Z dedykacją dla Niej, bo potrafi uspokoić mój strach. 

– Podaj mi śrubokręt córciu.
Córcia mogła mieć wtedy jakieś cztery czy pięć lat, jej drobne rączki ochoczo pomagały w malowaniu. Cała utytłana w farbie podeszła do swojego ojca.
– Ten? – zapytała, pokazując wkrętak, który miał gwiazdkę.
– Nie, daj mi ten płaski z lampeczką.
Po chwili wróciła z kilkoma egzemplarzami, nie miała pojęcia w którym z nich jest lampeczka. Ojciec sięgnął, wybrał i zajął się pracą, natomiast ona bacznie przyglądała się temu co robił.

– Aaaa – krzyknął tatuś i zaczął się trząść…
Mała dziewczynka zbladła, zaczęła płakać i krzyczeć. Przybiegła matka.

****

To był żart, tylko głupi żart, ale myśl – „prąd zabija, prąd jest zły”, wypaliła piętno w mojej głowie, która się wtedy dopiero kształtowała.

Oczywiście, jakoś tam sobie radziłam w kontaktach z prądem w gniazdkach, jednak szerokim łukiem omijałam te, które się ruszały lub takie, które były niedokręcone i nie ruszałam kostek od oświetlenia… Nawet unikałam wymiany jarzeniówek, gdy trzeba było to zrobić w pracy.
Nigdy sama się nie zabierałam do dłubania przy elektryczności, a jeśli już byłam do tego zmuszona, to zachowywałam wszelkie możliwe środki ostrożności. Niby tam jakieś kable lutowałam czy owijałam izolacją jak mi kot coś poprzegryzał, ale to zupełnie coś innego… Dochodziło nawet do absurdalnych sytuacji… Prąd był dla mnie tak bardzo zły, że w chwili gdy skręciłam kostkę wręcz modliłam się o to, by nie dostać skierowania na rehabilitację z użyciem prądu, bo gdybym taką dostała… Na pewno bym na nią nie poszła.

Sytuacja z dzieciństwa i głupi żarcik mojego taty spowodowała ogromny strach porównywalny siłą na przykład z lękiem wysokości… A ja ten strach w sobie jeszcze hodowałam, dokarmiając go przez wiele, wiele lat.

Paniczny lęk przed prądem powrócił w chwili, gdy Ona pokazała mi swoje białe, małe pudełeczko. W środku było coś, co przypominało pistolet na wodę, albo elektryczny nóż tyle że bez końcówki, ot sama rączka. Końcówek było kilka, leżały w swoich przegródkach, szklane, błyszczące… Okropne.
Gdy Ona to uruchamiała, ja mimowolnie zaczynałam się trząść. Moje ciało sztywniało, płakałam, wpadałam w panikę, a nawet uciekałam od Niej na drugi koniec pokoju. Nie potrafiłam przestać… Strach był tak silnie paraliżujący i zmuszający do wycofania… Wiedziałam, że Ona to lubi, możliwe nawet, że takimi reakcjami robiłam Jej przykrość… Ale nie potrafiłam inaczej.

Tyle razy podprowadzała mnie do tego obrośniętego mchem i pnączami, starego muru w mojej głowie. Nie wiem czy robiła to świadomie czy nie… Tyle razy oglądała moją panikę, strach i wycofanie, tyle razy słyszała błagania i prośby… Nie mogłam nawet patrzeć jak samej sobie to robi. Nie potrafiłam… Odwracałam wzrok.

****

– Mam dla Ciebie małą niespodziankę – napisałam. – Zupełnie malutką, taką malusieńką.
Nosiłam się z tym zamiarem… Najpierw zastanawiałam się jak ubrać w słowa to co chciałam przekazać, potem kreśliłam w myślach zdania, aż w końcu wymyśliłam. Wzięłam długopis i napisałam datę – 12 listopada, a potem dukałam w myślach… Chciałam dać Jej szansę na jeszcze jeden wspólny spacer… Na to podejście do tego muru, spod którego nie chciałam uciec z krzykiem i łzami w oczach. Chciałam spróbować go dotknąć po raz pierwszy – świadomie, dać Jej możliwość i okazję, by z moją zgodą podeszła do niego blisko i go dotknęła razem ze mną. Chciałam Jej pokazać, że potrafię i jednocześnie chciałam żeby zobaczyła jak bardzo mur jest duży, a ja jaka jestem przy nim malutka…
Ale ubrać to w odpowiednie słowa nie było prostą sprawą. Chciałam, a jednocześnie bałam się tego, że to może zostać inaczej odebrane niż ja bym tego chciała. Takie „łaskawie ci pozwalam” – nie, nie chodziło o to, nie to chciałam przekazać.
Zgniotłam kartkę i sięgnęłam po kolejną. Znów zaczynałam ubierać w słowa, to co chciałam wyznać, ale jak poprosić o szansę nie wiedziałam.

– Postanowiłam dać szansę prądowi, a Tobie okazję… – zaczęłam. Brzmiało to nawet sensownie. Nie niosło za sobą „wymuszenia”, nie było formą „manipulacji”. Było czymś oznajmującym, było neutralne… Było jakby zgodą i deklaracją w jednym, było obietnicą, że w chwili gdy będzie tego chciała, to ja nie ucieknę.
Zdawałam sobie sprawę z tego, że nie będę w stanie przewidzieć własnych reakcji. Mogłoby być też tak, że nie zapanowałabym nad potrzebą zwiększenia dystansu… Liczyłam się z tym, że mogę nie dotrzymać danego słowa.
– Pierwszym krokiem było napisanie tej wiadomości. Drugim… Danie Ci tej kartki. Trzecim… Będzie stanięcie oko w oko z lękiem – dopisałam.
Kątem oka zauważyłam zieloną wstążkę.
– Tak, będzie idealna. Ona lubi tak spersonalizowane rzeczy, ucieszy się – pomyślałam.
Owinęłam zielenią kartkę, zrobiłam prowizoryczny supełek i pół pokoju przewróciłam do góry nogami w poszukiwaniu świeczki. Nie wiem dlaczego, ale coś mi mówiło, że powinnam to zakropić woskiem…

https://fetlife.com/users/3048251/pictures/43696095

****

Danie Jej tej kartki było najtrudniejszym krokiem… Świadomość, że później już nie będę mogła się cofnąć, wprowadzała lekki chaos w mojej głowie.
Twardo ściskałam żółtą kopertę w dłoni.
– No daj – powiedziała, wyjmując mi z ręki niespodziankę. Przełknęłam ślinę. Jakiś dziwny smak pojawił mi się w ustach.
Patrzyłam jak czyta, próbowałam odgadnąć emocje. Uśmiechnęła się, szczerze się uśmiechnęła. Chyba nie spodziewała się dostać w prezencie czegoś takiego. To jak ofiarowanie możliwości zniszczenia czegoś co jest wielkie i przeszkadza.
Nie ukrywam, bałam się, że zrobi to od razu, a potem cały wieczór byłam spięta… Ale mimo swojego strachu spokojnie zasnęłam.

Noc mnie wyciszyła, Jej spokój i przejście do „normalności” po przeczytaniu kartki miały na to duży wpływ. Zapomniałam o prądzie i o strachu przed nim.

Rano obudziłam się z bólem karku i jak zwykle w tulona w pluszową marchewkę. Lubię spać w obroży, ale muszę ją przed snem poluzować o czym poprzedniego dnia zapomniałam.
Wstałam, zrobiłam dla nas śniadanie, a potem wróciłyśmy do łóżka.
– Przyszedł czas – powiedziała, sięgając po coś. Okazało się, że całe to rażące ustrojstwo trzyma blisko łóżka. No kto by pomyślał…
Zjeżyłam się i zesztywniałam w jednym momencie. Marchewkowa przytulanka wylądowała w moich ramionach, a te stopniowo się zaciskały coraz bardziej w objęciach. Ale twardo siedziałam w miejscu. Postanowiłam, że nie ucieknę, uparłam się… Ona tłumaczyła co do czego i jak działa, a do mnie docierało może co drugie Jej słowo. Zapadałam się w sobie i w swoim strachu, nie czułam i nie rejestrowałam niczego prócz niego.
– Wsadź to – podała mi wtyczkę i jednocześnie złapała ze mną kontakt.
– Ale że już? Ale ja się boję – pisnęłam. W oczach już zaczynały pojawiać mi się łzy. Traciłam panowanie nad sobą. Reakcja była dla mnie bardzo typowa. Błaganie, prośby żeby jednak nie, drżenie, potworny strach w oczach i łzy.
– Nie bój, nie boli – mówiła, a szklana końcówka zaczynała świecić różowym światełkiem.
Trzęsłam się jak galaretka. Obserwowałam, tak jakby w zwolnionym tempie, jak to świecące coś zbliżało się do mojego ramienia. Usłyszałam zgrzyt, to był dźwięk bardzo nieprzyjemny dla moich uszu i… Niczego nie poczułam. Faktycznie nie bolało, a Ona miała rację. Zdziwiłam się. Miałam nadzieję, że to już koniec, że już wystarczy tego oswajania. Wysiłek był dla mnie ogromny… Błyskawicznie zrobiłam się mokra, czułam jak krople potu spływają mi po plecach. Nie czułam innych reakcji, nie było ich… Był tylko strach i stres, a Ona dalej przesuwała tym nad moim ciałem, tam gdzie miała dostęp, nie ingerowała w pozycję, w której się znajdowałam, nie wymuszała niczego. Wiedziałam, że tego nie zrobi, wiedziałam, że mnie nie skrzywdzi, ale mur był ogromny, stary… I mieszkał w nim brzydki, obleśny i wieki strach… Nie potrafiłam się przemóc i otworzyć na to odczucie. Traciłam grunt pod nogami… Ale Ona kroczek po kroczku, spokojnie i powoli… Podchodziła bliżej do muru, ciągnęła za sobą, uśmiechała się… A ja? A ja chciałam uciec.
– Nie panikuj – powiedziała.
Po tych słowach strach jakby się zaczął rozpływać. Moje mięśnie przestały być tak spięte, ciało odpuszczało, a Ona miała już przetestowane trzy końcówki… Dopiero wtedy byłam w stanie to poczuć „na czysto”, bez zanieczyszczeń strachem, dopiero wtedy mogłam spróbować zrozumieć… Dopiero wtedy mogłam pokonać swój strach i dotknąć sama muru, a z Nią za sobą czułam się bezpiecznie robiąc to.
****

Tylko Ona wie jak trudno jest zachować spokój i opanowanie, gdy ja wpadam w panikę. Tylko Ona wie jakich pokładów cierpliwości, ciepła i dobroci w takich chwilach potrzebuję bym mogła przestać się bać… Nikt więcej nie ma pojęcia ile wewnętrznej siły to wymaga, by nade mną zapanować… Tylko Ona.
Nie da się pokonywać takich lęków samemu. Nie da się przekraczać tak twardych granic w pojedynkę.
Ta granica była nie do przejścia jeszcze miesiąc temu. Z pozoru wielki, gruby i stary mur może być piękny jeśli ktoś nauczy nas patrzeć na niego inaczej…
Dlatego jestem dumna, bo ja, my i Ona – dałyśmy radę… I cieszę się, że potrafiłam Jej to dać… A gdy ma się taką Towarzyszkę spacerów jak Ona… Wtedy niemożliwe staje się możliwym.