Ciąg dalszy knucia oraz kucharzenia…

Stał biedny króliczek w oknie, znaczy się dziupli. Bał się odejść na chwilę za potrzebą, aby nie przeoczyć momentu gdy Smoczyca wraz z jeżem przekroczy furtkę swojego ogródka… Chciał wszystko wykonać planowo, a i intrygę uknuli z jeżem.
Nie wytrzymał, pokicał do ustępu, w locie zrobił co potrzebował i szybko umył łapki. Poleciał pod drewniane drzwi, odsłonił patrzałkę zakrytą sękiem i zerka. Klatka schodowa wewnątrz drzewa była pusta, poleciał do okna i stoi. Stoi i stoi… i dalej stoi.
Ociągał się trochę z zapytaniem jak im powrót idzie, nerwowo przebierał łapkami nie mogąc się doczekać ich przybycia.
– Jak wam droga idzie?
– Będziemy za 10 minut.
Królik jak rażony prondkiem (chyba, bo rażony nie był i być nie zamierza) poleciał do pokoju upewnić się, że wszystko jest zapięte na ostatni guzik – prócz balonów. Przypomniał Jaszczurce plan działania.

****

– Idą! – krzyknął królik, a obok niego momentalnie pojawił się Jaszczurek.
Królik wetknął świeczkę w babeczkę i podpalił knot. Prawie ze łzami w oczach stanął w wąskim korytarzyku. Drzwi się otworzyły i do malutkiego smoczego mieszkanka wpełzło mnóstwo zieleni.
– Bo… Bo… Mi tak strasznie przykro – zaczął pochlipując i trzęsąc się z przejęcia. – Bo ja przepraszam… Nie krzycz na mnie, to nie moja wina – królik bliski płaczu swoim sapaniem zdmuchnął świeczkę. Ciężko mu było w tej chwili opanować śmiech, wiec zawinął się na pięcie i dalej jazda do kuchni po zapalniczkę, a Smoczyca za nim… Królik z przerażeniem, że mięsne jeże zobaczy staje na środku przejścia i blokuje.
– Bo torta nie ma! – krzyknął.
– Robak wskoczył i zrzucił – dokończył Jaszczurek z poważną miną.
– Och, no trudno – zmartwiła się, a królik zaczął mieć wyrzuty sumienia, że ją okłamuje.
– Przepraszam, przepraszam, przepraszam.
Coś tam o rozgrzeszeniu było i że to nie królika wina. Królik tam coś jeszcze o zmianach w aranżacji wnętrz…
A jeż w między czasie próbował dmuchnąć w balonik.

****

Wprowadzili Smoczycę do pokoiku. Pod sufitem niteczka, a na niteczce kolorowe sto lat wycięte z karteczek.
– Miały być jeszcze baloniki, ale dałem ciała – tłumaczył się… Pokazał baloniki i mówił że nie dało rady, że pompki nawet szukał do roweru… I o pająku opowiedział. Pompka się znalazła i po chwili baloniki się napełniły powietrzem. Znaczy jeż i Smoczyca napełnili, a królik przymocował. Prezenty dali, tyle radości… Zwłaszcza z możliwości przejechania się czołgiem. Królik rakiem wycofał się do kuchni. Przyniósł mięsko, a po chwili znów zniknął.
– Jest jeszcze coś – powiedział wchodząc do pokoju z zielonym tortem na łapkach. Smoczyca zamarła w miejscu tam gdzie stała, królik położył tort na stole w towarzystwie zielonej wody.
Smoczyca bez słowa przylgnęła zimnymi łuskami do puchatego futerka i stali tak bez słowa dobre kilka minut, aż się królik popłakał czując na sobie gorące łzy Smoczycy i Jej ciepły oddech. Stali tak spleceni w uścisku i wsłuchiwali się w bicie swoich serc. Jeż, mimo że nie przytulał się z nimi, stał blisko z szerokim uśmiechem, dumny z wyniku leśnego knucia.
Nikt królikowi chyba nigdy tak nie podziękował i myślę, że można śmiało powiedzieć, że tego co poczuł króliczek w tym momencie nie da się opisać żadnymi słowami.
– Bo wiesz – zaczął. – Szkoda mi było wbijać świeczkę w ten tort – powiedział. – No i nie wiedziałem jak zareaguje lukier na ciepło.
Smoczyca patrzyła na tort z wyobrażeniem całej naszej paczki, siedziała i patrzyła.
– Ja go nie pokroję – powiedziała.
– Krój, krój, królik głodny – wyszczerzył ząbki w uśmiechu.
A potem siedzieli przy stole i opowiadali Smoczycy o knuciu, współpracy i o tych wszystkich trudnościach i kamuflażach.