Oparła się ramieniem o framugę, czekała aż Jaśnie Wielmożny Pan i Władca zaszczyci ją swoją obecnością w domu.
Wypuściła leniwie dym z ust, a nadmiar popiołu strząsnęła do popielniczki, którą trzymała w lewej dłoni.

Uśmiechnęła się, słysząc otwierane drzwi. Skrzyżowała nogi.
Mężczyzna wszedł do mieszkania, delikatnie zamknął za sobą drzwi. Stał chwilę w swojej grubej, puchowej kurtce. Zmierzył ją wzrokiem od stóp aż po sam czubek głowy.

Tupiący kapeć z jakiegoś futro-podobnego tworzywa, rytmicznie uderzał w panel swoimi pazurami. Wyciągnięte dresowe spodnie ukrywały kształt nóg, jeszcze bardziej rozciągnięty sweter burzył pojęcie estetyki i kobiecego piękna.

Już, już chciał skomentować jej wygląd, ale spojrzał jej w oczy. Zmrużone powieki i lekko zmarszczony nosek dawały jasno do zrozumienia, że zachwycona spóźnieniem nie była.

– Woda wrze, woda płonie – pomyślał, stojąc i czekając na to co powie lub czego zażąda.
– Długo kazałeś na siebie czekać – rzuciła, wrednie się uśmiechając.
– Posypało się… I musiałem zostać dłużej.
– Ach, rozumiem. Czy twój telefon też się posypał?
– Yyy… – mruknął pod nosem. Zmieszany faktem, że nie pomyślał o tym żeby ją poinformować że sprawa się przeciągnie. – Przepraszam – wyszeptał, wieszając kurtkę na drewnianym bolcu wiszącego wieszaka.

Patrzyła tym swoim dziwnym spojrzeniem, wdzierała się w najmroczniejszy zakamarek jego duszy. Obserwowała każdy jego ruch, każdy gest, rejestrowała w pamięci każdą zmianę na jego twarzy.

****

– Daj ręce – powiedziała słodko.
– Będziesz się bawić ze mną w dresie?
– Będę się bawić tobą… – zamrugała zalotnie. – W dresie – po chwili dokończyła. Czy to jakiś problem? – zapytała przekładając jeden koniec liny nad innym jej fragmentem.
– Zapytałem tylko. Po prostu lubię jak masz coś… – gestem nakazała zamilknąć.
– Czy ty wiesz co JA lubię? Och! Nie odpowiadaj – zacisnęła supeł. Z wyrazem twarzy niewinnego dziecka, spojrzała na sufit.
– Nigdy nie używałam haków w suficie. Czas to zmienić – klasnęła w dłonie jak małe dziecko, któremu właśnie przyszedł genialny pomysł na psotę.
– Nie wiem czy to dobry pomysł.
– Ale ja wiem – przerzuciła końcówkę liny przez hak, przeciągnęła sznur przez pętlę przy nadgarstkach i pociągnęła. Jego przedramiona poderwały się. Sprawdziła jeszcze ułożenie oplotu przy jego skórze, upewniła się, że pętla się nie zaciśnie jeśli szarpnie.
Takie same supełki zrobiła przy stopach jednak tych nie związała razem. Ustawiła go w lekkim rozkroku, a końce lin przymocowała do mebli po obu stronach pokoju.

– Sa-dy-stka – wysapał urywanym oddechem, gubiąc od razu jedność słowa.
– Ja?
– Tak.

Zaśmiała się. Wstała z podłogi i sięgnęła po niewielkie pudełko, położyła je na widoku, tuż przed jego twarzą, podeszła do komody, z których wyciągnęła dwa baty, podśpiewując przy tym jakąś radosną melodię przypominającą szła dzieweczka do laseczka.
– Mam coś jeszcze dla ciebie.
Przechyliła głowę. Podeszła do szafy, otworzyła drzwi. Pogrzebała chwilę, wyciągnęła z zakamarków materiałową siatkę.
– Mam dla ciebie pozdrowienia – mówiąc to wyciągnęła z torby plecioną nahajkę.
Wiedział od kogo są pozdrowienia, nie sposób było się pomylić. Szarpnął w akcie desperacji za linę, ale mógł tylko zakołysać biodrami.