Stary królik, a głupi. Dopiero niedawno odkrył czym tak naprawdę jest orgazm wielokrotny. Dopiero teraz umie go odróżnić i nazwać…
– Orgazmek? Ni z gruszki ni z pietruszki?
– Takiii duży – odpisała Smoczyca.
– Ale tylko jeden? – upewniał się króliczek. Miał przelicznik – jedno dotknięcie magicznej różdżki = jeden orgazmek, ale fal ciepła zawsze było więcej, mimo to króliczkowi się wydawało, że to jeden orgazmek tylko, że jakiś dłuższy i bardziej złożony.
– Hehehe. A brzuszek już nie boli?
– Powiedzmy, że nie – króliczek się bał, że z powodu „zdychaj, zdychaj brzuszku niedobry” z orgazmka będą nici, a tak długo żył w celibacie… Ale fakt faktem czuł się lepiej niż przez ostatnie kilka dni.
– Bosz… Chyba zmoczę łóżko po takim czasie.
– No to dawaj i licz.
– Ale w jakimś czasie czy dopóki mi się nie znudzi?
– Ile się da.
Więc królik się bawił i bawił i jeszcze raz bawił, aż prondku zabrakło w zabawce. Do tego czasu uzbierał skromną liczbę 16 odlotów. Ah… To uczucie nachodzących fal ekstazy, jedna po drugiej, moc szumu wyciskający jęk w ciemnej nocy z pyska. To siła, która mierzwi futerko i gasi światło w oczach… To siła, która rozpuszcza nagromadzony stres w tęczówkach, które potem mienią się tysiącem blasków. Oczy się wtedy błyszczą jakby były ze szkła. To uczucie zlewających się doznań… Króliczek był pod wrażeniem, pojawiła się dwójka z przodu.
– Prrrr, szalony.
– Plus dwa – króliczek był przekonany, że jeszcze dałby więcej, ale już mu łapki cierpły od trzymania różdżki i futerka, więc zrezygnował z przekonywania, że mógłby jeszcze, a poza tym co za dużo to nie zdrowo.
W pewnym momencie króliczkowi popsuły się koraliki na liczydle i nie był pewien czy orgazmków było finalnie 25 czy 26, ale to nieistotne.
Jego potargane futerko i rozkoszne przeciąganie się na posłaniu jasno sugerowało, że oto nasz bohater będzie bardzo dobrze spał tej nocy.