Szelest pościeli sprawił, że lekko się przebudziłam. Kot miauknął radośnie witając nowy dzień i wskakując na poręcz kanapy zajął strategiczną pozycję, wpatrując się we mnie swoimi wielkimi zielonymi oczami.
Zawieszona między jawą a snem czułam delikatną dłoń, która głaskała mnie po głowie. Jej smukłe palce zatapiały się w burzy włosów rozrzuconych na poduszce. Chciałam się odwrócić, wtulić… Ale zamiast tego otworzyłam oczy. Sen się skończył, czas stawić czoła szarej codzienności.

– Czas zacząć walkę z patelnią – pomyślałam. – To co? Śniadanie? – zapytałam. Byłam w zasadzie pewna, że zaraz i tak usłyszę, że jest głodna. Co prawda ja i moje poczynania w kuchni wymagają dodatkowej polisy na zdrowie oraz ubezpieczenia mienia, ale co tam.
– I gorącą herbatę.
Wstałam, lekko się ociągając, podciągnęłam spodnie od piżamy wysoko, przeciągnęłam się, a stopy schowałam w różowe kapcie z uszkami króliczka.
O jajecznicy słyszałam na długo przed piątkiem i to dużo słyszałam, więc taktykę miałam opracowaną.
Zimno gryzło ciało okryte cienką piżamą do takiego stopnia, że mnie samej zachciało się czegoś ciepłego.
Nalałam wody do czajnika, przygotowałam kubki. Otworzyłam lodówkę, sięgnęłam po jajka i wszystkie wcześniej wskazane przez Nią produkty, położyłam twarde jak kamień masło na blacie. Wzięłam kilka kromek chleba z chlebaka, przypominając sobie opowiadanie o jajecznicy i kolejności działań. Ponarzekałam sobie na twardość masła i przeklinając je we wszystkie możliwe sposoby i na wszystkie diabły, skrobałam je modląc się w myśli aby kromki wytrzymały kontakt z nożem i masłem. Nikt nie lubi ponadrywanych kawałków chleba z masłem… W ogóle jak to wygląda? Brrr.
Zabrałam się za boczek.
– Ale cały mam zużyć? – wolałam zapytać, bo było go sporo. Skroiłabym cały nie pytając i co? Kara pewna, a do pracy trza było iść w przysłowiowym jednym kawałku.
– Pół.
– Och jak dobrze, że zapytałam – pomyślałam oddzielając cienkie plasterki i kładąc je pod nóż na desce.
– Pięć pomidorków – zastanawiałam się. – Tak mówiła o pięciu… A co z tym zielonym? Nie. o kaparach nic nie mówiła. A skoro nie mówiła to lepiej żeby zostały w pojemniczku.
I tak z wątpliwościami dotyczącymi kaparów się pożegnałam.
– Patelnia. Po pierogach, trza umyć – stwierdziłam, łapiąc w pośpiechu za rączkę patelni i porywając ją pod strumień ciepłej wody. Umyta, ale mokra…
– Eeee, wycierać mi się jej nie chce – rzuciłam pod nosem. Usłyszałam drzwi od łazienki. – Wstała – trza się pospieszyć. Podpaliłam gaz, postawiłam patelnię. Olśniło mnie. Boczek! Odwróciłam się, kot już był blisko. Odgoniłam kota od boczku i pomidorów. Odlałam ciupkę oliwy z pomidorów tak jak chciała. Dziwne, że zapamiętałam… Wrzuciłam boczek. Włączyłam ponownie wodę, bo zdążyła ostygnąć.
Rozbijałam jajko po jajku, wymieszałam w kubku – tak, tak. Co wspominała, że mam tak zrobić.
Dorzuciłam na patelnię pomidory. Czajnik pstryknął. Zalałam kubki. Dla Niej herbata, koniecznie w dużym kubku, a skoro w dużym to trzy łyżeczki cukru. Sobie zrobiłam kawę z mlekiem.
Zapach boczku już wypełnił kuchnię. Doprawiłam wybełtane jajka solą i pieprzem. Wlałam na patelnię, zmniejszyłam ogień. Dziubałam łyżką, mieszałam w żółto białej masie.
– Nie lubi ściętej – przypominałam sobie co mówiła na temat jajecznicy.
– Cholera, to takie względne – patrzyłam na jajka.
– Głodna jestem – usłyszałam.
– To mi na zupę wygląda, a nie na jajecznicę…
Na moje oko to coś na patelni było niewątpliwie już jajecznicą… Ale, jak na mój gust za mało ściętą.
Przyszła, już stała obok mnie, patrzy na moje arcydzieło.
– Za mało ścięte.
– Lepiej za mało niż za dużo – pomyślałam sobie.
Włączyła gaz, który wcześniej wyłączyłam. Potrzymała ją jeszcze chwilę na ogniu… I w sumie ta wersja jajecznicy, którą Ona nazywa nieściętą dla mnie była ścięta… Co prawda nie była, aż tak ścięta jaką ja lubię, ale jakie to miało w tej chwili znaczenie? To tylko kwestia definicji. Grunt, że chlebem zajęłam się przed smażeniem jajecznicy i że wszystko było gotowe w komplecie.
Następnym razem będę wiedziała jak długo robić jajka aby trafiały w gust kulinarny Lady.