– Raz kozie śmierć – pomyślałam, łapiąc się na tym, że boję się zapytać. – Orgazmek? Malutki? Pół? Pisk, pisk – prosiłam, wypalając serią chciejstwa. – To może 1/4 orgazmka? – zażartowałam nie widząc reakcji. – Nie? Trudno. To dobrej nocy – już się po cichu wycofywałam z własnej zachciewajki i tyłem jak rak opuszczałam pole bitewne, ale zgolone futerko domagało się głaskania…
– Oj, spróbuj dwa – pojawiło się.
– Tyle radości i dobra? Gdzie tu jest haczyk? – pomyślałam. – W ciągu jednego czasu? – próbowałam uściślić. – Serio pytam.
– Tak. Spróbuj.

Szczytem osiągnięć było posiadanie dwóch orgazmów w przerwie między połówkami meczu tylko, że… No właśnie. Toż to boli przecież. Nigdy nie próbowałam, nawet nie czułam czystej ciekawości co by było gdyby przytrzymać podczas szczytowania i przetrwać ten moment, w którym wibracja jest tak bardzo intensywna, że mój wrzask trzęsie szybami w oknach. I bynajmniej nie z powodu doznania silnego orgazmu, a z powodu skutków ubocznych, nadwrażliwości i bólu przy nawet leciutkim podmuchu powietrza.
Teraz zaczęłam się zastanawiać co by było gdyby. Co będzie później, jeśli to przetrwam, co poczuję o ile nie zwariuję z powodu intensywności odczuć.

– A ile mam na to czasu? Bo wiesz… Ja mogę się bawić i pół nocy – próbowałam ustalić górną granicę, kiedy mogłabym przestać gdyby się nie udawało.
– A baw się.
– Nie dasz mi limitu czasu? Ueee, nie dbasz o mój komfort suki – żartowałam.
– No to trzy.
Mina mi zrzedła, bo o ile dwa orgazmy były dla mnie całkiem prawdopodobne do osiągnięcia to o trzech nawet nie myślałam.
– OMG, trzy?
– Trzy.
– Boli brzuszek Smoczycę, oj boli, boli – śmiałam się.
– Ciebie będzie za to ręka.
– E nie. Sztucznego fiuta trzymam piętą.
– Żadnego fiuta.
– Ale… – napisałam. – Jak to bez fiuta? – pomyślałam.
– Żadnego fiuta i trzy orgazmy, zapisz czas.
Zabrzmiało to tak, że zakończyło dyskusję. To był ten moment, w którym grzeczne suki robią to, co się im każe.

I tak o to zostałam sama z zabawką przypominającą mikrofon.
– Zasmyram się na śmierć – pomyślałam, otwierając szufladę. Złapałam za jakieś ustrojstwo, sprawdziłam datę przydatności, nawet nie wiem czy kiedykolwiek było w użyciu. Żel intymny o smaku i zapachu wiśni, radośnie leżał sobie w mojej dłoni. Uznałam, że jak mam jechać na przysłowiowym ręcznym do trzech orgazmów to może warto tego użyć, co by się nie skrzywdzić obtarciami.
– A o tobie nie było ani słowa – uśmiechnęłam się obleśnie do buteleczki.
Lepkie ustrojstwo ciągnęło się między palcami. Śliskie i brzydko pachnące… – Jakoś przeżyję – pomyślałam i z miną męczenniczki umieściłam śliskie coś w odpowiednich miejscach ciała i zabawki.

Zaczęłam dwie po dziesiątej. Zaczęłam się zastanawiać czy to z winy tego żelu tak mało odczuwam, czy zwyczajnie nie jest to dzień na orgazm, a co dopiero myśleć o trzech. Zmieniłam kąt i miejsce. Zadziałało.
– Twarda bądź – szeptałam, wyobrażając sobie wielką dumę i zadowolenie Lady, kiedy Jej o tym opowiem.
Trzymałam twardo zabawkę w ręku, lekko nią poruszając. Ślizgała się po żelu, prześlizgiwała się między wargami… Fale zalewały mnie jedna po drugiej… Nie wytrzymałam. Dotyk wibrującego demona był zbyt intensywny. Spojrzałam na telefon. Siedem po dziesiątej. Odetchnęłam chwilę i dalej jazda. – Powtórkę proszę – pomyślałam. Po chwili jęknęłam, otworzyłam oczy, a kot siedział na szafce i się na mnie patrzył.
– Idź precz zboczeńcu.
Godzina? Dziesięć po.
– Jeszcze jeden – pomyślałam.
Ułożyłam się wygodniej, kombinowałam żeby znaleźć takie miejsce, które pobudza, ale jednocześnie nie sprawia dyskomfortu swoją intensywnością…
Trzynaście po…

– Już? Tak szybko?
W głowie miałam plan na kolejny, kolejny i jeszcze jeden albo i dwa, ale mowa była o trzech, więc grzecznie wstałam i z żalem poszłam się umyć.