Podszedł do niej, podstawił pod twarz bat, zapach skóry uderzył w nos. Szarpnęła dłońmi w popłochu, próbując się odsunąć. Zachwiała się na nogach.
Jeden z odzianych w bordo, podszedł do Mistrza, szepnął jedno słowo. Mistrz kiwnął głową i mężczyzna się oddalił.

Zwiniętym batem przesuwał po jej ciele, szorstkość splecionej skóry drapała. Próbowała się odsuwać. Próbowała uciekać.
Ciepła dłoń Mistrza sprowadzała ją na miejsce.

Mężczyzna wrócił z wiadrem wody. Postawił je z metalowym zgrzytem na betonowej podłodze.
Woda rozprysła się na boki, gdy każdy z mężczyzn wrzucił do niej swój bat.
Mistrz przewiązał jej oczy czarną chustką.
– Wiem co kryje twoja psychika – po raz pierwszy usłyszała jego głos. – A teraz odpocznij.

Wsłuchiwała się w cichnące kroki niesione echem. Jej słuch zrobił się bardziej czuły.
Była bliska obłędu, była na granicy wytrzymałości… Głos. Ten głos skądś znała.

Znów została zupełnie sama, ciało spowił mrok. Wsłuchiwała się w swój oddech, szum krwi w żyłach i bicie serca. Próbowała się uspokoić.

****

Kroki zadudniły echem. Na jej skórze pojawiła się gęsia skórka.

Znów dotyk plecionej skóry. Zaciskała oczy pod materiałem, protestowała mrucząc niezrozumiałe słowa.
Złapał jej brodę. Spojrzał w twarz.
– Lubię to przerażenie, ten lęk malowany na twarzy…
Puścił i odszedł kilka kroków. Zatrzymał się, schylił po bat. Ociekał wodą. Obrócił się raptownie, a razem z białą maską pojawił się puszczony wolno bat ze świstem przecinający powietrze. Wylądował ciężko płaską końcówką na jej ciele, kąsając mokrą skórą, ciągnąc. Zapiszczała. Momentalnie pojawiła się pręga. Nogi zaczęły drżeć. Mięśnie rąk spięły się, palce zacisnęły na linie.

Kolejny trzask, krzyk, trzask i znów krzyk. Chluśnięcie wodą. Pomruk, niezrozumiałe słowa wykrzykiwane w szmatę niesione echem po hali rzeźni.

Trzask, drugi i trzeci w odstępach ułamek sekund, chłostali ją teraz we trzech. Wydobywali z niej dźwięki i wygrywali melodię ciałem, batami i jej strunami głosowymi.
Wygięła się, błyszcząca od bólu skóra pokryta była gęsią skórką, drżała w szale.
Zmysły, zmysły się mieszały… Zmysły szalały. Ona ociekała lękiem, bólem i tym czymś dziwnym, czego nie każdy jest w stanie doświadczyć.

– Dosyć – powiedział Mistrz, dotykając dzieła stworzonego swoją ręką. Syczała pod dotykiem jego chłodnej dłoni, ale nie uciekała już.

Półprzytomną, drżącą, płytko i ciężko oddychającą podtrzymywał teraz na rękach. Mężczyzna w bordowej todze odciął linę, wpatrując się z podziwem w jej jasną skórę i kontrastujące z nią pręgi.
Wzięto ją na ręce i okryto kocem ciało naznaczone śladami chłosty, wyniesiono z pomieszczenia. Głaskano po policzku, ocierano gorące łzy. Spijano z niej emocje. Bez słowa.