Cisza i mrok panowały w bloku jednej z wielkomiejskich dzielnic. Ulica, przy której mieszkała była pogrążona w głębokim śnie, osiedla takie jak te nazywano sypialniami, ponieważ zawsze znajdowały się na obrzeżach dużych miast.
Karetka jadąc i wyjąc wniebogłosy wyrywała uliczkę z letargu, kolejno blok po bloku, a w oknach mieszkań zapalały się światła. Ciekawscy ludzie zerkali zza firanek żądni nowej, osiedlowej sensacji.
Pojazd zatrzymał się przed jedną z klatek, syrena ucichła w końcu i już tylko wirujący niebiesko-czerwony kogut zalewał uliczkę swym blaskiem.
– To tu – powiedział wysoki, barczysty mężczyzna do drugiego nieco niższego, ale za to przystojniejszego.
Ten drugi bez słowa chwycił za duży, czerwony plecak i pobiegł po schodach do drzwi wejściowych.
Obaj wbiegli na klatkę schodową i przeskakując stopnie, wdrapywali się na kolejne piętra.

Barczysty zapukał, ale nikt nie otworzył, niższy naparł barkiem na drewniane drzwi, które z hukiem ustąpiły jego sile.

– Otwarte było – wyszeptała dziewczyna, osuwając się lekko na nogach. Kolana miała jak z waty, a jej ciało zdecydowanie odmawiało współpracy. Widok dwóch facetów ubranych w zielone fartuchy z groźnymi minami, robił konkretne wrażenie.

Stała przy oknie, kurczowo trzymając się parapetu. Wystraszona przebiegiem akcji trzęsła się jakby z zimna, a spod prześwitującej koszuli nocnej widać było jej sztywne sutki i zarys reszty ciała. Patrzyła na nich z przerażeniem w oczach, ledwo stojąc na nogach odpowiadała mu samymi półsłówkami na pytania, które zadawał.
Drugi w tym czasie przyglądał się dziewczynie, mierzył to i tamto, oglądał, dotykał, opukiwał… Sprawdził nawet stan jej uzębienia.
– Bierzemy – powiedział ten przystojniejszy i złapał dziewcze pod ramię. Ta cała blada, ledwo trzymała się na nogach, przelewała się przez ręce mężczyzny.
– Trzymaj pion, na ręce nie zamierzamy cię brać – warknął wyższy.

****

– Co się dzieje? Czego oni ode mnie chcą? – i tego typu pytania pojawiały się co chwila w mojej głowie. Trzymali mnie obaj tak mocno, że nie miałam możliwości wyślizgnięcia się spod ich łap. Kątem oka zaobserwowałam ruch w korytarzu na drugim piętrze. Dotarło do mnie, że zostawili otwarte mieszkanie.
Chciałam się zatrzymać i powiedzieć coś, ale mężczyzna zacisnął dłoń nad moim łokciem, a jego palce trafiły bezbłędnie pomiędzy mięśnie powodując niewyobrażalny ból. Zakręciło mi się w głowie, zabrakło powietrza w płucach i już leciałam z nóg osuwając się na zimne kamienne schody gdy ten drugi, silną ręką podtrzymał mnie w pasie.

Przestałam z nimi walczyć.
Wyszliśmy z klatki na świeże, chłodne powietrze, któryś z nich zarzucił mi koc na ramiona.
Wyższy szarpnął za klamkę i drzwi karetki otworzyły się z furkotem. Sterylny zapach uderzył mnie w twarz, zemdliło mnie, zanosiło się na to, że zwymiotuję, ale mężczyzna, który stał po mojej prawej nic sobie z tego nie robiąc, wepchnął mnie do ciemnego wnętrza erki. Delikatna, czerwona poświata w całym tym półmroku ukazywała kontury dziwnych rzeczy, które z pewnością nie znajdowały się na wyposażeniu takiego samochodu.

– Po co im to? Do czego to służy? – bałam się zapytać.
– Połóż się – powiedział niższy.
Położyłam się bez słowa.
Mężczyzna zapiął ciasno parciane pasy. Wrzynały się, były niewygodne i powodowały dziwne odczucie.
Zaświecił jaskrawą lampką po oczach, włożył do ust palec i przesunął po dziąśle. Klepnął delikatnie w policzek i dużo mocniej w udo tak, że zostawił palący ślad na skórze. Wrzasnęłam wystraszona i zaskoczona jego działaniem. Wepchnął dłoń między uda.
– Proszę nie rób mi krzywdy – szepnęłam.
– Jedziemy – powiedział do kolegów. – Ona nadaję się do ośrodka.
Szarpnęłam się, ale paski trzymały skutecznie moje ciało, wykluczając jakikolwiek ruch.
Mężczyzna zacmokał niezadowolony, sięgnął do półki po szklany flakonik, puknął paznokciem. W drugiej dłoni trzymał strzykawkę, nabrał płyn i spojrzał na szarpiącą się panicznie kobietę.
– To cię uspokoi.
Czułam jak powieki robiły się ciężkie, czułam jak opuszczała mnie wszelka wola walki. Zrobiło mi się wszystko jedno, przestało mnie obchodzić gdzie i po co mnie wiozą, wpatrywałam się tylko w czerwoną poświatę w całym tym półmroku ukazującą kontury dziwnych rzeczy, które z pewnością nie znajdowały się na wyposażeniu takiego samochodu.
Słysząc przyciszoną, ale ożywioną rozmowę między mężczyznami, zasypiałam powoli, odrywana od rzeczywistości.

– Pojedziemy do ośrodka na Górną… Bo tam… Na pewno… Masz rację… Ale… – docierały do mnie jeszcze strzępki zdań zanim na dobre zanurzyłam się w błogiej ciszy.

****

– Ej! Jesteśmy na miejscu – obudziło mnie mało delikatne szarpanie wyższego z mężczyzn. Odpiął mnie od leżanki i posadził, zaświecił długopisem po oczach. Odwróciłam głowę z oburzeniem i wyrzutem, rzuciłam pod nosem niecenzuralnym słowem.
– Ucieszą się, ma światłowstręt.
– Ekstra – pomyślałam – Ale kto się ucieszy?
– Chodź, wychodzimy. Koniec przejażdżki – szarpnął mnie za rękę.

W dalszym ciągu nogi odmawiały współpracy ze mną. Chwiałam się, jakbym była pijana.
Otworzyły się drzwi z cichym szumem, wprowadzili mnie do zalanego jaskrawym światłem holu. Przymrużyłam oczy chowając je pod grzywką, ze spuszczoną głową stałam trzymając się ściany.

Niższy mężczyzna zabrał mi koc.
– To powodzenia mała – szepnął i uszczypnął mnie w pośladek.
Po chwili zostawili mnie samą w wielkiej poczekalni.
– Może zwiać? E… Nie, jest środek nocy, a ja i tak nie wiem gdzie jestem. Poza tym spacer w samej koszuli w środku nocy po mieście nie jest dobrym pomysłem – próbowałam zaleźć rozwiązanie, wyplątać się jakoś z zawiłości sytuacji w jakiej się znalazłam.
– Oj! – podskoczyłam, gdy pielęgniarka złapała mnie za przedramię. Gwałtownie się odwróciłam, przede mną stała starsza kobieta, lekko przygarbiona, kołysząc biodrami już prowadziła mnie do gabinetu.
Gestem wskazała drewniane krzesło. Usiadłam na nim, a ona przeglądała notatki mężczyzn z karetki co chwila na mnie zerkając.

– Witaj w ośrodku badawczym na Górnej – powiedziała, wchodząc do gabinetu szczupła, wysoka i do tego wszystkiego cholernie zgrabna blondynka. Podeszła do mnie i uniosła brodę ku górze, obejrzała twarz z każdej strony.
– Otwórz usta.
Poczułam się jak jakiś koń na targu.

****

Monolog blondynki trochę trwał, mówiła coś o zasadach panujących w ośrodku.
– Chore! To jest chore – myślałam.
Rozglądałam się w popłochu po sali, na której mnie zostawiono, widziałam jak za drzwiami Pani doktor rozmawiała z pielęgniarką.
Gabinet wyglądał normalnie, tak jak na gabinet lekarski przystało. W rogu stało jakieś biurko, po lewej był fotel taki wielofunkcyjny, wyglądał strasznie. Kilka przeszklonych szaf z pojemnikami, ampułkami i tabletkami w pudełkach.

– Usiądź na fotelu – powiedziała starsza kobieta.
Popatrzyłam na fotel i ociągając się zajęłam wskazane przez nią miejsce.
Szeroką taśmą z rzepem przytwierdziła mi ręce wykręcając je wnętrzem do góry.
– No jak tam żyłki? O jak u starej narkomanki, wszystko na wierzchu – uśmiechała się lubieżnie.
Obserwowałam co robi.
Wyciągnęła z kartonowego pudełeczka kilka igieł całkiem sporych jak na moje oko. Dłonie odruchowo zaczęły mi się trząść, przebierałam palcami aby nie widziała, że się boje.
Otworzyła szafkę nad głową, ledwo dosięgając do kartonu wyciągnęła z niego parę białych, lateksowych rękawiczek. Otworzyłam szerzej oczy gdy stara piguła obróciła w moją stronę. Patrzyłam raz na jej twarz, a raz na jej trzęsące się ręce.
– No spokojnie malutka – mówiła, psiukając czymś co miało alkoholowy zapach. Zakręciło mi się w głowie. Poczułam jak łapie mnie zimna fala strachu.
Kobieta zbliżyła dłoń z igłą do mojego przedramienia, lekkie drapnięcie, trochę za szczypało, ale wkłucie się nie powiodło.
Rozluźniłam się, od lat nikt mi nie pobierał krwi to i nie pamiętałam tego uczucia.
Kolejne podejście, prześlizgująca się chłodna igła po skórze, lekkie ukłucie strachu, szczypanie naruszonej tkanki i cholernie ciepły dreszcz.
Niestety staruszka uznała, że wkłucie jest złe i zakomunikowała, że będzie to robiła dopóki się nie uda.

Za dziewiątym podejściem udało się. Liczne małe, czerwone ranki pulsowały dziwnym bólem. Spojrzałam na swoją rękę i w tym momencie z wenflonu trysnęła struga krwi wzbogacając mozaikę plam na jej białym fartuchu. Zemdlałam.