Wiara

Sama myśl o czymś, co spowodowało nam przykrość, a nawet samo wspomnienie zdarzenia, które wywołało nam ból, potrafi zepsuć humor na długi czas. To uczucie powraca co jakiś czas, świdruje myśli i podnosi ciśnienie… I znika dopiero wtedy, gdy zaczynamy wszystko rozumieć.
Wiara w dobre i szczere intencje partnera bardzo pomaga… Ale trzeba mieć siłę by wierzyć.

****

Położyła grubo złożony koc na podłodze, abyśmy miały miękko pod kolanami. Uklękłam, tak jak zawsze, a Ona za mną. Lina otarła się o skórę, a ja ze zdumieniem odkryłam, że to mnie w żaden sposób nie pobudza. Zdenerwowałam się, ale czekałam, miałam nadzieję, że za chwilę pojawi się u mnie reakcja. Opanowałam zdenerwowanie, ale nadal byłam w szoku brakiem typowej dla mnie reakcji.
Zawiązała mi czarna chustę na oczach, tak abym nic nie widziała, a ja dalej nie reagowałam…
– Nie pobudza cię to – zauważyła.
– Nie, coś jest nie tak – wydusiłam z siebie.
– No to nie ma sensu – i zaczęła mnie rozwiązywać.
Czułam się bezradna i zaczęłam się wycofywać.

– No już, nie płacz – powiedziała, głaszcząc mnie po głowie, gdy ja zanosiłam się płaczem.
Spanikowałam. Zawsze reagowałam na liny, zawsze… Nie wiedziałam co się stało. Wpadłam w popłoch, przestałam się odzywać, nerwowo w głowie przekładałam kolejne kartki pamiętnika, próbując wydobyć z otchłani pamięci coś, co mogło stłumić we mnie wszystkie reakcje. Szukałam panicznie powodu zablokowania sobie drogi do czegoś co kocham. Dodatkowo miałam poczucie, że Ją zawiodłam, ale powtarzałam sobie… Próbowałam uwierzyć, że jest inaczej, a ja wcale nie jestem i nie muszę być idealna.
– Są takie dni… – mówiła dalej, a ja coraz bardziej zapadałam się w sobie. Potrzebowałam przestrzeni, musiałam zostać na chwilę sama ze sobą. Czułam Jej niepokój. Siłą przedarłam się przez wszystkie warstwy, które mnie otuliły. Wyciągnęłam rękę z otchłani, wdrapywałam się powolutku na wierzchołek.
– Chcesz chwilę zostać sama? – zapytała, a Jej pytanie było jak rzut koła ratunkowego. Kiwnęłam głową, a Ona wstała i odeszła. Zostałam na chwilę sama. Jeszcze raz na spokojnie przeanalizowałam wszystko co się wydarzyło w przeciągu ostatnich miesięcy… Aż w końcu się poddałam. Wstałam i poszłam za Nią do kuchni.
– Nie wiem co się stało – zaczęłam.
– Nie mam do ciebie pretensji – powiedziała, a ja odetchnęłam.
– Tak długo czekałam na ten dzień, bo zawsze coś wypadało. A to ja chorowałam, a to Ty. I to chyba nasz pierwszy czas spędzony sam na sam od dwóch miesięcy – westchnęłam, a oczy znów mnie zapiekły.
– Tak się zdarza – powiedziała. – Czasami tak już jest. Natłok spraw, kłopotów, problemów.
– Nie, to nie to. Nigdy mi to nie przeszkadzało. Przecież wiesz – spuściłam głowę. Czułam się fatalnie.
– Boisz się, że tak już zostanie?
Nie potrafiłam się powstrzymać, tylko kiwnęłam głową i zasłoniłam oczy dłonią, po policzkach znów popłynęły łzy.
Zdecydowanie nie chciałam, cały czas odczuwałam głód, pragnienie i tęsknotę za tym zjednoczeniem i wspólnym wyrzutem emocji. Pragnęłam to poczuć, mimo że paradoksalnie niczego nie poczułam. Nie zareagowałam, po prostu.

– Przejdzie ci – powiedziała stanowczym tonem. Brzmiała jakby była tego pewna, a ja Jej nie wierzyłam. Zaczynałam mieć najgorsze i najczarniejsze wyobrażenia i myśli. Co prawda, miałam kilka teorii, ale żadna z nich nie była na tyle prawdopodobna co ta w moim odczuciu najgorsza.
– Mam nadzieję… – szepnęłam, wtulając się w wielką, pluszową marchewkę.
– Posiedzimy i pooglądamy filmy – uśmiechnęła się.

Nadzieja

Czarne myśli skutecznie wciągają nas w wir nieszczęścia i zamiast spełnienia i jedności, zaczynamy się jeszcze bardziej odsuwać od siebie. Nie można się wiecznie zadręczać czymś co nie wyszło. Trzeba sobie powiedzieć – trudno, ostatecznie teraz mogę sobie popłakać bo się mleko rozlało, ale już nie cofnę czasu.
Świadomość tego, że ktoś cię wspiera w trudnym momencie, nawet jeśli to zdarzenie też miało na niego wpływ jest największą wiarą i nadzieją w jednym. Ona mi dała i wsparcie, i wiarę i nadzieję.

****

– Spróbujemy jutro.
– Dobrz – odpowiedziałam, jeszcze mając podły nastrój.
– Pójdziemy do sklepu, zrobimy zupę…
– Oj, to nie będzie czasu – szczerze się zmartwiłam, bo pomyślałam, że to kolejne dwa tygodnie do czekania i spuszczenia tego wszystkiego co się nagromadziło. Czułam głód. Cały czas go czułam, czułam pragnienie, chciałam, miałam ochotę, ale szlag mnie trafiał, że nie zareagowałam.
– Rano wymiziam cię linami – uśmiechnęłam się. Pomyślałam, że to by była zajebista odmiana od „am” czyli doskonale znanego mi słowa na dzień dobry.
Dostałam nadzieję i spokojna zasnęłam… Co z tego, ze w telewizji leciał horror.

Miłość

Mówi się, że miłość nie wybiera… To prawda. Nieszczęścia czy choroby też nie wybierają i nie patrzą na to, czy to dobry moment albo czy odpowiedni człowiek. Choroba potrafi sprawić, że robimy się nieszczęśliwi i tracimy siły do walki. Miłość też potrafi sprawiać ból… Każdy to wie. Świadomie wiemy i potrafimy sobie wiele wytłumaczyć, jednak w głębi duszy…
W pewnych momentach pojawia się tęsknota, pojawia się głód, a czasami te uczucia są już wcześniej, ale gdy pojawia się obojętność… Człowiek zaczyna się bać, szczerze się bać… Boi się, że właśnie stracił coś bardzo cennego, coś co kochał. Nie jest pewny tego co się dzieje, zaczyna być mu przykro, zamyka się w sobie i szuka powodu, przez który to coś zanikło. Zaczyna się obwiniać, ma wyrzuty sumienia, bo przecież to dotyczy dwóch osób, aż w końcu nie wytrzymuje napięcia i płacze, nie potrafiąc znaleźć tego, co to wszystko spowodowało.

****

Wyszła, a ja włożyłam sobie motek lin do ust. Uznałam, że taki gest Ją rozbawi i być może rozczuli.
Stanęła w drzwiach i zaczęła się śmiać.
– Mogę cię pomiziać tą liną – powiedziała, a ja w tym czasie wyjmowałam kolejne włoski juty z ust. Uśmiechała się.
Nie chciałam bólu, ostatnio miałam problem z wczuciem się, a gdy już ja się dostosowywałam, to Ona była zmęczona machaniem tym czy innym narzędziem… I nawet chyba się bałam tego bólu, tego całego niedosytu później, na koniec kiedy to zmęczenie daje o sobie znać.
– No daj – droczyła się ze mną, delikatnie uderzając złożoną liną kilka razy. – Delikatnie.
Roześmiałam się, bo rzadko kończy się to na delikatnym smyraniu, albo to moja skóra jest za delikatna do zamaszystych zabaw z Nią.

Wstałyśmy z sofy, ustawiła mnie sobie pod komodą. Syczałam, piszczałam, aż w końcu uciekłam, bo ból był czystym bólem i ze zmartwioną miną wróciłam na sofę. Przyszła, dalej mnie szturchając swoim motkiem, ale delikatniej… Już nie pamiętam dlaczego wstałam, a po chwili kątem oka zauważyłam, że wzięła bat ujeżdżeniowy. Pisnęłam cicho i zacisnęłam zęby, jednak nie nastąpiło żadne uderzenie, które skrzywiłoby mi twarz. Była nad wyraz delikatna, wręcz za delikatna i nie poznawałam w tym Jej samej, z wyczuciem opukiwała, szukając miejsca, na które zareaguję. Znalazła.

****

Reakcja na bat wystąpiła później niż zwykle, oczy pokryły mi się mgłą, ale wciąż byłam zaledwie na obrzeżach tego, co zawsze następowało, mimo że tyłek już piekł, to mnie wciąż było mało.
– Ja wiem, ze te majtki to dla mnie – powiedziała, zsuwając mi spodnie dresowe. – Twój tyłek wygląda w nich seksownie – zawstydziłam się.
No ale nie powiem Jej przecież, że noszę je w torbie od dwóch miesięcy, bo wiem, że je lubi. W życiu by mi to przez gardło nie przeszło…

– Reagujesz – powiedziała dumna. – Wiedziałam, że będziesz – osunęłam się na kolana, tuląc się do Jej uda. Znów płakałam, ale tym razem ze szczęścia. Wierzyłam i miałam nadzieję… Ona też.

****

Siedziałam po cichu na podłodze, a wzrok wbiłam w Jej plecy. Szukała farbki w szafce, ale nie odwracała się. Odpowiadałam normalnie, rozmawiałam, ale dalej siedziałam z dłońmi na udach. Czekałam, aż mnie zobaczy. Zobaczyła, a Jej oczy błysnęły. Złapała za drewnianą linijkę i podeszła.
– Po udach chcesz, że tak ładnie się ustawiasz?
Zabrałam tylko dłonie z ud, aby spleść je za plecami.
Uderzenia spadały na mnie jedno po drugim, trzask drewna, mrowienie skóry i wszystko inne karmiło nasze zmysły.
– Połamiesz ją na mnie – powiedziałam zaraz po tym jak potężny dreszcz odpuścił.
– To co? – zaśmiała się. – Lubisz duży ból – złapała mnie za świeżo zbite miejsce i ścisnęła. Moje ciało znów opanował dreszcz, a gdy odpuścił jęknęłam.
Złapała za włosy. Biła. Podduszała. Patrzyła na przyspieszony oddech, patrzyła na dreszcze, patrzyła na kolejne fale rozkoszy, które mnie zalewały. Przytuliła.
– Moja masochistka – szepnęła, całując w czoło.
– Jeszcze, proszę – sapnęłam z trudem opanowując oddech. Opadłam dłońmi na podłogę, poczułam jej zimno przez bluzkę.
Twarde drewno linijki poczułam na pupie, po chwili Jej paznokcie na plecach. Świat zyskał na barwach, na tysiącach odcieni kolorów. Kolejna fala wody obmywała ciało i umysł.
Uderzała dłonią, skóra o skórę wytwarzała przyjemny dźwięk. Wpijała palce w rozpaloną skórę na pośladkach, wbijała paznokcie. Odpływałam raz, za razem, kolejny raz.
– Niegrzeczna dziewczynka – powiedziała, podtrzymując mnie jedną ręką, a drugą uderzając. – Powinnam cię ukarać za te myśli – ścisnęła pośladek silną dłonią, aż pisnęłam, a mięśnie zaczęły drżeć, wkrótce całe ciało drżało. – Za te głupie myśli, że przestałaś reagować na mnie – ponownie wbiła paznokcie w zaczerwienioną i palącą skórę, syknęłam i w spazmach osunęłam się na podłogę.
– A tak się bałam, że to już koniec – pomyślałam. – Strach ma wielkie oczy.

Wiara, nadzieja, miłość – te trzy, z nich zaś największa jest miłość.