Deszcz lał od samego rana, króliczek stał z różową parasolką w gwiazdki i patrzył.
– Czekasz na coś?
– Tak – odpowiedział, ale dalej wpatrywał się w rurę.
– A na co? – zapytała Smoczyca.
– Aż jebnie i zaleje cały las.
– A co ma jebnąć? A w ogóle jak ty się wyrażasz?! Króliczkom nie wypada – rugnęła go.
– Ta rura to szambo – patrzył w kawałek metalu jak zahipnotyzowany. – Czasami pęka i się wylewa… – spuścił uszy po sobie z widocznym przejęciem i strachem.
– Ale czego się boisz? Jakby ta rura dotyczyła ciebie…
– Niby nie… Ale popatrz jak drży, widzisz to? Pęknie i całe to gówno nas zaleje… – urwał i popatrzył na Smoczycę, po Jej łuskach spływały krople deszczu. – Chcesz płaszczyk przeciwdeszczowy? Mam! A nawet mam kapelutek, co prawda robaki w nim śpią na zmianę, ale przyniosę ci. Wezmę jeszcze drugą parasolkę, tę odświętną… – i pokicał, zostawiając pod rurą Smoczycę, która zaczęła się zastanawiać jak wyglądać może odświętna, królicza parasolka.

Smoczyca patrzyła na rurę, rozpostarła skrzydła, żeby deszcz Jej nie przeszkadzał aż tak, póki króliczek nie wróci.
– Wiesz – odezwał się po chwili zza jej pleców. – Szambo jest potrzebne… – urwał szamocąc się z folią streczową. – Trzymałem na specjalną okazję – wyszczerzył ząbki. – Chciałem Rokitę tym obwiązać jakby mnie wkurzył. Ale tobie się teraz bardziej przyda – dopowiedział, kończąc zawijać ogon w folię. – Bo jak pierdyknie… To ciężko będzie wydłubać te fekalia z pomiędzy łusek.
– Tak, tak, zaleje nas – popatrzyła na rurę z zaniepokojeniem. – Zobacz, już prawie z uchwytów wyskakuje.
– Załóż kalosze! – krzyknął króliczek, bo rura dzwoniła już okuciami i rycząc głośno co jakiś czas wypluwała z siebie małe kawałki gówna.
– Fujjj – sapnął królik, strząsając łajno z wyjściowej parasolki w marchewki.
– Coś czuję… Że to już, już za momencik trzaśnie.

Popatrzyli na siebie. Smoczyca w czepku przeciwdeszczowym ledwo przykrywającym rogi, jasnozielonej i narzuconej między skrzydła plandece, którą niby miał być płaszczyk przeciwdeszczowy, trzymała nad głową tę parasolkę w gwiazdki, a na łapach miała kalosze… Wyglądała pociesznie. Za to królik wyglądał na szczuplejszego, bo całe futro przylizane, na skokach kalosze w marchewki i ta odświętna parasolka…
– Nie trzep się, bo mnie moczysz – powiedziała. Królik wyglądał jakby był spokrewniony z angorą po tym trzepaniu. Złapał Smoczycę za łapkę.
– Pękło… – urwał i wciągnął powietrze nosem z głośnym świstem.
I pierdolnęło odbijając się echem po lesie. Gówno rozlało się wszędzie, ostatnie kwiatki zmiotło z powierzchni ziemi. Niesamowity smród opanował las, a na dokładkę błysło i zagrzmiało.
– Miejski smog to przy tym pikuś, nie? – zapytał, wyjmując z małego plecaczka dwie maski przeciwgazowe i jakieś małe zawiniątko.
– Co tam masz?
– Ponton.
– A na co ci ponton… Stoimy po kostki w gównie, lepi się to to do wszystkiego, doszorować łuski będzie ciężko z tego smrodu i nie wspomnę już o wietrzeniu twojego futerka. A tobie się na romantyzm zebrało.
– Nie na romantyzm… Ale na ewakuację. Jestem przywiązany do swoich marchewkowych kaloszy – Smoczyca popatrzyła na gumiaki królika z widocznym niepokojeniem. – Ale chyba będę się musiał z nimi rozstać, bo nie ścierpię tego smrodu, a coś czuję, że gumę to już przeżarło.
– Kupię ci drugie. I tak wiem, że jesteś czcicielem kultu mistycznej marchewki. Nie da się tego ukryć mój uszaty przyjacielu.
– Chodź spływamy stąd.
– Łódki nie płyną. One idą. To gówno płynie – zacytowała słowa pazia żeglarza.
– Całe szczęście, że deszcz pada. Wypłucze się to to i będzie spokój.
– Tak. Ale sądzę, że na tej polance już żadne kwiatki nie urosną.
– Może urosną. Wiosną. Czasami też i nawozić trzeba.
– Zależy od tego czy nawóz jest dobry, czy zły.
– Zapewne, ale i tak żuki gnojarze będą szczęśliwi, bo będzie co toczyć – powiedział króliczek, wyciągając wiosło z kieszeni.
– Czyli raz na jakiś czas, gdy rura pęka z nor wychodzą te żuki gnojarze. Dziwne to zwierzaki, bo niby robią robotę, ale jakoś każdy rozumny od nich stroni. A może to oni tak tą rurą kręcą, po to by mieli co robić i czym się karmić?
– Albo żyć – zaśmiał się króliczek.
– Las ma wiele tajemnic.
– I w wielu miejscach nie pachnie… – westchnął królik. – Czasami organizują sobie igrzyska, który większą kulkę utoczy i patrzą jak daleko się turla, gdy puszczą ją w las.
– Naturalne. Żuki muszą się kręcić koło tej rury, bo inaczej pozdychaliby z głodu.
– Ja tam wolę się nie mieszać w te ich kulki. Wystarczą mi te, którymi Rokita czasami we mnie rzuca.