Ptaszki raźno ćwierkały za oknem, robaki pomrukiwały na parapecie… Obrazek sielanki, tęczy i krainy sokiem marchwiowym płynącym.
Królik, napuszony i z brzuszkiem do góry leży, leży i się opierdala patrząc w sufit. Obok, również do góry brzuszkiem leży Smoczyca, zamiatając ogonem – cel zamiatania jest nieznany.
Leżą sobie tak i pachną. Pachną i leniwie zerkają na szkiełko.

– Zjadłbym budyń – powiedział króliczek, reagując silnym ślinotokiem na widok reklamy w telewizorze.
– O to to. Idź do sklepu.
I poszedł, bo co miał zrobić? Zaprotestować? Ryzykowne to to.

****

Wpadł zdyszany do legowiska. Patrzy to na Smoczycę to na siatkę.
– Wejdzie, zobaczy… I po niespodziewajce – myślał.
– Jeśli chcesz egzystować w kuchni to teraz – popatrzył, badając sytuację. – Później będzie zakaz wstępu – dodał uśmiechając się niezręcznie, stał w drzwiach na salony i spoglądał na Smoczyce. Kuchnia to Jej królestwo i doskonale wiedział, że ryzykuje, ale zależało mu aby nie patrzyła jak tańczy z garnkami i miskami. Chciał zrobić najbardziej zajebisty budyń w lesie. Tfu, na świecie. Więc patrzył wyczekująco na Smoczycę. Spodziewał się ognia karnego i już, już prawie czuł zapach spalonego futra…
– Nie, nie chcę – odpowiedziała leniwie Smoczyca. Czasem jednak użyczała swojemu królikowi miejsca w kuchni, aby ten mógł spełniać się w robieniu dla Niej niespodziewanych przysmaków czym karmił Jej wysublimowany smak
– Chyba się domyśliła – odetchnął i pokicał do kuchni.

Królik zawinął się na pięcie. Wpadł do kuchni, wali, tłucze, szuka po szafkach. Dramatyczna walka o niewykipienie mleka właśnie się zaczęła.
Nauczony doświadczeniem, że w pierwszej kolejności należy sobie wszystko przygotować, skakał od szafki do szafki szukając tarki. Znalazł. Wiązanką ochrzcił czekoladę, która topiła mu się w palcach.
– Następnym razem wezmę posypkę i nie będę się trytytyty z tą czekoladą – sapnął. Trzy kostki zeżarł zanim starł ich odpowiednią ilość. Potem również trzy pokroił na mniejsze kawałki. Usypał sobie kopczyk z wiórków czekoladowych, podzielił na trzy równe części większe kawałki czekolady. Ciapał teraz żurawinę. Ubzdurało mi się, że słodkie i kwaśne będzie fajnym połączeniem.
Przypomniał sobie o co chodziło z wodą i mlekiem. Ktoś mu kiedyś zaszczepił ideologię, że mleko się nie przypala jak się garnczka dno wodą pokryje. Niby śmieszne, ale działało. Budyń przypalić się nie mógł…
Postawił mleko na gaz. Stał nad garnkiem i patrzył. W między czasie młoda Jaszczurka chciała uprowadzić rurki.
– Nie – sapnął królik. – Później.
Jaszczurka już zabierała się do porwania krakersów. Królik warknął. Obrona mu teraz nie była w głowie, pilnować musiał mleka żeby mu nie spieprzyło, a tu mu jakaś niewyrośnięta Jaszczurka uwagę odwraca.
Tak… Wystarczyło, że się królik odwrócił na sekundę. Mleko chciało uciekać z garnka.
– Niedobre mleko – szepnął króliczek do garnka i wlał rozmemłany proszek ze szklaneczki. Stał nad garnczkiem i mieszał, mieszał, mieszał…
– Budyniu, ale powiedz mi… Czy już jesteś dobry?
Wsadził widelczyk do pyszczka. Mruknął z zadowoleniem.
Przelał zawartość do trzech miseczek.
– Jaszczurko! – krzyknął. – Będziesz to jadł? – zapytał pokazując na żurawinę.
Jaszczurka się skrzywiła.
– Trudno… – i zabrał się za strojenie deseru dla Jaszczurki.
– Dwie rurki, kawałki czekolady… A bez żurawiny, dobra. Jeszcze bita śmietana i czekoladowe ścinki.

Taki sam deser tylko z dodatkiem żurawiny zaniósł królik Smoczycy.
– Och! – pisnęła i zamiast jeść, zrobiła fotkę i zaczęła się chwalić.
– Chwalipięta – pomyślał królik i zajął się swoim deserem.

****

– Jak dorosnę chcę być krokodylem – pisnął mały Smok, pieszczotliwie nazywany przez królika Jaszczurką.