– Napisz bajkę o plamkach, których się boisz – napisała.
– Nie – odpisałam mając przed oczami obraz, który momentalnie odbił się echem w moim ciele.
– Dlaczego?
– Nie dam rady, nie otworzę się tak. Nie poradzę sobie z myślą, że się dowiesz, ani z myślą, że dowiedzą się o tym inni.

Gęsia skórka jeszcze była widoczna na moich rękach, ciepło między udami delikatnie pulsowało na samą myśl, wystarczyło samo wyobrażenie… Zawsze miękły mi kolana, zawsze gdy tylko jeden z tych obrazów się pojawiał przed oczami. Z jednej strony strasznie bym tego chciałam, a z drugiej strony doskonale wiem, że to nie jest rzecz dla mnie, że nie dałabym sobie rady, że nie chcę tego przeżyć.

Nie byłam, nie jestem i nigdy nie będę aż tak wytrzymała na ból, a to z pewnością by bolało… Daleko poza granicę tego, co potrafiłabym znieść. Wiem, że musiałabym pokonać paniczny lęk przed unieruchomieniem, a to i tak byłoby mało.
Zrobiło mi się przykro. Zawsze byłam emocjonalna, zawsze tak reagowałam…
– Chciałabym kiedyś… – pojawiło się w głowie. Egoistyczne pragnienia posiadania czegoś, ot tak, po prostu.
Czasami się zastanawiam jak bardzo to co siedzi mi w głowie, mogłoby być dla mnie destrukcyjne. Tfu. Jak bardzo jest to destrukcyjne. Jest i to bardzo, ale wydaje mi się też, że rolą Sadysty nie jest burzenie, niszczenie… A budowanie, tworzenie…
I nic o Nas bez Nas.

Boję się. Boję się nawet myśleć o tym, że chciałabym dostać taki wpierdol żeby stracić przytomność… Przeraża mnie to, zawsze przerażało.
Racjonalnie podchodząc do tego tematu wiem, że nie dałabym rady przetrwać nawet ćwiartki z tego co musiałabym otrzymać w drodze do celu i Ona też to wie.
Moja świadomość w pojmowaniu masochistycznej części siebie… pozwala mi twierdzić, że na sprawę związaną z wytrzymałością oraz pozostającymi na skórze śladami ma wpływ wiele czynników i to dość zmiennych. Raz po zwykłym, lekkim pacnięciu potrafię mieć wylew na „pół” nogi, a innym razem po srogiej i dość intensywnej chłoście – zaledwie kilka, niewinnych plamek.
Z każdą kolejną chłostą lepiej poznaję reakcje mojego organizmu i jestem pewna, że żeby osiągnąć ten cel, musiałabym dostawać tak, jak nie lubię… A ja się boję, boję się dostawać tak jak nie lubię.

To samo się tyczy innego obrazu, który wywołuje u mnie dreszcze na całym ciele. Pręgi. Uda, boki, plecy… Jestem chyba chora. Bordowe pręgi… Dostaję wścieklizny macicy jeśli gdzieś widzę pręgi na zdjęciach. Paradoksalnie pręg się boję. Boję się wszystkiego co jest miękkie, wszystko to co się zawija wyzwala u mnie automatyczny bunt i sprzeciw.

Tak… Można zmusić, oczywiście. Przywiązać i wpierdolić. Jednak mi to by zrobiło krzywdę i wypaliłoby dziury w psychice.
Dlaczego unieruchomienie przy zadawaniu bólu powoduje u mnie paniczny lęk? Dlaczego ból, który jest przyjemny w innych warunkach zaczyna być czystym bólem, tym nieprzyjemnym bólem? Dlaczego?
Nie wiem, a najśmieszniejsze w tym jest to, że myśl o unieruchomieniu oczywiście mnie podnieca, bo jakże by inaczej… Realny wpierdol w chwili gdy jestem związana lub unieruchomiona nawet troszeczkę… Ten ból już nie jest fajny, powoduje ucieczkę, wyparcie i próbę schowania się gdzieś wewnątrz, skutkuje zamknięciem na to co odczuwam, powstaje mur… Tak mam… Boję się i już. Nie czuję się bezpiecznie i nie jest to wina osoby, która mnie wiąże i leje. Ona to wie… W ogóle to nie jest niczyja wina. Mój typ tak ma i koniec, kropka.
Ona nie niszczy, nie burzy, ale rozwija i buduje, pozwala abym sama zdejmowała cegiełki z muru… Między innymi i za to Ją szanuję.

Ślady owszem są ważne, są piękne i ja też je lubię, ale nie są dla mnie wyznacznikiem jakości chłosty ani nie są kwintesencją emocji czy ich wyznacznikiem. To czy interakcja Sadysty i masochisty jest udana widać po reakcjach między nimi w trakcie kontaktu… Ja emocję przedkładam nad zostawianie śladów, ale może ja dziwnie postrzegam TE sprawy…

No ale co z tym rozwijaniem, co z tym budowaniem?
Kiedyś było tak, że potrafiłam się popłakać. Nie z powodu bólu, ale z powodu braku akceptacji własnych reakcji. Nie radziłam sobie, próbowałam wypierać, negować, a nawet tłumić… Tekst o słowie łatce był ostatnim etapem mojej akceptacji własnego masochizmu.
Dzisiaj nie boję się przyznać do tego, że jestem masochistką, chociaż nie lubię o tym mówić. Dzisiaj jesteśmy w stanie popłynąć w emocjach obie i obie spełniając się, latamy w endorfinach… Gdyby postąpiła niewłaściwie i zmusiłaby mnie, burząc i niszcząc co stało Jej na drodze… Wydaje mi się, że nie reagowałabym tak na ból… Myślę, że żadna z nas nie miałaby przyjemności z tego… A tak? A tak jestem wolna, nieskrępowana własnymi reakcjami i w końcu nie mam obaw przed emocjami jakie mi w tym towarzyszą.
Śmiać mi się chce jak sobie przypominam nasz pierwszy raz.
Była pierwszą osobą, której się nie bałam. W sensie – nie bałam się, że zrobi mi krzywdę, mimo że zadawała mi ból, ja jego pragnęłam właśnie z Jej rąk. Mój lęk, który się czasami pojawia nie jest spowodowany obawą przed krzywdą z Jej ręki, a obawą przed czymś nowym lub paradoksalnie przed reakcją… A i tak Ona potrafi go opanować, potrafi mnie uspokoić. Wyczuć. Po prostu wie…

To Ona uwolniła mnie z tego strachu, dzięki Niej przestałam się bać reakcji, to dzięki Jej podejściu zaczęłam się tym cieszyć. Krok po kroku. Bez Niej… Nie było by tego co jest teraz. Kto nas zna, ten wie jaka jest różnica między kiedyś, a dziś.
I sądzę, że gdyby kiedyś postąpiła inaczej… Dziś nie byłoby – nas.
A zaczęło się od niewinnego lania, od poczucia bezpieczeństwa, od ciepła i od słuchania tego co mówiłam w kwestii odczuwanego bólu… Dopasowała siłę i intensywność do mnie i do mojej świadomości, mając na uwadze moje reakcje i odczucia, a potem… Systematycznie podnosiła poprzeczkę na tyle na ile czuła, że może. Posuwała się dalej centymetr po centymetrze tak aby nie zrobić krzywdy, ostrożnie i z rozwagą, z dnia na dzień wydobywała coraz więcej… Czasami nawet się zatrzymywała, mimo że ja chciałam więcej. Tak „wychowała sobie masochistkę”.