Był późny wieczór, a światło z pobliskiej latarni połyskiwało na mokrych kocich łbach ulicy, którą szła. Stawiała kroki w pośpiechu, nie odwracając się za siebie.
– Na całe szczęście przestało lać – pomyślała, ostrożnie stawiając nogę schodząc z chodnika.
W ręku kurczowo trzymała teczkę z dokumentami, torebka zawieszona na ramieniu ześlizgiwała się po gładkim materiale płaszcza z trenczu przez co musiała ją poprawiać. Niewygodne szpilki z czerwoną podeszwą od Louboutin obcierały nieubłagane. – Takie ładne, a takie niewygodne – mamrotała pod nosem. Zaczynała żałować decyzji i tej kasy, którą w nich utopiła, ale zawsze chciała mieć takie. – Cierp ciało, co żeś chciało – pomyślała w przypływie rezygnacji. Jeszcze kilka przecznic i dotrze do samochodu. Zaczynała w duchu przeklinać cały ten szykowny, elegancki zestaw jaki miała na sobie. Ołówkowa spódnica ograniczała długość kroków.
Potarła dłonią o ramie.
– Jeszcze kilka kroków, wsiądę do samochodu i zapomnę… – to był ostatni dzień jej pracy, właśnie zaczynała nowy etap i nowe życie.

Stanęła. Po omacku zaczęła szukać kluczyków w torebce. Zirytowała się, rzucając wiązankę literacką pod nosem. Teczkę z dokumentami rzuciła na dach samochodu i już oburącz kopała w torebeczce.
– Gdzieś tu muszą być – powiedziała sama do siebie.

Nagle poczuła pikantny zapach męskich perfum. Nie zdążyła się odwrócić, gdy jego ręka złapała ją w przedramieniu i została wykręcona. Chciała krzyknąć, ale na ustach już miała jego drugą dłoń.
Oczy otworzyła szeroko, nie dowierzając temu co się dzieje. Drugą, wolną ręką w akcie desperacji próbowała złapać się dachu samochodu. Czuła że mdleje, że opada z sił. W ustach słodko, a przed oczami ciemno… Bardzo ważne dokumenty sfrunęły z dachu auta, pokrywając mokrą ulicę białym płaszczem.

****

Stali, otaczając ją ciasnym wianuszkiem oczu, wpatrując się w milczeniu przez chwilę, obserwując jej bezwładne ciało… Po chwili, oswojeni z widokiem i sytuacją zaczęli komentować jej wygląd tak, jakby oceniali walory zwierzęcia na targu miejskim.

– Mistrzu spójrz na to gładkie, jasne ciało – powiedział jeden z tych odzianych w bordowe togi.
Faktycznie jakąś godzinę wcześniej szarpała się ze swoim napastnikiem, jej wąska spódnica nie wytrzymała na szwach odsłaniając teraz kawałek uda.
– Mistrzu – odezwał się jeden z młodszych. – Ta koronka… – urwał, wpatrzony w hipnotyczne wzory delikatnej bielizny.
W tajemniczych okolicznościach dwa guziki zniknęły, pogłębiając dekolt i obnażając większą część prawej piersi. Delikatne zadrapania na skórze falowały wraz z oddechem kobiety. Mężczyźni patrzyli…
– Zaiste, kuszący to widok – oblizał wargi. Jako jedyny nie miał na sobie togi. To on ją sprowadził, to jego nazywali Mistrzem… To on decydował.

Elegantka leżała na prawym boku, głowę miała odchyloną ukazując zebranym długość szyi w całej okazałości. Jej jasne blond włosy kontrastowały z czernią kamiennej podłogi. Już niewiele zostało z dawnego szyku i starannie dobranych elementów ubioru. Jeden z drogocennych butów leżał na posadce, drugi natomiast lekko zsunięty z pięty prezentował swą wdzięczną, czerwoną podeszwę na lewej stopie. Pończochy były pozaciągane i ubrudzone błotem do kolan, bo przecież osunęła się na chodnik… Misternie układane włosy szlag trafił, jeszcze mniej zostało z eleganckiego koka, włosy wychodziły pasmami, oblepione czymś, kleiły się do ciała.
Wyglądała teraz jak taka dziewczyna z dobrego domu, która poszła na dyskotekę, a wracając spotkała kilku chłopaków, którzy ją upili do nieprzytomności, pohańbili i porzucili gdzieś w przydrożnym rowie.

****

Szeptali między sobą, pokazywali palcami. Jeden z nich roześmiał się. Skrzypnęły drzwi. Postać w białej, pełnej masce budziła respekt i strach jednocześnie.
Ciało mężczyzny przysłaniała czarna toga sięgająca do kolan, umięśnione nogi okryte były sandałami.
Reszta mężczyzn w ciszy czekała na znak.
– Nadszedł czas – powiedział, unosząc w dłoni szlauch zakończony polewaczką. Pozostali błyskawicznie nałożyli maski na twarze. Ktoś odkręcił kurek… Strumień zimnej wody pod wysokim ciśnieniem uderzył w ciało kobiety, która z krzykiem się ocknęła.