– Boli – sapnęła ochrypłym głosem. – Boli mnie wszystko aż po same czubki łusek.
– Biedna Łuskowata – pisnął króliczek. Doskonale wiedział, że jak Smoczyca choruje, to już tak konkretnie. – Rosołek? – zaproponował.
– Tak. Kupię składniki na zupkę po drodze, wracając z lądowiska. A ty mi ugotujesz.
Skończyli rozmawiać i królik czekał, siedział grzecznie na dupce i bujał łapkami.
– Chodź – napisała. – Już jestem blisko.
– Dopiję kawę marchewkową i będę.
Przechylił swój króliczy kubek i na jeden łyk połknął pół zawartości kubka jednocześnie. Zeskoczył z krzesełka i pognał na jamnika.

Las pokrywał się kolorami jesieni, ale słońce jeszcze dobrze grzało za dnia. Czasami tylko wiatr pieścił futro zimnym dotykiem… Wieczorem zimno tylko było tak bardzo, że aż zwierzaki mówiły sobie „kurwa ale piździ”, zamiast cześć.
– To na pewno przez ten wiatr – pomyślał króliczek i już się zastanawiać zaczynał, czy rozpocząć procedurę zmiany futra na zimowe, ale jamnik nadjechał i zgubił myśl. Zajarał się myślą o rosole i usiadł obok jakiegoś szpaka.

***

– Ubierz się – warknął królik, patrząc, jak Smoczyca paraduje w cienkiej bluzeczce po kuchni i przy otwartym oknie. – Opiekować się tobą mam – po chwili dodał, bo uznał, że sposób artykulacji jego prośby był „nie na miejscu”.
– Zaraz – odpowiedziała i postawiła obraną cebulę na palnik. – Cebulkę trza opalić.
Królik wybałuszył oczka.
– Ale jak to?
– Zobaczysz później. Masz – rzuciła mu siateczkę z mięskiem. – Umyj to pod zimną wodą.
– Wiem, że pod zimną – prychnął. – Ale tego jest tak dużo, że do garnczka się nie zmieści – zaprotestował.
– Zmieści, zmieści. Tu się przytnie, tam nadgryzie.
– Uhm, Smoczyca lubi dużo mięska.
– Ciesz się, że nie ma tam mięsa królika.
– Jakby było, to bym nie zjadł.
– Marchew oskrob – rozkazała.
Królik przycupnął nad koszem i skrobał pomarańczowe warzywka, co chwila oblizując nosek.
– A nie za mało tej marchewki? – zapytał, podrygując ogonkiem.
Zielona nastroszyła łuski, obróciła się pyskiem do królika i pokazując ząbki mówi tak:
– Oczywiście, że za dużo. Wrzucaj do gara. Stój! Weź to pokrój, za duże kawałki ładujesz…
– Oesu i tak się ugotuje.
– Grałeś kiedyś w tetrisa?
– No pewnie. W podstawówce i to na pegazie.
– Pegazusie chyba.
– No tak, tak – podrygiwał ogonkiem, a oczka miał już tak duże jak 5 złotych, bo się marchwi nawąchał.
– No… To wyobraź sobie, że teraz te marchewki trza tam ładnie dopasować – zaśmiała się.
Królik siedział i rzeźbił klocki z marchewek, a potem wtykał w dziurki między mięsko, a inne marchewki.
– Obieraj dalej.
Popatrzył na podejrzane coś.
– A to? – podniósł seler w łapce. – Jak mam się do tego zabrać?
Królik nigdy nie gotował sam zupy od podstaw, więc nie miał tez okazji obcować z selerem. Grunt, że odróżniał pietruszkę od marchewki.
– A to, po czym się sika też chcesz w rosołku?
– Tak. Dwie – wyszczerzyła ząbki, patrząc na królika, jak obiera warzywka i wrzuca do garnczka.
Zasada była prosta. Smoczyca mówiła jak, a królik robił. Smoczyca siedziała, a królik wrzucał, kroił, a nawet gaz podpalił pod wiaderkiem.
– To teraz możemy iść leżeć – uśmiechnęła się. – A w nagrodę możesz zjeść marchewki, które zostały.
– Marchewki, marchewki, tak dużo marchewek – pomyślał króliczek i z uradowaną miną pokicał do salonu, trzymając marchewki w pysku.
Smoczyca zawinęła się w kokon, królik powtykał kocyk pod Łuskowatą żeby Jej cieplej było.
– Masz zimny ogon… – zmartwił się. – Gorzej się czujesz?
– Spać mi się chce – i ziewnęła, pokazując pełne uzębienie, aż króliczek ślinkę przełknął. Wystarczyłoby raz chapsnąć i futro by fruwało w powietrzu…
– Narysuj mi obrazek – sapnęła. – Z rosołkiem – ziewnęła i zwinęła się ciaśniej w kłębek.
Królik rzucił okiem na zielony kocyk, poprawił tam, gdzie się poluzował, żeby Smoczycy nie zawiało, popatrzył na niewinną Smoczycę, bo tak uroczo wygląda, kiedy śpi…
– Smoki są takie wrażliwe na zmiany pogody – pomyślał. – I są takie bezbronne, jak chorują – pojawił mu się banan na pyszczku. Już miał jakiś psotny plan wcielić w życie, ale uznał, że jak Smoczyca chora i leży łóżeczku, to trzeba głaskać, całować i tulić, a nie dokuczać. Poszedł więc polować na kartki do Jaszczurczego pokoju.
– Co tam szukasz – zapytała zaspanym głosem.
– Kartek. Kiedyś młodemu podprowadziłem blok rysunkowy.
– Aha – sapnęła nawet nie otwierając jednego oka.
Usiadł króliczek i drapie długopisem po kartce, drapie i drapie aż wydrapał…

– Ojej. Kocyk w marchewki! – krzyknęła Smoczyca zaraz po obudzeniu i obejrzeniu króliczego malowidła.
Królik się spojrzał na Zieloną, popatrzył na kocyk, który wydrapał, zerkną na kocyk Smoczycy…
– Nie będę haftował marchewek na twoim kocyku.
– Siku – powiedziała, poderwała się i podreptała szybko w ustronne miejsce.
– Kapcie! – Krzyknął za Nią i pokicał za smoczym ogonem z kapciami w pysku.