Liście drzew powoli pokrywały się kolorami nowej pory roku.
– Jesień idzie – powiedział króliczek, obserwując zachodzące słońce, znikające za lasem wieżowców miejskiej dżungli.
– Przyniosłem ci kocyk – dobiegło zza jego grzbietu. – Pomyślałem, że może będziesz potrzebować odrobiny ciepła.
Myśliwy okrył króliczka małym kocykiem.
– Króliczku, dlaczego płaczesz? – zapytał myśliwy.
Króliczek nastroszył futerko i zaczął jeszcze głośniej zawodzić.
– Bo wiesz… – urwał nagle, zrzucając kamyk ze skarpy, na której siedzieli. – Bo wiesz nie chciałbym, abyś pomyślał, że… – znów urwał. – Widzisz, nawet ciężko jest mi to powiedzieć.
– Powiedz wprost.

– To nie jest takie proste. Jestem tchórzem.
Myśliwy milczał, czekając aż króliczek w końcu powie.
– Nie chciałbym – podjął znów. – Żebyś pomyślał, że traktuję cię jak wypełnienie miejsca po kimś innym. Nie chciałbym abyś myślał, że… Kurwa.
– Nie przeklinaj. Króliczkom to nie pasuje.
Króliczek nastroszył futerko i fuknął pod nosem.
– Nie i nie, zrozum, że nie jest to takie proste na jakie wygląda.
Poprawił koc na grzbiecie, który się nieco zsunął.
– Nie chciałbym sprawiać kłopotu. Nie chciałbym… – urwał zanosząc się płaczem.
– Dlaczego płaczesz?
– Bo ty nawet nie wiesz – wciągnął gila nosem, przerywając na chwilę swoje łkanie. – Bo Ty nie zdajesz sobie sprawy z tego jak bardzo ja bym chciał być twój – głos ugrzązł króliczkowi w gardle.
Myśliwy milczał przez chwilę.
– I nawet się nie domyślasz ile mnie kosztowało to wyznanie – wpatrywał się w promienie słońca znikające w gęstwinie wieżowców.
– Zimno się robi – powiedział myśliwy, poprawiając na króliczku zielony kocyk, uśmiechając się przy okazji do niego. – Wiesz króliczku? Czasami nie potrzeba słów by wiedzieć, czasami nie potrzeba oczu by czuć, ale miło jest usłyszeć potwierdzenie tego, co już się przeczuwało.
Króliczek wgramolił się na kolana myśliwego i dalej w milczeniu podziwiali piękno otaczającego ich świata.