Kiedyś zastanawiałam się co jest fajnego w sznurkach. Kiedyś nawet łaskawie dałam się komuś związać i ku mojemu wielkiemu niezadowoleniu odkryłam wtedy, że jeden sprawny ruch nadgarstka i lina ustępowała. Znów miałam wolne ręce.
Pamiętam, że wtedy nie zrobiło to na mnie najmniejszego wrażenia. To były czasy gdy namiętnie przeglądałam zdjęcia z uchwyconymi emocjami na twarzy, zdjęcia gdzie głównym bohaterem była lina…

Pewnego dnia sama o to poprosiłam. Byłam po prostu ciekawa. Ogromnym zaskoczeniem było dla mnie to, że nie mogłam poruszyć rękoma. Związała mnie inaczej, inną liną. Czułam zapach juty, czułam jak wrzyna się w ciało. Oswajałam się wtedy z tym uczuciem. Pamiętam jak pewnego ciepłego wieczoru…
– Chodź, on cię zwiąże – zaproponowała.
– Nie, nie chcę – odpowiedziałam odruchowo.
– To chodź ja cię zwiążę – uśmiechnęła się.
– Ok – wstałam z ławki i poszłam za Nią. Zabawne, bo wtedy nie byłam jeszcze Jej.

Gdy mnie wiązała i na chwilę oderwała ręce ode mnie, małymi kroczkami Jej uciekałam. Uciekałam nie dlatego, że nie chciałam, ale dlatego żeby było śmiesznie. Miło wspominam tamten dzień.

Uczucie unieruchomienia, pogłębienie płaszczyzny doznań, pogłębienie oddania i poddanie się temu co za chwilę nastąpi to tak naprawdę wierzchołek góry lodowej i zarazem początek drogi do poznania czym to właściwie jest.

Dziś odkryłam w linach coś więcej. Może dla jednych czy drugich wyda się to zbyt głębokie, zbyt śmieszne, czy żałosne, ale szczerze mówiąc mam to w poważaniu. To moje odczucia i mam do nich prawo. Po prostu mi się należą jak przysłowiowej suce zupa*.

Lina ma duszę, liny opowiadają historię. Kładzione na ciele jednoczą się z nim, to nowa jedność i za każdym razem nowa historia, która właśnie jest opowiadana przez osobę wiążącą oraz wiązaną.
To jest piękne jeśli potrafimy słuchać lin.
Historia tkwi w szczegółach, każde szarpnięcie, każda ścieżka, którą podąża włochata opowieść, każde westchnienie… Każda emocja… Piękno odczuwania lin w czystej postaci.

Mówi się, że pierwsze razy pamięta się do końca życia. Mój pierwszy raz był w chwili gdy Ona spełniając moją prośbę dała mi poczuć linę bezpośrednio na skórze. Mało pamiętam, niewiele do mnie docierało wtedy z otoczenia. Prowadziła mnie lina, prowadziła mnie Ona.
Później już nie miało to dla mnie znaczenia czy miałam coś na sobie czy też nie… Ważne, że słuchałam opowieść Wiążącej mnie i oplatającej liny.

Paradoksalnie związanie daje wolność o ile ulegniesz temu i wsłuchasz się w swoją opowieść.

* Oryginalne powiedzenie brzmi: należy się jak psu zupa.