Nie lubię spankingu okrągłymi narzędziami typu szpicruta czy kij, za tym nie przepadam. Dużo bardziej lubię narzędzia płaskie. Pewnie chodzi o ból, bardziej tępy choć nie wiem. Mój Partner ma swój bat, to są dwie dość grube, płaskie blachy w grubej gumie. Ten bat lubię najbardziej. Poza tym jak już wiesz, lubię długotrwały ból. Wczoraj na przykład wykręcał mi ręce, coś na zasadzie wiszenia za nie, były wyciągnięte z tyłu, czułam, że jeszcze sekunda, a one wylecą ze stawów. Odwiązał mnie, ale nie dlatego, że ja się poddałam, ale dlatego, że usłyszał to „chrupnięcie” i uznał, że zaczyna się robić niebezpiecznie. Gorzej, że zrobił to w najlepszym dla mnie momencie.
Powiem ci co mnie nie boli – to igły wbijane gdziekolwiek, mogę przy tym czytać książkę, nie czuję nic oprócz może jakiegoś lekkiego pieczenia, które jest praktycznie nie odczuwalne. Z tym, że ja też nigdy nie miałam jakoś dużej ilości tych igieł, może ból byłby większy gdyby były powijane na sztorc. Nie boli mnie też gaszenie papierosów na ciele. To czego się boję to haki – te grube, za które się podwiesza i jeszcze wbijanych gwoździ w ciało. Boję się może dlatego, że nie miałam, ale sama nie wiem czy chcę to poznać.

Zawsze się boję bólu, szczególnie zadawanego w taki sposób – ja to nazywam awanturą z pobiciem, nie ma tu wrzasku, są tylko uderzenia, ale nie wymierzone, celowane tylko jak dla mnie na oślep. Boję się, ale ten strach powoduje tylko lepsze odczucia po, bo daje ten dreszczyk, który powoduje ze płaczę i śmieję się na zmianę. No i boli cale ciało, a nie tylko jedna jego część. To najczęściej jest okładanie pięściami, kopanie i uderzanie narzędziami, które są pod ręką, a ja nie jestem związana. Może to i brzmi trochę jak przemoc domowa, ale to rodzaj zabawy, przed i po niej jestem „kochanie” itd. Nie jest to przemoc w rozumieniu znęcania się, a obopólna zabawa, która każdej ze stron daje satysfakcje. Ja oddaje kontrole nad tym co się dzieje ze mną, a On przyjmuje pełną odpowiedzialność. Wiesz, piszę ze swojego punktu widzenia, że uderzenia są na oślep, ale On doskonale wie co robi, nigdy nie poszedł za daleko i kończy, gdy ja już przeżyje orgazm albo staje się to niebezpieczne.
Każdy ma inne bdsm, a mnie bawi taka zabawa, w której jestem maltretowana w połączeniu ze strachem i swoją niemocą. Zresztą ja to wymyśliłam, opowiedziałam Mu i On w końcu to zrobił. Ale widzisz np uderzeń moją głową o ścianę nigdy nie zgodził się wykonać.

U mnie z tych bodźców typowo doprowadzających to taka sztampa i typowa napierdalanka: głównie po pośladkach, cipce i udach; palcatem, trzcinką, pasem, floggerem. I ręką. I to wszystko lubię, wiadomo. Według mojej skali: to mocne i długie bicie, ale i nie mam porównania. To, co powyżej, prowadzi często bezpośrednio do orgazmu. Z takiego bólu, który lubię, ale do szczytowania nie prowadzi, to np. klamerki, wosk (chociaż tu chyba bardziej działa psychika niż ciepło).
Ból, za którym nie przepadam, to długotrwałe uczucie dyskomfortu, jak od stania w obcasach, wiązania w niekomfortowych pozycjach itp. Ale mimo wszystko są bodźce, które są dobrym wsparciem dla tej kochanej napierdalanki.
Uderzenia dzielę w głowie na tnące i cepowate. Zdecydowanie wolę te cepowate.
Przy tych innych rodzajach bólu, żeby dojść, potrzebuję dodatkowej stymulacji.

Lubię niezbyt mocno, ale baaaardzo długo. Narzędzia wszelkie, ale trzcinkę kocham. Byłam bita trzy dni, po trzy razy dziennie. To było mistrzowskie. Uwielbiam dostawać po tyłku, po plecach, po wewnętrznej stronie ud, po cipka i po łechtaczce, a nawet po piersiach i sutkach.

Może cię zaskoczę, ale najbardziej lubię plecy i stopy.
Jest kilka rodzajów bólu. Inaczej czuje się dręczenie, inaczej ból podczas przekłuwania, a inaczej podczas penetracji. Największy, ale i także najprzyjemniejszy ból czuję podczas chłosty. Najpierw po kilku razach robi się gorąco w miejscu, której jest uderzone, a podczas przerwy między uderzeniami, podczas dotyku występuje gęsia skórka, ciarki… Po jakiś dwóch seriach po 20 razy tawsem , całe ciało pulsuje, czuć gorąco, a tylko stopy są zimne. Wtedy pomaga zmiana pozycji.
Ból u mnie przede wszystkim podnosi adrenalinę, daje tą niepewność. Daje spełnienie oraz satysfakcje tej drugiej osoby. Czuję potrzebę ukarania się. Pobudza nerwy…

Lubię tylko kilka rodzai bólu. Mnie właściwie kręci ból zadawany kobiecymi stopami lub jakoś poprzez kontakt z kobiecym ciałem, tudzież kobiece ciało go powoduje. Nie lubię bólu zadawanego innymi przedmiotami.
Nie dochodzę tylko od bólu, potrzebna jest dodatkowa stymulacja. Jednak taki orgazm jest bardziej intensywny. Ból zwiększa u mnie podniecenie, a orgazm jest intensywniejszy.
Do bólu zachęca mnie motywacja ze strony kobiety, jej zadowolenie, jakaś forma wyzwania. Zniechęca mnie nieatrakcyjna fizyczność, zaniedbanie, ogólnie estetyka kobiety jest dla mnie istotna.
Generalnie cenię sobie to uczucie poświęcania się dla innej osoby, oraz to, że umiem sobie poradzić z bólem. Chyba najbardziej lubię ból, który się koncentruje na genitaliach. Dla porównania, chłosta trzcinką po tyłku nie ma dla mnie wydźwięku erotycznego i jej nie lubię, ale jeśli… Zaczniesz mnie kopać po jądrach (co można uznać za większy ból) albo zaczniesz deptać… To tak, taki ból lubię, ale to znęcanie się w sensie stricto seksualnym.
Ból daje mi możliwość sprawdzenia swojej odporności, podnieca mnie bardzo fakt, że taka dużo mniejsza kobieta ma taką przewagę nade mną.

Na ból fizyczny reaguję w zależności od jego stopnia nasilenia, bo za duży ból zmienia mi optykę o 180 stopni i rodzi się we mnie agresja, to ogromna, niepohamowana chęć zrobienia kuku.

Naturalnym odruchem człowieka bez parafilii tego typu jest odwinięcie się, obrona. Osoba z pierwiastkiem masochistycznym oczywiście będzie reagowała na bodźce bólowe na przykład ucieczką, ale nie zareaguję agresją, nie podniesie rąk, by się bronić – no chyba, że takie zachowania będą częścią scenariusza i będzie to element zabawy. Jednak masochiści (fizyczni) się nie bronią, część z nich nawet nie ma potrzeby bycia unieruchomionymi.

U mnie pierwszym i najsilniejszym bodźcem jest człowiek, fascynacja i chęć oddania jego sadystycznym potrzebom. Owszem ból, przyjemność, ale oprócz czysto fizycznego zadowolenia jest wtedy zadowolenie widoczne w jej oczach, że zaspokoiłem jej potrzeby. Cholernie mocny napęd.
Po prostu, jeśli wiem, że ktoś ma fajne sadystyczne zajawki i pomysły/fantazje, jest zrównoważona psychicznie no i zwyczajnie mi się podoba jako kobieta… Albo jest normalnym switchem i reszta jak wyżej, to pstryk w głowie i… Dzieje się.
Albo jak plątałem u siebie dziewczynę, no i się mimowolnie z shibari zrobiło kinbaku. Potem ona mnie związała… I wiesz, przy wiązaniu ból, balansowanie ciała, szukanie dogodnego ułożenia ciała, albo mniej niedogodnego… Po wszystkim bolące mięśnie, nogi, ręce, pulsujące miejsca po ugryzieniach czy odkryte nagle podrapania. Właśnie kiedy była związana i trochę boleśnie traktowana, gdy ja w trakcie gładziłem ją po głowie albo obejmowałem – zostawałem pogryziony i podrapany. Potem gdy ja byłem związany prowokowałem ją, drażniąc dotykiem sutki i inne obolałe wrażliwe miejsca, choć sznur się zaciskał na mnie boleśnie, albo ona karała mnie pazurami czy gryzieniami, czy tez ściskając… Nakręcenie, by bolało, by z jej rak bolało bardziej, było intensywniej… Dwójka switchy się spotkała, a to mieszanka wybuchowa jest zawsze.

Ze mną jest tak, że przy tradycyjnym seksie (takim zupełnie waniliowym) bardzo ciężko u mnie o orgazm.
Studia, dziewczyny, koleżanki, aż przyszedł czas, że się ożeniłem. Przyznaję – czułem się inny, wkurzało mnie to i miałem nadzieję, że jakoś to stłumię, po prostu obejdę się bez tego… Że jakoś to będzie. No i powiem szczerze, że ni-chu-ja. Zresztą ona jak już coś to bardziej byłaby uległą niż dominującą kobietą. Cóż… Seksu między nami jest tyle co kot napłakał, ale kochamy się bardzo, jedno za drugie w ogień by skoczyło… Ale moje potrzeby i pragnienia nigdy nie zniknęły. Najpierw po prostu uwalniałem napięcie jako onanista internetowy, łaziłem po forach, próbowałem jakichś tam pomysłów na wiązanie się czy to z internetu czy to własnych.
Cały czas miałem nadzieję na znalezienie tej swojej Pani i Bogini. Spotkałem Ją, jest spełnieniem moich marzeń i nie pragnę już niczego więcej.

Kręci mnie bycie związanym na dłużej. Pamiętam, że jak próbowaliśmy z żoną razem, to przerobiłem taki „strój syrenki”, zrobiłem z tego śpiworek z wszytymi rękawami wzdłuż ciała. Niby wygodna pozycja i po prostu sobie leżysz wygodnie, ale po paru godzinach mięśnie domagając się zmiany pozycji tak bardzo, że można oszaleć. I wtedy zaczyna się zabawa w dominację, błaganie o uwolnienie albo o orgazm… Błaganie o dodatkowe bodźce, które niby wprowadzają dodatkowy ból, ale pozwala zapomnieć o obolałych z bezruchu rękach. Normalnie ocean możliwości ograniczony tylko fantazją.
Jeśli chodzi o wiązanie w niewygodnych pozycjach, to ten sam efekt, o którym pisałem, uzyskiwany jest dużo szybciej, ale moim skromnym zdaniem jest dużo mniej rozkoszny.
Poza tym, samo wiązanie przy zabawie w dwie osoby daje jeszcze poczucie kompletnej zależności od osoby dominującej. To efekt psychologiczny, który jest fascynujący. Oczywiście pełne zaufanie czy bezpieczeństwo pomijam, bo są oczywiste.

Ja jestem pedant i bardzo czuły na zapachy. Po prostu nie mogę jak mi coś źle pachnie.

Jest jeszcze jeden istotny stereotyp, który wiąże się z upodobaniami i preferencjami. Każda masochistka jest też uległa, a każda uległa jest masochistką – oczywiście to bzdura. Masochizm to pewnego rodzaju zaburzenie, nie każdy to ma. Kogoś mogą kręcić „klapsy”, ale uległość już nie. Nie każda osoba uległa ma również pierwiastek masochizmu, więc wcale nie jest to pewne, że masochista musi mieć w sobie uległość. To tak jak z sadyzmem, bo przecież nie każdy Dominujący jest sadystycznie usposobiony, a i nie każdy Sadysta ma cechy dominujące.
Masochizm to jedna z preferencji, tak samo jak preferencją jest uległość, dominacja, sadyzm czy sadomasochizm albo i inne.

chcica i głód

Masochista bólem leczy kompleksy – absolutnie nie. Sądzę, że szybciej by je pogłębił (zwłaszcza w formie masochizmu psychicznego) niż wyleczył. Masochiści odczuwają głód. Myślę, że mogę zaryzykować porównanie do głodu nikotynowego, ponieważ emocje, jakie odczuwa masochista w trakcie aktu „przemocy”, mocno potrafią uzależnić. Nie ma naukowo potwierdzonego działania „terapeutycznych” zastosowań bólu. Fakt, są i tacy, których ból oczyszcza, daje wolność lub odreagowują w taki sposób, są ludzie, którzy potrzebują „kary”.
Jednak coś mi świta, że kiedyś choroby psychiczne leczyło się prądem, a zboczenia przecież zaliczano do chorób tego pokroju. Czy są chętni na testy? – to taki żart z przymrużeniem oka, bo pewnie część osób czytających to, lubi być rażonych prądem i terapia wstrząsowa nie wyleczyłaby ich ze „zboczeń”, a pogłębiła pragnienie.

Głód bólu? Aktualnie mam taką sytuację, że wystarczy powiedzieć proszę. Jeśli nie mam jak, to czekam aż przyjdzie czas i pora. Generalnie to dopiero jak zaspokoję głód, to czuje jak bardzo byłam głodna.

Robię się pyskata i prowokuję na każdym kroku. Jeśli długo nie mam jak zaspokoić masochistycznych ciągot wtedy nawet pogarsza mi się humor.

Kiedy jestem zmęczona albo chora jest trudniej, ale tak rzadko mam okazję się realizować, więc jak nadchodzi czas to mi się chce.

Nosi mnie, chcę i aktualnie nie wyobrażam sobie, by nie moc go realizować. Czasami pomagają fantazje, one są bardzo straszne i idą w takie kierunki, których nigdy nie chciałabym w realnym świecie doświadczyć.
Natomiast myślę, że po kilku miesiącach bez możliwości zaspokojenia, byłabym skłonna zapłacić za to komuś kompetentnemu.

Jak z miesiąc temu wyłaził ze mnie głodny masochista, to nie znalazłem chętnej ze znajomych tu realnych… To mnie trochę nosiło, ale sam się nie okaleczałem.

Głód odczuwam. Natomiast nie zdarzyło mi się go nie zaspokoić. Ukochany jest zwykle na miejscu, a jeśli nie – instytucja kochanków bardzo pomaga ; )
Jak go odczuwam? Jak głód pokarmowy. Skręca mnie. Na myśl o batach lub innych doznaniach robię się mokra.

Jak tego nie mam, to rżnę tyłek sam i spuszczam się sobie na twarz albo do ust, by się poniżyć samemu. Zadaję sobie umiarkowany ból , wiąże się albo przypinam spinacze na sutkach. Co prawda nie jest to to samo, ale daje jakieś 85-90% satysfakcji. Wadą jest to, że nie mogę dawać wtedy rozkoszy, że nie mogę nic zrobić ustami.

Nigdy nie odczuwam głodu w sensie dotkliwego braku klimatu. Nie traktuję tego jak narkotyk, nie jestem uzależniona. Masochizm jest oczywiście moją drugą naturą, z tym się urodziłam, ale to nie jest sens mojego życia, główny cel – na szczęście. Potrafię zachować równowagę we wszystkich aspektach mojego życia, także tych klimatycznych. W związku z tym nie uprawiam jakiegoś automasochizmu, zresztą nawet wcześniej, gdy miałam jednak większe potrzeby i seksualne, i klimatyczne, tego nie robiłam. Potrafię się przestawić na „tryb oczekiwania” (bywa to trudne), a że mam wiele obowiązków, dużo pracy i liczne zainteresowania, to pozwala mi to rozładować napięcie i zająć myśli. Czasem myślę, że to chyba także kwestia wieku i ograniczeń, jakie się z tym wiążą, wyciszenia organizmu. U mnie to jest tak, że mamy z moim partnerem swoją relację, spotykamy się, gdy warunki pozwalają (na klimat), cieszymy się tym wtedy, realizujemy fantazje, a na co dzień jesteśmy w przyjacielskim kontakcie.

ślady, blokady i zanikanie czucia

Ponoć każdy masol kocha swoje ślady.

Uwielbiam patrzeć na ślady po chłoście, ich widok momentalnie sprawia, że wilgotnieje.
To takie wyjątkowe naznaczenie, Jej podpis… Wspomnienie tamtych chwil, naszych wspólnych emocji.

Problem pojawia się w chwili, gdy siniaki nie zostają, kiedy przestają się wybarwiać i to pomimo wcale niedelikatnych praktyk.
Co z ciebie za masochistka skoro nie masz żadnych siniaków? – To kolejny stereotyp. Brak śladów = słaby wpierdol. Nie zgadzam się z tym. W ogóle jest różnica pomiędzy siniakiem (podbiegnięcie krwawe, które znajduje się głębiej w ciele i najczęściej jest twarde) a krwiakiem (tym pospolitym i najczęściej spotykanym, ten znajduje się płytko). Zmiany barw przebiegają tak samo, ale w wyniku sińca krew, która wydostaje się z uszkodzonych naczyń, nasącza tkanki.

Ślady przestały być dla mnie wyznacznikiem jakości zabaw w chwili gdy uzmysłowiłam sobie, że pomimo rosnącej siły, siniaki przestały się wybarwiać. Owszem, kocham je. Ale ważniejsze są dla mnie emocje podczas tych praktyk niż pamiątki po nich… Bo w końcu nie robimy tego na pokaz, by udowodnić komuś jak bardzo jestem twarda czy jak bardzo jestem prawdziwa, a robimy to dlatego, ponieważ to lubimy. To jest po prostu nasza chwila i nasze emocje.

Mój stosunek do śladów ewoluował. Kiedyś byłam ich „niewolnicą”. Kiedyś, gdy myślałam, że to ślady są wyznacznikiem tego, kim jestem w klimacie, tego, że jestem „prawdziwą” masochistką. I to one miały sprawić, że wszyscy w to wierzyli. Musiałam je mieć, abym podziwiała je ja i inni.
A prawda w moim przypadku jest taka, że moje ciało jest wyjątkowo odporne na chłostę, musi być ona naprawdę mocna i dość inwazyjnymi narzędziami (bat, kabel), aby powstały ślady – to raz. A dwa – że goją się na mnie jak na przysłowiowym psie, to znaczy, że znikają bardzo szybko i nie zostaje żaden ślad nawet po naprawdę dużych wylewach.
Potem zrozumiałam, że masochizm to nie ślady, lecz ta wspaniała możliwość i umiejętność przetwarzania bólu w przyjemność, a to nie musi się wiązać ze śladami. Nazywam to świadomością klimatyczną J. Ślady są dodatkiem wizualnym, ale o niczym nie świadczą. Oczywiście, że je lubię, ale nie robię już tragedii, gdy ich nie ma albo są niezbyt mocne.

Teoria o zanikaniu zdolności do zostawania śladów jest taka, że podczas uderzenia pękają słabsze naczynia krwionośne. Jeśli dana jednostka często „bawi” się w taki sposób, to po jakimś czasie tych słabszych naczynek w jej ciele jest coraz mniej – stąd brak śladów (znane z autopsji). Zatem bzdurą jest to, co by ślady były wyznacznikiem kultu masochizmu – a w ogóle jak to brzmi.

Bawimy się dość często, bo dwa do trzech razy w miesiącu. Spank jest nieodłączną częścią naszych spotkań, ale niestety już w drugim miesiącu zauważyłam, że robi mi się coraz mniej śladów. Zaniepokoiło mnie to trochę… Dopiero potem zrozumiałam na czym to polega. A tyle razy śmiałam się z określenia, że chłosta poprawia krążenie, widać coś w tym jest.

Złamać można każdego, wystarczy zmienić formę spotkań, powiedzieć coś nie na miejscu…

W teorii znam łamanie, nie miałam wątpliwej przyjemności przeżycia. To kwestia relacji, w której żyję, opartej na prowadzeniu, a nie łamaniu.
Na jakiś czas, owszem, byłam wyłączona z odczuwania tej radości z przyczyn niezależnych, zdrowotnych. Wtedy moim jedynym marzeniem było budzić się bez bólu. Ale kiedy to marzenie się spełniło, dość szybko wróciła przyjemność z bólu przyjmowanego z premedytacją. Ale to też był dość długi proces, kiedy ta przyjemność i podniecenie przerodziły się w szczytowanie.

Osobiście – nie spotkałam się z tym. Nie zostałam złamana. Własnie myślę czy ktoś z mojego otoczenia mówił mi o tym. Nie pamiętam. Chyba mam szczęście i cholernie dużo świadomości – nie wyobrażam sobie aby ktokolwiek coś takiego mi zrobił. Bardzo dbam o siebie, bo bardzo siebie lubię ; )

Odczucie mdłości podczas zadawania mi bólu pojawiło się po jednej sesji, która została brutalnie przerwana w trakcie mojego odlotu słowami, że przeginam. De facto, to było złamanie. Pewnie wtedy się zablokowałam z reakcją paniczną… Teraz też się to pojawia, ale mniej i już wiem co zrobić żeby tej reakcji nie było.
Natomiast są rzeczy, których nadal nie jestem w stanie praktykować, a które kiedyś lubiłam.

Lub ukarać…

Blokady? Tak, oczywiście, jakieś „milion” razy. Boję się wtedy, kiedy nie mogę się wycofać, kiedy ktoś nie reaguje na prośby i na nic.
Łamanie karą – najgorsza sytuacja z mojego klimatycznego życia? Były takie dwie, ale to ta pierwsza była straszna. Jazda psychiczna „jak bardzo jestem zła”, trwała z tydzień. Nikt nie słuchał tego co mówiłam, nikogo nie obchodziło co czuję…
Wytrzymałam, ale było to trudne i ciężki przeżycie dla mnie. Nie było to przyjemne, było złe i zostawiło ślad po sobie.
Czy to była kwestia bólu? Pewnie też, ale przede wszystkim tego, że byłam niczym, nawet nie nikim. Dokładnie tak mnie potraktowano.
Druga sytuacja, to był straszny ból, ale nie było tego psychicznego niszczenia przed… W trakcie wyłączyłam się.
Po tym wszystkim nie chciałam być bita – nie było w tym dla mnie nic fajnego. Do tej pory jest taka pozycja której nie jestem w stanie znieść (chociaż już teraz chcę to przełamać).
Dziś bym wyszła, po prostu trzasnęła drzwiami i nie dopuściła do takich sytuacji.

Tak, masochistów też można ukarać i złamać bólem. Doprowadzić do sytuacji, w której to, co lubią, to czego potrzebują napawa ich wstrętem, odrzuca lub zaczynają na to reagować strachem, a nawet paniką.

Wspomniałam wyżej o prawie do hasła bezpieczeństwa, ale dopiero teraz chciałabym je rozwinąć. Dokładniej o braku hasła lub/i braku reakcji na nie.
Jeśli strona czynna (sadysta) nie przerywa czynności i to pomimo wypowiedzianego słowa „STOP” przez stronę bierną (masochistę)… To należy się zastanowić nad własnym bezpieczeństwem i próbować się ratować, uciekać z rąk psychola. Kontakt z psychopatą tego pokroju na pewno zaowocuje dłuższym utraceniem odczuć, zablokowaniem lub w gorszych przypadkach może się skończyć bardzo przykrymi doświadczeniami zagrażającymi życiu. Takie zachowania są niebezpieczne dla zdrowia fizycznego i psychicznego. W tym miejscu chciałabym przestrzec osoby, które być może szukają chętnych rąk do zadawania im bólu. Osoby, które łamią własne zasady świetnie się kamuflują. Należy bardzo uważać szukając i ograniczyć zaufanie.
Najbardziej przykre jest to, że każda osoba masochistycznie usposobiona może trafić na kogoś takiego, że może zawieść przeczucie, metryczki, a słowa wyprowadzić w pole.

Blokady nie pojawiają się w tym tekście przypadkowo, chciałam zwrócić uwagę na to, że masochista też odczuwa emocje i że coś może go przerosnąć, mogą i zazwyczaj pojawiają się wtedy myśli w stylu „o boże niech to się już skończy”…

Kiedyś zdarzyło mi się, że po sytuacji, w której ból mnie przerósł, straciłam jakby reakcje na niego. Przestałam reagować w ogóle na ból w pozytywnym sensie. Uciekałam, reagowałam lękiem.
Po czterech miesiącach wszystko wróciło.

Ale gdy się przerobi z partnerem problem, gdy znajdziemy źródło problemu… Czasami wystarczy szczerze i otwarcie porozmawiać, a czasami musimy zmienić partnera, a nawet w pewnym stopniu i środowisko, mieć przy sobie ludzi bardziej otwartych, mających większe pokłady empatii i umiejących słuchać… To reakcje wrócą. Zawsze wracają, czasami tylko dłużej się na nie czeka, bo nie da się całkowicie tego wyprzeć.

podsumowanie oraz podziękowanie

Ja wiem, że ten artykuł brzmi trochę jak „wszyscy jesteśmy masochistami”, ale…
Każdy masochizm jest inny. Nie ma ideału, ani jednego, jedynie prawdziwego wzorca zachowań. Każda masochistycznie usposobiona osoba posiada własne preferencje i może lubić różne odcienie bólu (proszę nie mylić z odcieniami szarości), różną drogą dochodzić do masochistycznego orgazmu lub też nie, a sam ból może powodować do zwiększenia podniecenia.
Nawet na podstawie tych kilkudziesięciu rozmów, które przeprowadziłam, można śmiało zauważyć te zróżnicowanie i to, że każdy ma swój masochizm, tak jak każdy ma swoje BDSM.
Każdy jest inny, ale to nie oznacza, że gorszy, słabszy lub bardziej wytrzymały – po prostu potrzebuje innych bodźców, innych emocji i to o różnym stopniu natężenia, by osiągnąć swoją masochistyczną nirwanę. Dodatkowo pojawiał się wątek rozwijania się w masochistycznych praktykach, natomiast nie jest powiedziane, że u każdej osoby z zamiłowaniem do bólu będzie to równa pochyła i będzie on potrzebował coraz to mocniejszych wrażeń. Jednak należy pamiętać, że organizm przyzwyczaja się do pewnej ilości endorfin i z czasem może ich potrzebować więcej i więcej… Będzie to poniekąd normalne, póki praktyki masochistyczne nie będą zagrażać życiu i zdrowiu w szerszym rozumieniu tego słowa.

„Masochizm” według mężczyzn (z tego co miałam przyjemność zauważyć podczas zbierania materiału) opiera się głównie na oddawaniu siebie i możliwości zaspokojenia potrzeb partnerki. Rzadko który facet wskazywał na ból jako rodzaj stymulacji prowadzącej do odmiennego stanu świadomości (czyt. orgazmu), częściej wskazywali na zwiększenie stopnia podniecenia pod jego wpływem. Kobiety natomiast znacznie częściej osiągają orgazmy z bólu. Mężczyźni w większości preferują, aby dręczenie ich koncentrowało się na strefie genitalnej, interesowali się głównie torturami penisa oraz jąder (CBT), a nawet kopaniem tych ostatnich (ball kicking lub ballbusted). Tylko kilku wskazało inne źródła bólu jako przyjemne. Kobiety natomiast wykazywały większe zainteresowanie czystym bólem, płynącym ze spanku, częściej też wskazywały na różnorodność bólu i różnice w jego odbieraniu względem różnych praktyk. Wychodzi więc na to, że kobiet jest więcej o preferencjach masochistycznych niż mężczyzn, ale to nie oznacza, że masochistów płci męskiej nie ma. Są, ale faktycznie należą do rzadkości.

Dodatkowym „faktem” jest to, że tak naprawdę nie da się trwale zniechęcić kogoś, kto pierwiastek masochistyczny posiada, bo wcześniej czy później „głód bólu” się odezwie. Nie da się też wyprzeć tych potrzeb „na stałe” z naszej podświadomości. To wraca… Zawsze wraca.

Jestem masochistką i potrzeba bólu jest silniejsza niż strach. Mogę żyć bez klimatu bardzo długo, ale nie potrafię się go wyrzec. Oczywiście miałam problem z zaufaniem komukolwiek, bałam się powtórki, ale byłam też o to doświadczenie mądrzejsza i wiedziałam, czego nie należy robić w przyszłości.

Złamać można każdego, ale czy w masochizmie tak naprawdę chodzi o łamanie, traumy czy zniechęcenia? Moim zdaniem nie, ale i wypadki przy pracy się zdarzają (mam na myśli te niecelowe wypadki).
Masochizm to trudna sztuka, która wymaga od osób lubiących ból czy cierpienie, bardzo rozważnego postępowania, by nie stać się „ofiarą” przemocy w złym tego słowa znaczeniu.

Tak czy siak masochizm dla mnie jest piękny i ma wiele twarzy, barw, odcieni czy typów…

Masochizm to bardzo głębokie i szerokie pojęcie, a ja w tym tekście ruszyłam zaledwie pobliskie, płytkie wody i piaski. Możliwe, a nawet pewne jest to, że przy szerszym „badaniu”, w którym wzięłaby większa ilość osób, wyniki mogłyby być inne.
Natomiast nie zapominajmy, że wiedza o tym, czym coś jest i tak różni się od odczuwania tego. Jednak wydaje mi się, że zawsze warto wiedzieć i to nawet jeśli czegoś nie lubimy. Taka wiedza może ułatwić nam zrozumienie potrzeb innych osób… I właśnie dlatego tekst nie jest w oparciu o wiedzę książkową, nie ma źródeł, nie ma żadnych wskazówek. Są prawdziwi ludzie, prawdziwe historie, prawdziwy ból i przyjemność… By można było zobaczyć różnice i zrozumieć więcej z samego zagadnienia, niż dowiedzieć się można z książkowych definicji o masochizmie.

Artykuł powstał przy współpracy kilkudziesięciu osób, za co im serdecznie dziękuję: za ich otwartość w rozmowach i chęci, za historie, doświadczenie i za wspieranie mnie. W tym miejscu chciałabym też podziękować Osobie, która wspierała mnie przez cały czas pisania tego tekstu. Osobie, która jest dla mnie bardzo ważna i dzięki której mogłam bardziej rozwinąć tekst o analizę oraz wnioski. Lady, rozmowy z Tobą na temat masochizmu, były bardzo cenne i zdecydowanie wpłynęły na jakość tego tekstu. Specjalne podziękowania należą się też „mojej korektorce”, która pilnowała wszystkich przecinków.

Dziękuję wszystkim tym, którzy dorzucili swoją cegiełkę do tej budowli.