Czuć już było wiosnę w powietrzu. Młode listki pojawiły się na gałązkach drzew i krzaków, miejscami swym kolorem zwracały uwagę na siebie kwitnące niezapominajki.

Szczelnie owinięty kocykiem królik siedział na fotelu w norce. Zapatrzony w falującą na wietrze firankę, siedział i popijał herbatę z białej, porcelanowej filiżanki.

Wstał gwałtownie nadal nie odrywając wzroku od kawałka podskakującego materiału. Kocyk delikatnie zsunął się z jego grzbietu.

– Już czas – szepnął.

****

– Nosi królika – stwierdził Rokita, patrząc jak króliczek skacze od grządki do grządki. Tam szarpiąc się z dziko rosnącym chwastem, tam dziobiąc w ziemi grabkami.
– Tyle pracy, tyle roboty, a czasu tak mało. Marchew trza posiać, pielić, grządki skopać…
– Ug. Bateryjkę pod ogonek i kopać królik będzie z werwą, bo Duracelek, albo dwa w dupce – łapę wsadził w futro, kilka ołowianych kulek bokiem wypadło. – Masz – wyszczerzył kły. – Mało używane.
Królik w szoku ze zniesmaczoną miną przekrzywił łepek, otworzył oczy szeroko, w których coś błysnęło.
– Masz! – rzucił w rokitę plastikowymi grabkami. – Piel! – zażądał.
Nie dominuj królik! (Specjalne pozdrowienia dla tffurcy tego tekstu) Ug, ug – skrzywił się. Stał chwilę patrząc na grabki.
– Ug! – zaczął, schylając się po narzędzie. – Nosi królika. Ug, ug. Królik wścieka… Zje co może, bo gwiazdorzy. Królik głodny nie jest sobą – rzucił króliczkowi snickersa, bo w sumie to go nawet lubił, ale szkoda byłoby marnować to ciasto z marchewek.