– Powinnaś teraz napisać „dobra suka, zasłużyłaś na orgazm” – napisałam w żartach.
W odpowiedzi dostałam wyszczerzoną w podejrzanym uśmiechu emotikonę, a po chwili zobaczyłam komentarz o rzeczonej treści.
– Ha. Nowa gra – zatarłam ręce z zachwytem.
Treści komentowane dalej płynęły, a ja w pewnej chwili…
– To co z tym orgazmem? – napisałam pod postem dla żartu.
– 6 maja o 16:38.
– Kurwa! – pomyślałam. – Dojść o odpowiedniej godzinie? To chyba niewykonalne.
– O pierwsze poważne zadanie – skomentowałam przeczuwając komplikację.
Temat przycichł.

****

Tuż przed szesnastą zwlokłam się z krzesła, poczłapałam do komody gdzie schowane zostało ustrojstwo, o którym jest tak wiele legend i które ma tak wiele wielbicielek. Do czcicieli kultu magicznej różdżki nie należałam, ale ułożyłam się w wygodnej dla mnie pozycji i zaczęłam zabawę.

– Zostało piętnaście minut – pomyślałam z lekką paniką, że nie zdążę zrobić tego w wyznaczonym czasie.
Przerwałam. Zdesperowana podeszłam do szafy i żeby ułatwić sobie zadanie wyciągnęłam małe pudełko, w którym trzymamy z partnerem różne dziwne rzeczy. Wybrałam odpowiednią imitację męskiego przyrodzenia i wróciłam do czynności.

Przez pozostałe dziesięć minut, musiałam powstrzymywać orgazm kilkukrotnie…
– 20 sekund, 15, 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1
– Kurwa – sapnęłam zmęczona.
Zaczęłam się zastanawiać czy teraz, po tylu razach kiedy przerywałam w ogóle dojdę w te 60 sekund które mi zostało, aby zmieścić się w sławnym 16:38.

Udało się.
– Ze cztery razy bym doszła… – powiedziałam do swojego partnera.
– Melduję wykonanie zadania – napisałam z uśmiechem i odpowiednią emotką. – O 16:38 i 43 – dodałam po chwili, cholernie dumna z wykonania zadania.
– No!
– Cholera, to nie było takie łatwe – niby osiągnięcie orgazmu z zabawką trudne nie jest, ale dojść w odpowiedniej chwili… to już wyzwanie.

Poskarżyłam się na mało satysfakcjonujący orgazm, bo taki przerywany i to był mój błąd, bo znów ujrzałam magicznie uśmiechającą się emotkę w podejrzanie sadystyczny sposób.

– Możesz ich w ogóle nie mieć – śmiała się.
– Nigdy nie wkraczałaś w ten obszar, zamierzasz?
– Nie wiem, nie wiem. Wtedy będzie brutalność w naszym związku.

Miliony myśli na temat mniej lub bardziej wyrafinowanego bólu zadawanego w trakcie, przed lub po.
– Tak… To by było ciekawe – pomyślałam i już, już miałam się ugryźć w język, ale mi nie wyszło.
– Dlaczego? – udawałam głupią.
– A zobaczysz.
– Coś tak czuję, że będę tego żałować… – pomyślałam.
– Mam wizję – napisała.
– Zerżniesz mnie? – po czym dodałam emocjonującą się graficzkę o wdzięcznej nazwie „radocha”.
– Nie. Będziesz mogła mieć tylko przy mnie orgazmy.
– O Sadystka paskudna – pomyślałam.
– Czyli zero zabaw samej ze sobą – uściśliła.
Już widziałam komplikację w pożyciu „niemałżeńskim” z moim partnerem.
– A S? – zapytałam.
– On nie ma kary – znów ten sadystyczny uśmieszek.
– Kary? Ale cholera jakiej kary? – myślałam nie wiedząc o co chodzi.
– A pytać mi wolno o pozwolenie?
– Na seks z nim?
– Nie. O ewentualne zabawy samej ze sobą za twoją zgodą.
– A to przy mnie – kolejny sadystyczny uśmiech.
– Oho, wiedziałam… – zaczynałam snuć teorię w myślach.
– Sądzisz, że niestarczy mi odwagi? Jeśli tak… To prawdopodobnie masz rację.
– Czyli masz brutalność.
– Wydaje mi się, że to nie jest dobry pomysł, ale jeśli tak chcesz Lady, dobrze – dostosuję się… – napisałam. – Eh… A miało być tak pięknie – powiedziałam na głos.

Już żałowałam gry, w którą się wpakowałam.