– Nadszedł czas – strumień wody uderzył w ciało kobiety po czym z głuchym dźwiękiem uderzając w kamienną posadzkę ucichł.
Krzyknęła, straciła orientację zaskoczona nowym miejscem.

Zerwali się z miejsca, dopadli do ciała kobiety. Dwóch mężczyzn w bordowych togach zajętych było wiązaniem nadgarstków i nóg w kostkach. Szarpała się, krzyczała, wyzywała ich. Podeszło jeszcze dwóch. Jeden z nich wymierzył jej siarczysty policzek. Uderzenie niosło się echem po ścianach.
Zamroczyło ją, poczuła metaliczny smak krwi w ustach. Przestała się bronić na chwilę aby zbierać myśli.
– Gdzie ja jestem? Co to za typy w ręcznikach? – rozejrzała się dyskretnie po pomieszczeniu.

Ciemna, kamienna podłoga zalana była wodą, niegdyś białe kafelki pokrywały ściany.
– O kurwa – szepnęła, gdy mężczyzna w czarnej todze i białej masce przerzucił ją sobie przez ramię i wyniósł przez metalowe drzwi.

****

Półmrok i dziwny zapach zalewały pomieszczenie, które zdawało się nie mieć końca. Szedł po gołym betonie, od czasu do czasu robiąc większy krok. Spojrzała w górę, pod sufit.
– Rzeźnia – pomyślała z przerażeniem. – Zaszlachtują mnie, a potem zeżrą… – szarpnęła się, jednak lina trzymana przez Mistrza zbyt boleśnie wrzynała się w ciało przy gwałtownych ruchach.
Zrzucił ją z siebie, jakby zrzucał wór cementu. Drewniane deski stuknęły pod jej ciężarem. Z przerażeniem w oczach przyglądała się białej masce bez wyrazu.
Mężczyzna w czerni milczał.

Jeden z młodszych podał kolejną linę, szybkim sprawnym ruchem przewleczono ją między jej dłońmi i podciągnięto. Wsparta na kolanach, dość szybko zorientowała się, że długo w tej pozycji nie wytrzyma. Szarpnęła, mając nadzieję, że lina odczepi się od haka. Niestety, taśma tylko zabrzęczała radośnie. Wąskie deski podestu uprzykrzały jej życie.

Wyszli bez słowa, zostawiając ją. Skrzypnęły drzwi. Zgasło światło.

****

Straciła poczucie czasu, gdy ponownie usłyszała zgrzyt metalu. Ktoś szedł. Słyszała kroki na betonowej posadzce, z każdym jego kolejnym krokiem słyszała również coraz głośniejsze bicie swojego serca.

Ostre światło latarki raniło oczy. Zamknęła je. Zacisnęła zęby ze strachu.
– Proszę. Nie rób mi krzywdy – szepnęła drżąc.
Mężczyzna parsknął. Nie odezwał się. Złapał za pozostałości koka, zmusił do wstania z kolan, rozplątane włosy spadły kaskadą delikatnych, blond fal sięgając pasa. Poprawił linę tak aby ręce miała wyciągnięte nad głową. Poczuła chłód stali. Krzyknęła żałośnie, błagając o to by jej nie zabijał.

Pikantny zapach jego perfum odurzał. Okręcił szybko włosy dookoła dłoni, szarpnął. Jęknęła, odchylając głowę i otwierając oczy.

Ostrze wciśnięte między pozostałości spódnicy, a ciało, oswobodziło ją z tej szmaty. Puścił ją, złapał za materiał koszuli, szarpnął, guziki z głuchym dźwiękiem rozsypały się po podłodze. Melodia strachu rozbrzmiewała odbijając się od ścian, guziki poleciały w różnych kierunkach. Jeden uderzył w drewno, inny w beton, a dwa swój dźwięk zawdzięczały ścianie pokrytej niegdyś białymi kafelkami.

Rozciął ramiączka biustonosza, przeciął delikatną koronkę między miseczkami. Majtki zerwał gołą dłonią. Szarpnęła się, krzyknęła.
Spojrzał na nią. Zacmokał, zwinął w kłębek jej bieliznę i chciał wepchnąć do ust.
Protestowała. Szarpnięcie za włosy zadziałało i jak grzeczna dziewczynka, której się wciska kolejną łyżkę okropnego przecieru, otworzyła usta.
Na języku poczuła swój smak. Rzuciło nią w odruchu wymiotnym, z oczu pociekły łzy. Całkiem naga stała teraz, unieruchomiona… Mogą z nią zrobić w zasadzie wszystko.
– Tylko czym jest to wszystko? – zastanawiała się, nie zwracając uwagi na to, że mężczyzna oglądał ją z każdej strony. Zamyśliła się.
Światło zgasło, zatopiła się w bezkresie ciemności.

****

Echo kroków wyrwało ją z drzemki. Próbowała policzyć ilu ich idzie. Zaczęła panikować, nie mogąc odróżnić echa od kroków.
Stanęli za nią, bała się odwrócić.
Jeden z nich podszedł i obrócił ją.
Mężczyzna w bordowej todze stał nieco z tyłu. Trzymał w ręku coś zwiniętego. W pierwszej chwili pomyślała, że to kolejna lina.
Szybko wyprowadzili ją z błędu. Mężczyzna w czarnej todze również miał takie zwinięte coś. Podszedł do niej, podstawił pod twarz, zapach skóry uderzył w nos.
Drugi mężczyzna dołączył do brata w bordowej todze.

Coś jej mówiło, że to nie będzie przyjemne.