Drzwi skrzypnęły otwierając się na oścież, Rudy królewicz wszedł na swoje włości. Wstałam nieco zirytowana i przymknęłam drzwi. Rudzielec patrzył bursztynowymi oczami wyczekując jakiegoś epitetu rzuconego pod jego adresem, cicho miauknął. Nie doczekał się, bo moje myśli skupione były wokół zupełnie czegoś innego.

****

Wróciłam do domu. Ogarnęłam się, spakowałam i siedzę, klikam coś w internetach.
– Już nie gryziesz – napisała. Uśmiechnęłam się półgębkiem. Zaczynałam doceniać to, że poszła ze mną, bo przecież nie musiała i mimo mojego ogromnego sprzeciwu, uparła się i poszła.
– Tak tylko teraz ślina mi bokiem wycieka.
– Mrrr.
Ustaliłyśmy godzinę spotkania. Mój partner miał dojechać na szesnastą, a ja dopiłam kawę i pojechałam pomagać robić sushi na wieczór.

Rolka, za rolką robiły się w zasadzie same, lekko w szoku podziwiałam zdolności kulinarno sprawnościowe Lady.

Godzina po godzinie mijały przybliżając mnie do momentu, na który czekałam, a mimo to nie odczuwałam stresu związanego z planowanymi igłami. Dopiero jakoś koło 15.30 zaczynałam czuć lekkie mrowienie i niepokój. Niby to nic specjalnego w porównaniu z tym co czułam rano, ale jednak jakaś niewiadoma się pojawiała, bo przecież miałam poczuć coś czego nie znałam, a na co przygotowywałam się od bardzo długiego czasu.

Moja druga połówka objawiła się w drzwiach.
– Kawy? Herbaty? – zapytała go.
– Herbaty poproszę.
Zebrałam tyłek i poszłam zrobić tę herbatę. Wróciłam, usiadłam przy stole i lepiłam kulki z czegoś białego, po skończeniu ich ściągnęłam z siebie ciuchy zostając w samych majtkach. Ległam jak długa na wyznaczonym miejscu do zabaw. Nawet podusię dostałam!
– Teraz będę leżeć i pachnieć, a skrzydła same się zrobią – pomyślałam, żartując sobie w myślach. Byłam podekscytowana i odrobinę niepewna tego co zaraz przyjdzie mi doświadczyć.

– Nie ruszaj się – usłyszałam i zamarłam w jednej chwili, starając się nawet nie poruszać żebrami podczas oddychania. Czułam jak rysuje po mojej skórze, jak przesuwa linijkę w milczeniu. Skupiona. Siedziałam cicho aby Jej nie rozproszyć.
Miałam jako takie wyobrażenie o poziomie bólu, który mnie czekał, bo przecież nie jedno miejsce w ciele miałam przekuwane. Jeszcze nie wiedziałam jak bardzo moje wyobrażenie różnić się będzie od rzeczywistości…

W pierwszej kolejności zrobiła kwiatek, płatki nie bolały, jedynie miejsce, w którym wbijała igły powodowało, że było to nieco bardziej odczuwalne niż normalnie, przykładowo w innym miejscu, ale to pozytywne, ot taki egzemplarz. Igły o średnicy 0,4 mm, jedna po drugiej przebijały skórę.
– Normalnie pewnie bym ich nawet nie poczuła – pomyślałam, mając w pamięci test tą samą grubością na ramieniu. Fale ekstazy, jedna po drugiej zalewały moje ciało. Drżałam, ale byłam spokojna.

Coś się zmieniło. Wkłucie bardziej poczułam, wyjście igły po drugiej stronie znośne ale już nie tak przyjemne jak poprzednie, drugie wkłucie – pisnęłam, drugie wyjście – wrzasnęłam.
– Auu – zawyłam, gdy poczułam, że oderwała ręce od mojej skóry.
– Masz swoje zielone igiełki.

Ach tak… Pewnego dnia poczułam pragnienie. Weszłam do apteki i po prostu kupiłam zielone igły. Pięćdziesiąt jasno zielonych końcówek, potem uznałam, że dwukolorowe będą fajne i dokupiłam drugą pięćdziesiątkę tyle, że z ciemniejszym zakończeniem. Jakże byłam naiwna sądząc, że to na później… No dobra. W pierwszej chwili pomyślałam, że ładnie będą się komponowały z zielenią piór i wstążki. W drugiej, że co tam 0,2 mm różnicy wielkiej nie zrobią, więc dam radę.
Uhm, dałam. Darłam się, ale dałam radę. Dobrze, że były tylko trzy.

– Nie… – miauknęłam w poduszkę w momencie kiedy wbijała drugą z trzech zielonych igieł.
– Jeszcze jedna.
Zacisnęłam zęby. – Dam radę – powtarzałam sobie. – Dam radę. Ja nie dam rady? A patrz! – powtarzałam.

– Teraz skrzydła. Nie ruszaj się – powiedziała, siadając po mojej prawej stronie. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić kiedy to fale frajdy zalewają ciało i zmysły, a z każdą kolejną musiała przerywać, bo mną trzęsło.
Pierwsza, druga… Dziewiętnasta, dwudziesta… Po dwudziestej miałam kryzys. Znałam ból przekłucia skóry, ale nie takie jedno obok drugiego i nie takie na „dwa razy”. Skóra robi się bardziej wrażliwa na dotyk, bardziej wrażliwa na bodźce bólowe, a im niżej (więcej) w linii tym gorzej… Byłam bliska powiedzenia dość. Komuś innemu powiedziałabym to z pewnością i łatwością, komuś innemu pewnie w ogóle bym nie pozwoliła wbić nawet jednej… Zbliżyć się z tym ustrojstwem nawet do mnie bym nie pozwoliła… Ale ja chciałam igieł, od dawna chciałam skrzydła… A gdy się poznałyśmy to była z pierwszych rzeczy z jakiej się zwierzyłam.

Zawzięłam się.
– Jeszcze trzy z tej strony – powiedziała spokojnie.
Szarpnęłam się.
– Dość, zrobię tylko skrzydła.
Odetchnęłam w duchu. Nie dałabym rady wytrzymać jeszcze dołu pod gorset. Po raz pierwszy popłynęły mi łzy. Poczułam się bezsilna, poczułam, że porwałam się na coś czemu nie podołam.
– Cierp ciało co żeś chciało – pomyślałam. Znów zacisnęłam zęby. Znów pojawił się upór.

Zmiana strony dała chwilę wytchnienia. Teoria o wysokości kłucia i zmęczonej skórze potwierdziła się. Pierwsze igły po lewej poszły bezstresowo i prawie bez bólu, za to z dużą frajdą dla mnie.
Drugi kryzys miałam na trzy przed końcem. Dużo nie brakowało, a powiedziałabym gdzie mam te skrzydełka i te igiełki… Chwila odpoczynku, kilka krótkich zdań i jedna igła po drugiej, a po drugiej trzecia wylądowały w moim ciele. Jakoś dałam radę, ale bez wrzasków się nie obyło. Gdy tylko skończyła… Zalała mnie fala wrażeń w odczuciu zupełnie inna chociaż podobna do tej, którą znam i która również płynie w chwili zadawanego mi bólu.

Ruszać się mogłam, nawet wstać bym mogła. Nie czułam nic gdy piórka lądowały w końcówkach igieł.

Mimo to zadowolona nie byłam. Miałam żal do siebie, że wiłam się z bólu, miałam poczucie, że nie dałam z siebie tyle ile faktycznie potrafię w innych okolicznościach. Trochę mi było głupio, trochę byłam zła na siebie… Trochę żałowałam, że nie wystarczyło mi siły aby osiągnąć to czego chciałam…

Ale dziś, po kilku dniach przemyśleń doszłam do wniosku, że niby na igły i ból z nimi związany byłam przygotowana, ale nie do końca taki, bo nie wzięłam pod uwagę jego narastania…

I co ważniejsze, w większym stopniu nastawiłam się na ból, ale innego rodzaju. Bo jest jeden taki ból, który jest dla mnie totalnym hardcorem i jest zdecydowanie nie do zniesienia.
To ból zęba i randka z dentystą.

A poezją i wielką przyjemnością było czucie wysuwających się igieł ze skóry i to delikatne ciepło.
Mimo to, wydaje mi się, że szybko nie zdecyduję się na powtórkę, chociaż w głowie już mam pomysł na sukienkę. Kiedyś znów obrosnę w piórka.