Piątek, godzina w której wszyscy pracujący w biurach, zbliżają się do tak wyczekiwanego weekendu.
Dziwne coś chlupocze w moim ciele, dziwne coś rozprasza na każdym kroku. Setki myśli, kilka sprośnych obrazów. Stres rośnie z godziny na godzinę, powoli zbliża się do granicy absurdu, zmieszany z fascynacją, ciekawością i ogromnym pokładem wstydu – świadomość, że Ona może w zasadzie wszystko, od nierobienia niczego aż po wyrafinowane sadystyczne praktyki gdzieś tam z satysfakcją seksualną w tle… Rzeczy, o których nie raz śniłam i z których to snów wybudzałam się gwałtownie, łapiąc powietrze z trudem, słysząc bicie własnego serca, czując wilgoć między udami… Ta świadomość rozbija mnie na kawałki.

Chociaż nie. Wstydzić będę się dopiero jutro, ale już teraz zaczynam przeżywać to jak mrówka okres. Nie czuję strachu, nie czuję lęku. Nie panikuję… Psychicznie jestem przygotowana na wiele rzeczy, które mogą mnie spotkać, nie boję się ich, nawet tego, że nic się nie wydarzy. Cały niepokój, który we mnie siedzi jest związany z kompleksem. Poczuciem nieatrakcyjności w miejscu gdzie uda czy brzuch kończą swe szlachetne nazwy. Po prostu. Niby każdy jest inny… Ale w tej chwili czuję się rozdarta, bo z jednej strony chciałabym się podporządkować, a z drugiej… Wolałabym żyć bez orgazmów nawet i pół roku.

****

– Zabierz zabawki, którymi się bawisz – napisała.
– Wszystkie te, których używam lub używałam w trakcie zabaw sama ze sobą, tak? – dopytywałam.
Kiedyś używałam małego, taniego masażera z wyobrażeniem narwala (w sensie takiego rybiego jednorożca), który miał ogon zadarty do góry. Ostre to to było, ale potrafiło w ciągu kilku minut zwalić z nóg potężnym orgazmem. Zabawy nim nie należały do delikatnych, często kończyły się zadrapaniami, obtarciami… Nawet kiedyś pan doktor oznajmił mi, radośnie wyłaniając się spomiędzy moich ud, że powinnam bawić się trochę delikatniej z naciskiem na delikatniej. Oj tam, oj tam, genialna była, ale przestałam jej używać na rzecz gwiazdkowego prezentu. Owiany legendami patyk z kulką na końcu podłączany pod prąd miał nieco większe wibracje niż mój niebieski przyjaciel. Sporo czasu minęło zanim udało mi się dojść z pomocą tego urządzenia. Fanką Magic Wanda nie zostałam, ale twardo używałam.

Stanęłam, wlepiając oczyska we wnętrze słynnej już szafy. Wyciągnęłam pudełko, otworzyłam je siadając na łóżku.
– To – powiedziałam, wyciągając czerwonego fallusa pokaźnych rozmiarów. – Tak, tego używam dość często – z rumieńcem na twarzy odłożyłam na bok.
– To? – zapytałam sama siebie, trzymając w ręku silikonowy sznureczek z pięcioma kulkami. – E… Nie, nigdy nie używałam tego sama.
– Prawie bym zapomniała – powiedziałam otwierając szufladę komody, aby wyciągnąć z niej magiczną różdżkę. Niebieski mało delikatny zwierzaczek poszedł do prania wraz z dwustronnym dildem i 25 centymetrową, czerwoną fujarką.
Popatrzyłam na pluszowego króliczka. Zaśmiałam się. No bawiłam się, bawiłam, może nie w kontekście seksualnym, dla jaj i śmiechu ale jednak bawiłam. Zastanawiałam się przez chwilę czy go spakować – o tak, dla śmiechu.

– Zabawnie będzie jak mi torba zacznie wibrować – powiedziałam.
– Wybierasz się dziś? – zapytał mnie partner.
– Nie.
– A to odkurz wieczorem.

Kochana chłopina. Ja tu stresem ociekam, a on mi tu o odkurzaniu gada… I jak go nie kochać?

****

Sobota. Godziny wczesnoporonne. Już od drugiej drzemałam, nie byłam w stanie znaleźć sobie wygodnej pozycji do snu. Koło czwartej znów się przebudziłam, za oknem raźnio ćwierkało coś, czemu chętnie ukręciłabym łepek, bo świergotało zbyt głośno. Dwie godziny później dołączyła do chóru papuga, której ktoś chyba na noc nie zabrał z balkonu.
Szlag mnie trafiał. Wstałam, podeszłam do okna, chłodny powiew powietrza mnie otrzeźwił. Już nie było sensu się kłaść…

Spokojna, podejrzanie spokojna, zajęłam się zupełnie normalnymi porannymi czynnościami. Kocie miski, kocia kupa, prysznic… Mrużąc oczy w ciężkim fochu sięgnęłam po maszynkę. Narzekając na życie i los, wtarłam w siebie jakieś cudo pachnące wanilią i wiśnią.

– O czarna istoto, daj mi siłę – wymruczałam stojąc nad kubkiem w kuchennym krajobrazie, po czym dolałam do istoty odrobinę mleka. Przejrzałam pół internetu z kawą, drugie pół z ręcznikiem na głowie.

Kilka minut przed ósmą postanowiłam Ją obudzić, bo nad ranem zawsze ma płytszy sen.
– Śpiąca Królewno, zbudź się. Słońce dotyka promieniami życia za oknem, zbudź się z uśmiechem i radością życia, zbudź się.
Jakaś się zrobiłam ckliwa.
Plan był prosty. Spotykamy się na miejscu, w salonie tatuażu o dziesiątej. Oddałam swój termin, chciałam. Cholernie chciałam widzieć go już. Tatuaż o wymownej symbolice był dla mnie bardzo ważny, głęboko emocjonalnie do niego podchodziłam.

– Jestem gotowa – napisałam dużo przed czasem. Zabawki spakowane, wszystko przygotowane… Nawet włosy próbowałam ułożyć, ale te jak zwykle żyły własnym życiem.
– Chodź.

Stres. Znów stres. Zbiegłam po schodach, stukając obcasami, wyleciałam w amoku z klatki, poleciałam do kiosku po bilety, a potem stałam jak ta pani wiadomych obyczajów na rogu i wypatrywałam autobusu. Strategiczne miejsce pozwalało na obranie odpowiedniego przystanku. Autobus już jechał, przeleciałam przez ulicę na czerwonym, czując jak majtki zsuwają mi się z tyłka. Wpadłam na stopień. Konsternacja. Facet się gapi. Ja grzeczna panieneczka w sukieneczce, cap za gumkę gaci i w górę. Znów zaczęłam się zastanawiać nad sensem posiadania dolnej partii bielizny.

****

Wzór nabierał kolorów, a moje oczy łez ze szczęścia. Zaczynałam drżeć. Niepewność i stres mieszały się z głupim uporem.
– Nie chcę, nie potrzebuję, nie znam się i poznać się nie chcę – krążyło mi po głowie.
Z minuty na minutę co raz bardziej ukrywałam się we wnętrzu kłębowiska emocji.
– To dziwne – myślałam. – Kiedyś bardzo tego chciałam, a teraz tak bardzo mnie od tego odpycha.
Sądziłam, że to kwestia nastawienia. Satysfakcję seksualną postrzegam bardzo intymnie, a w chwili gdy uświadomiłam sobie, że nigdy do niej nie dojdzie… Przestałam jej pragnąć. Przestałam chcieć takiej bliskości.
– Grzeszę, grzeszę myślą. Takim niezrozumiałym pragnieniem – westchnęłam, powtarzając w myślach słowa wierszyka i bazgroląc po kartce. – Grzeszę, grzeszę słowem… Takim niezrozumiałym pragnieniem. Grzeszę, grzeszę za każdym razem, gdy zaczynam otulać emocje wyrazem. Słowo podszywam pożądaniem, pieszcząc zmysły wyjątkowym smakiem, próbując dać spełnienia namiastkę. Pragnienie bliskości, czułości, ale w całej mej bezsilności… Nie, nie zgrzeszę uczynkiem… Pozostaną mi tylko słowa i te grzeszne myśli… I wiem, że to znów mi się przyśni – recytowałam z pamięci, słowa wyryte krwawym pragnieniem, z którym się pożegnałam.
Znów czułam rozdarcie. Znów. Bałam się własnej reakcji, po prostu się bałam.

****

Zacisnęłam mocno kolana, sukienką próbowałam nakryć nogi po same kostki.
– Nie chcę.
– Pokaż.
Tyle dni byłam Jej, a Ona nigdy mnie nie widziała w pełni nagiej. Nigdy nie wkraczała w te zachowania, nigdy ich nie widziała, nigdy nie kontrolowała tego obszaru. Właśnie teraz zapragnęła.
– Ściągnij majtki.
Trzymałam kurczowo sukienkę. Kolana bolały od ścisku. Wewnętrzny sprzeciw nie pozwalał mi na to by odpuścić, kompleksy, zahamowania i ta nowość, to wszystko powodowało, że nie byłam wstanie ulec namowie. Nie pomagał stanowczy ton, nie pomagał słodki uśmiech, nie pomagało nic. Blokada, totalna blokada.
Łzy pociekły mi po policzkach, usta wykrzywiły się w grymasie bólu.
Groźba rozerwania jednych z ulubionych majtek poskutkowała, ale kolana dalej miałam sklejone razem. Klej ciągnął skórę, ten sam klej ciągnął psychikę…

Było tyle dni, w których nie zareagowałabym w taki sposób. Było tyle innych momentów, w których byłabym skłonna nawet prosić…

– Śliczna jest, taka drobniutka.
Miałam inne zdanie na ten temat.
– Nie wstydź się mnie – mówiła.
Jej dotyk mnie bolał, nawet patrzenie mnie bolało. Czułam się upokorzona. Po policzkach znów płynęły łzy.
Mówiła do mnie, ja byłam nieobecna. Dotykała, ja wypierałam Jej dotyk ze świadomości, negowałam nawet samą obecność. Przepychanka fizyczno-psychiczna… Byłam na skraju przepaści.
– Jesteś moja – przedarło się przez mgłę.
– Skocz – pojawiło się w głowie. Skoczyłam, a Jej dotyk przestał być bolesny. Przedarła się przez mój wstyd. Zaczęłam Ją czuć. Czuć jak prześlizguje się między listkami, czuć jak dotyka srebrnej kulki. Opadłam z sił, przestawałam się bronić, zaczynałam się poddawać temu co czułam. Ostrożnie, powoli, delikatnie stawiając pierwsze kroki po nieznanej polance doznań.

****

Zimna podłoga dotykała mojego ciała.
Patrzyła jak to robię. Przestałam się wstydzić. Po kilku, może kilkunastu minutach delikatna fala ciepła zalała moje ciało. Jęknęłam cichutko.
Nie byłam zadowolona, ani z samego orgazmu, ani z emocji. Stres, nowa sytuacja i całe to obciążenie moim buntem wewnętrznym, to wszystko miało wpływ na samo spełnienie.
I niby to zabawa, a jednak to dość spore wyzwanie.

Dzisiejszy dzień upewnił mnie w jednej z moich teorii.
Ja nie potrzebuję mieć orgazmu by czuć spełnienie w klimatycznych zabawach. Bardziej by mi brakowało możliwości zaspokojenia głodu spod szufladki słowa na m, bardziej bym tęskniła za emocjami związanymi z relacją, które znam i które kocham, bardziej bym tęskniła za jednością, niż za samym spełnieniem w postaci orgazmu… Fizyczny orgazm był, jest i będzie dla mnie tylko dodatkiem. Magią jest ten, który czuję w głowie, który pojawia się tylko w kontaktach z Nią, który rozgrzewa zmysły od środka do takiego stopnia, że ciężko jest mi oddychać, że urywa mi się film. Po nim zawsze płaczę. Zawsze ze szczęścia, że mogę go mieć.

Bez orgazmu i masturbacji żyć bym mogła, natomiast bez tego mentalnego – nie, bo teraz, gdy już wiem jak on smakuje – nie byłabym szczęśliwa.

I tak… Rozważam przyjęcie nowej religii – kultu czarodziejskiej różdżki marki Hitachi.