Otworzyła oczy i zobaczyła całe nic. Poruszyła się, pod ciałem zaszeleściła słoma. Przywarła dłońmi do podłoża. Zimna, kamienna podłoga pokryta była bruzdami. Zapach, który się unosił w powietrzu, przyprawiał ją o mdłości. Zgnilizna, wilgoć i pustka. Tak głośnej ciszy jeszcze nie miała okazji poczuć.
Spełzła z posłania, dokładnie badając dłońmi powierzchnię przed sobą. Coś z piskiem przemknęło po jej nodze. Krzyknęła. W popłochu zwinęła się w kłębek. Popłakała się.

****

Doczołgała się do ściany. Ostrożnie wspinała się cegła po cegle, a gdy stanęła na nogach, nadal jedną ręką uczepiona ściany, odkryła, że ma na sobie jakiś materiał. Namacała jego kształt, przypominało to koszulę szpitalną, taką jak dawali kiedyś kobietom do porodu. Szła wzdłuż ścian, po omacku, w zupełnej ciszy, a zupełnej ciemności. Straciła poczucie czasu.

****

Stanęli w półkolu. Patrzyli na czarną folię, która przykrywała coś. Mistrz teatralnym gestem machnął ręką. Mężczyzna w bieli szarpnął za sznur.

****

Smuga jaskrawego światła zalała górną część piwnicy.
Źrenice kobiety zwęziły się w nagłym bólu. Odruchowo odwróciła głowę od źródła bólu.
Przetarła oczy, przymknęła powieki, spojrzała w górę.
Okno. Zwykłe, klasyczne, piwniczne okno.
Cofnęła się w cień, tam gdzie światło nie docierało. Skupiła się w rogu.
Patrzyli. Wytykali palcami. Chyba się nawet śmiali.

****

Zapadł zmrok.
Pomieszczenie znów pogrążyło się w ciemności.
Wstała, pewnym krokiem podeszła do okna. Wspięła się na palcach. Podskoczyła, złapała za rant okna palcami. Osunęła się. Znów podskoczyła… Opuszki palców bolały od ciężaru jej ciała.
Podciągnęła się na tyle, aby zobaczyć co jest za oknem.

****

Drewniany podest przypominał scenę. Na jego środku był pal. Obok niego stała beczka.
Zaszczekał pies.
Kobieta puściła gwałtownie ścianę. Opadła głucho na podłogę.
Znów zapadła cisza.
Przywarła do ściany, podskoczyła, pchnęła jedną ręką okno. Drewno zgrzytnęło.
Do piwnicy wpadło świeże powietrze.
Złapała za próg okna, podciągnęła się. Przecisnęła głowę, oparła bark o futrynę, wczepiła palce w darń. Wypełzła, przyklejona do trawy leżała chwilę w bezruchu.
Od lasu oddzielało ją może kilkanaście metrów.
Zahuczała sowa.
Kobieta zerwała się i pobiegła.

****

Wpadła zdyszana w gęstwinę lasu. Przystanęła. Oddech jej świszczał, próbowała się uspokoić. Z boku usłyszała trzask łamanej gałęzi. Wyostrzyła zmysły, próbowała wyostrzyć wzrok. Stawiała stopy ostrożnie. Już nie czuła bólu, adrenalina kierowała jej ciałem.

Dotarła do wąskiej ścieżki. Pokryta piaskiem stanowiła zagadkę. Z jednej strony często uczęszczana to może kogoś spotka, a z drugiej będą ją gonić, zapach, ślady zostawi.
Wbiegła do strumienia. Woda z chlupotem rozstąpiła się, bulgotała z każdym krokiem.
Księżyc połyskiwał w falach chłodnej wody rzeki.
Nagle poczuła, że musi iść w lewo. Wyszła z wody jakby wiedziona zapachem, półprzytomna, zaczęła biec.
Wbiegała kolejno w pajęczyny, krzaki, gałęzie.

Z oddali dobiegł ją hałas. Psy ujadały głośno. Słychać było nawoływania. Co raz bliżej… Co raz głośniej.
Bicie serca dodało jej odwagi i siły. Pobiegła. Zauważyła przed sobą kanał, zeszła do niego.
Zasłoniła usta dłońmi. Nad sobą słyszała szmer, rozmowę, psy…
– Piotr, a jeśli jej nie znajdziemy?
– Kurwa, nawet tak nie myśl. Nie zapominaj, że to moja żona.
Zmiękły jej kolana. Znała ten głos. Szeroko otworzyła oczy. Miała ochotę krzyknąć… Ale zemdlała.