22 czerwca, niedziela

Jeszcze kilka dni temu byłam przekonana, że nic już z tego nie będzie. Wydarzenia ostatniego czasu zmusiły mnie do nabrania dystansu i powiedzenia sobie czegoś co przyjemne nie było.
– Do trzech razy sztuka – powtarzałam w myślach, bo doszłam do wniosku, że kształt tego czego chciałam nie pokrywał się z tym co miałam w rękach i to aż do takiego stopnia, że wolałabym odejść niż znów czekać. Ja nie lubię czekać, za to uwielbiam dostawać to czego chcę tu i teraz, natychmiast, bo taka jest moja natura. Byłam więc zdolna do takich drastycznych kroków, a ponieważ nie chciałam znów się zawieść… Obrałam taktykę „co ma być to będzie” i dobrze mi z tym było.

Jednak w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że zmiana podejścia i zobojętnienie na to co się działo, prowadziło również do innych ciekawych wniosków. Nie byłam pewna, czy po takim czasie będę odczuwała pragnienie, mimo że byłam głodna. Pytanie było tylko takie, czy dałabym się nakarmić właśnie z tej konkretnej ręki?

– Przyjdzie to przyjdzie, nie przyjdzie to Jego strata – myślałam.
Nastawienie miałam wybitnie olewcze, przez pół dnia opieprzałam się przy kompie oglądając film i skacząc po stronach. Jednak w chwili gdy moja druga połowa dostał sms’a z potwierdzeniem, że oto mój Dręczyciel już się wybrał i jest właśnie w drodze, padł na mnie blady strach. Uświadomiłam sobie, że za niespełna godzinę dostanę na talerzu ładnie przybrane tłuczone mięsko w odpowiedzi na swoje wcześniejsze pytania.
Nie byłam pewna czy, jak i w ogóle się „dam”, ale mimo to zaparłam się i postawiłam, że nie oddam tego bez walki.
– A może nawet wygram i będzie święty spokój – knułam, choć wiedziałam, że zwycięstwo narobiłoby więcej szkód niż pożytku, bo radość z tego byłaby tylko i wyłącznie chwilowa. Potem pojawiłyby się zapewne smutek, żal i jakieś tam poczucie straty i ta przeklęta pustka z dodatkiem wizji wiecznego głodu.

****

Chłop właśnie kończył się moczyć pod prysznicem, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Nie miałam wyjścia i to ja musiałam iść otworzyć te przeklęte drzwi.
– Ładnie wyglądasz – powiedział mierząc mnie spojrzeniem i zapewne sądząc, że tego nie zauważę.
– Dzięki – odpowiedziałam, chociaż wolałabym powiedzieć „wiem”. W końcu wiedziałam jak na facetów działają kiecki w kratkę w komplecie z podkolanówkami.
Zaczęły zjadać mnie nerwy, bałam się konfrontacji po takim czasie, ale i tak byłam nastawiona bojowo.
Nie, nie chcę i nie mam ochoty – to chyba najczęściej wypowiadane oznaki sprzeciwu w ciągu pierwszej godziny naszej randki.

Siedziałam grzecznie gdy moim oczom ukazał się całkiem spory kawałek fioletowego sznurka.
– Sztywne cholerstwo – oceniłam i przygryzłam wargę, byłam ciekawa jak to jest, ale i nie byłam pewna czy akurat chciałabym poznać to uczucie teraz i w tej chwili. Natomiast mój luby dopingował Go oznajmiając z szerokim uśmiechem, że on chętnie popatrzy na szynkę w sznurkach. Spojrzałam na niego z widocznym niezadowoleniem i wyrzutem, bo dziwnym zbiegiem okoliczności mój ukochany facet w towarzystwie mojego Sadysty stawał się krwiożerczą bestią, zdolną do posypania solą moich ran…
– Zobacz jakie fajne – powiedział dotykając mojego ramienia jednym z końców liny.
– Szorstkie, nawet miłe – pomyślałam. – Nie, dziękuję. To nie leży w kręgu moich zainteresowań – odparłam. – Nie łaskocz mnie – dodałam po chwili, a Wredny Jegomość się tylko uśmiechnął.
Walka trwała w najlepsze, a ja obrałam strategicznie bezpieczniejszą lokalizację – przecież w większej odległości mogłam sobie pozwolić na więcej w stosunku do Niego.
– Końcówka A czy Be?
– Zet.
– Oboje wiemy, że lina ma dwa końce. A czy Be?
– Lubisz kupować kota w worku? – mój perwersyjny mózg podsuwał mi więcej zastosowań dla tych dwudziestu metrów sznurka niż to jedno, które było tak oczywiste. Sobie nie ufam w takich sprawach, a co dopiero Jemu…
– Nie.
– No widzisz. Dlatego ja ci nie odpowiem na to pytanie, ponieważ oboje wiemy, że tej liny można użyć nie tylko do związania mojej skromnej osoby.
Ponownie na Jego twarzy zagościł podły uśmiech, a ja pierwszy raz poczułam lęk. Proszę się, cholernie się proszę i jeszcze mam z tego perfidnie wredną frajdę. Zastanawiałam się tylko kiedy podniesie swoją szanowną i albo podejdzie do mnie i sprowadzi do parteru siłą, albo pożegna się i wyjdzie. Nie wiedziałam co byłoby lepsze. Wizja użycia przez Niego odrobiny „przemocy” wobec mnie, abym poczuła chęć, wydawała się absurdalna, bo wiedziałam jak działa na mnie siłowe wymuszenie uległości. Niemniej jednak była to dość smakowita myśl i teraz się zastanawiałam czy czasem nie tego właśnie chciałam i nie do tego prowokowałam, ale On był cholernie opanowany i sprowokować się nie dawał.
– Podejdź do mnie.
– Ani mi się śni.
– Jeden dobry argument.
– To wysoce ryzykowne abym teraz zmieniała swoją lokalizację – zadzierałam nosa. Pewna siebie, pyskata i sarkastyczna na tyle ile tylko było można.
– Jak ja tam pójdę, będzie gorzej.
Roześmiałam się.
– Zapraszam, a nie tylko mnie strasz. Spać w nocy nie będę mogła przez ciebie – pomyślałam, ale zabrakło mi odwagi by powiedzieć to na głos.
– Czekam. Raz, dwa, trzy…
– A licz sobie – parsknęłam z niechęcią. – Ciekawe do ilu potrafisz liczyć – pojawiło się w mojej głowie. Ewidentnie to coś próbowało jeszcze bardziej pogorszyć sytuacje i z pewnością to coś chciało dostać po tyłku lub po pysku – interpretacja dowolna.
– Podejdź do mnie – powtórzył już w taki sposób, że aż zadrżałam. – Trafił cholera, tym swoim pieprzonym uperem i konsekwentnie powtarzanym jednym zdaniem sprawił, że poczułam chęci, poczułam pragnienie, ale strach przed skutkami mojego wcześniejszego zachowania powodował brak reakcji. No sytuacja bez wyjścia trzeba się ruszyć.
– Naważyłaś sobie piwa? To teraz je wypijesz – pomyślałam, podnosząc się z łóżka. Stałam, mimo że wiedziałam czego chciał. Podniósł się łapiąc mnie za włosy, a to rozkoszne uczucie spłynęło po mnie aż do lędźwi. Kątem oka zauważyłam, że miał w ręku bat, motywacja była na tyle silna, że „to” samo się zrobiło i już po chwili grzecznie klęczałam u Jego stóp. To mnie nie uratowało, bo i tak dostałam po tyłku kilka siarczystych klapsów samą dłonią, oczywiście za to bycie wredną, pyskatą i pewnie dla samej zasady.
W jednej chwili odechciało mi się walczyć, jednak wewnątrz mnie wciąż jeszcze trwała trzecia wojna światowa, która skutkowała wahaniami między odczuwaniem uległości, a braku jej czucia i odgrywaniem samej roli.

– Odgarnij włosy.
– Nie… Nie rób mi tego, nie chcę – pewnie nawet nieco zbladłam wypowiadając te słowa. Wiedziałam, że mi nie odpuści. Esteta jeden, który cholernie lubił widok kobiet w obrożach.
W głowie pojawiło się dziwne uczucie, mieszanka ekscytacji, strachu, niepewności i olbrzymiej niechęci do skórzanego paseczka, który trzymał w dłoni i który to nigdy wcześniej nikt przed Nim nie próbował mi go założyć w takiej sytuacji.
Uparty był, cholernie uparty i chyba za to jeszcze Go lubię.
Zimna skóra otarła się o moją własną, doprowadzając mnie tym do szału. To odczucie powodowało ogromną chęć ucieczki. Próbowałam zaakceptować obecność obroży i ponieść się jej odczuwaniu, ale póki co na marne szły moje starania.

Lekcja numer jeden – Symboliczność przedmiotu zależy od tej osoby, która tą rzecz posiada, bo to właśnie ona nadaje jej wartość symboliczną i emocjonalną.

Nie była moja. Traktowałam ją podświadomie tylko jak konieczną ozdobę, nie nadałam jej żadnej wartości emocjonalnej. Walczyłam sama ze sobą…
– Co jest nie tak, że aż tak ci to przeszkadza – zapytał.
– Wkurza mnie, ociera, irytuje, dusi – wymieniałam jednym tchem. Przyjrzał się uważnie, dotknął czarnej skóry.
– Półtora centymetra luzu – stwierdził uśmiechając się. Już Go nienawidziłam za to, że próbował wyciągnąć ze mnie wszystko to co wiedział, bo kiedyś mu o tym pisałam, a czego nie chciałam powiedzieć.
– Nie lubię cię – rzuciłam zrezygnowana.

Jeszcze chwilę się droczył ze mną na jej temat, a po chwili zażądał abym przyniosła uszka.
– Uszy? – powtórzyłam niepewnie. Wiedział, że robiłam aż w końcu nabrał ochoty aby je zobaczyć na mnie. – No dobra – powiedziałam przewracając oczami. Niechętnie wstałam i podeszłam do półki, na której stało metalowe pudełeczko. Wyjęłam uszy i poszłam do lustra z zamiarem umocowania ich za pomocą wsuwek. Po chwili wróciłam z uszami w rękach.
– Zdejmij mi to.
– Jeden dobry argument.
– O bosz… Nie mogę znieść widoku mojego własnego odbicia w lustrze z tym czymś na szyi – dotknęłam obroży opuszkami palców. – Zaraz ją założysz – dodałam, wpatrując się w Niego takim spojrzeniem jak Puszek ze Shreka.

Zadowolona z wyników negocjacji „poszłam i wróciłam” z rudymi, kocimi uszkami przytwierdzonymi do włosów. Nie musiał nic mówić, bo od razu klęknęłam i złapałam za swoje kudły tak by ułatwić mu zapięcie tego ustrojstwa, spełniając tym wcześniej daną Mu obietnicę.
Obecność obroży przestała mi aż tak bardzo przeszkadzać, uszy sprawiały, że zaczynałam myśleć trochę inaczej.

Posadził mnie biedną na pufie, trzymając w dłoni skórzaną smycz, a jej ciężkie zapięcie ciągnęło w dół i dodatkowo upierdliwie irytowało. Łaskawie zadbał o mój komfort twierdząc, że mam się przyzwyczaić. Wspomniał coś o zrastaniu się obroży mentalnej z tą skórzaną. Znów Go nie lubiłam, ale przestałam zwracać uwagę na to co mówił. Syciłam się momentem, w którym zaczynałam czuć, pragnąć i drżeć wewnątrz będąc gotową by zrobić wiele.

Skorygował pozycję, w której tkwiłam. Nie podobało mu się to, że siadałam na zgiętej jednej nodze pod tyłkiem, zafundował mi nawet wykład o szkodliwości siedzenia w taki sposób i oddziaływaniu tego nawyku na kręgosłup.

Rozsunął mi szeroko nogi, zażądał podciągnięcia wyżej spódniczki tak, aby było widać większy kawałek ud. Splotłam ręce za plecami aby mieć większą kontrolę nad własnymi odruchami obronnymi.

Bił, obserwując moje reakcje, a ja uparłam się, że nawet nie drgnę i nie wydam z siebie żadnego dźwięku. Skóra po wewnętrznej stronie już była zaczerwieniona i paliła, a każdy kolejny raz był odczuwalny co raz bardziej. Zaczęłam się zastanawiać czy przypadkiem nie robił tego coraz mocniej. Zaciskałam zęby niesiona ciepłymi dreszczami pojawiającymi się zaraz po uderzeniu, a czasami nawet i wtedy gdy ono nie następowało.
– To chore – pomyślałam.
Uderzył, a ból był nie do zniesienia, zwinęłam się i łkając złapałam za fragment uda jakieś dziesięć centymetrów nad kolanem.

Lekcja numer dwa – odczuwanie przyjemności płynącej z doświadczania bólu zależy od twojego nastawienia. Jeśli zmienisz je w trakcie… To miło nie będzie.

Zauważył zmianę i nastąpiła chwila spokoju.
Moim oczom znów pokazała się fioletowa linka, jej koniec tak śmiesznie podrygiwał. Znów zaczynałam myśleć jak kot i gdy pojawiała się możliwość złapania za dyndającą końcówkę sznurka… Zadziałał odruch.
– Ha! Upolowane – cieszyłam się w myślach.
– Zostaw – powiedział, wyrywając mi to fioletowe cudo z rąk.
– Pewnie pomyślał, że chcę mu zabrać i związać Jego – pomyślałam.
Spodobała mi się ta myśl, On wiedział, że lubię wiązać. No ale przecież ja nie jestem aż tak groźna i niebezpieczna!
Wyobraźnia już wcześniej mi podpowiadała co kot zrobiłby ze sznurkiem…

****

Pokazałam mu niedbale narysowane szare kreski na papierze notatnika, który dostałam od kumpelki.
– No… Całkiem urocze – powiedział. – Ale powinna mieć dłuższe włosy – zawahał się. – I rude. Tak jak ty.
Nie miałam problemu z rysowaniem rudych. Dla mnie rude było, jest i będzie piękne.
Jednak to „tak jak ty” napełniło mnie lekką trwogą. Już się przekonałam, że mam za długi język i powinnam siedzieć cicho, bo mój Oprawca chętnie wykorzystywał moje pomysły.

****

Wiedziałam, że prędzej czy później i tak mnie będzie chciał związać. Nie chciało mi się znów o to walczyć i skoro podjął ponownie próbę…
– A niech ma – pomyślałam. – Będę miła – dokończyłam w myślach podając mu prawą dłoń. Po chwili już jakiś supeł mnie wyprowadzał z równowagi. Po kolejnej już więcej supłów, więcej ocierającego się, szorstkiego i sztucznego tworzywa, wpijającego się w moje ciało doprowadzało do furii. Gdy skończył, toczyła mi się niewidzialna piana z ust, zastanawiałam się czy teraz będąc związana znowu dostanę po skórze czy nie. Ja bym sobie nie odmówiła przyjemności będąc na Jego miejscu.
Powoli godziłam się ze swoją sytuacją, znów to poczułam i mimo tej całej bezradności jakie spowodowało ograniczenie moich ruchów nie wpadłam w panikę, nie bałam się. Trochę mnie to zaskoczyło, bo spodziewałam się aktywnego sprzeciwu, a tymczasem było mi nawet przyjemnie.

Lekcja numer trzy – jeśli komuś ufasz, to strach nie ma aż tak wielkiego znaczenia.

Więzy wrzynały się niemiłosiernie w nadgarstek u lewej ręki. Poruszyłam nim i odkryłam, że spokojnie bym się z tego wyplątała.
– Ciekawe czy się wyplączesz – powiedział, jakby czytając w moich myślach.
– A chcesz się przekonać? – wiedziałam, że pozbyłabym się tych sznurków. Trochę byłam zawiedziona tym odkryciem, no ale co zrobić. On jest ostrożny i powoli oswaja mnie z tym, czy z tamtym, a przecież wiadomo, że pośpiech nie jest wskazany w takich kwestiach.

W rolę szynki do wędzenia wcieliłam się na krótko. Rozwiązana i wpatrująca się w dziwne ślady po linie poszłam sobie, a oni dyskutowali o czymś co mało mnie interesowało. Położyłam się na łóżku, spoglądając jednym okiem na mundialowy mecz i wkrótce zasnęłam z tym czymś na mojej szyi. Nie mam pojęcia ile trwała drzemka, ale obudził mnie Kat. Przykucnął przy ramie i trzymając w ręku trzy groźne elementy mojego wyposażenia, zapytał:
– Na który masz ochotę?
– O no proszę, mam prawo wyboru? – mruknęłam jeszcze śpiąca. Zamknęłam na chwilę oczy. A po ich otwarciu już widziałam zmianę w kolejności narzędzi zbrodni. Wcześniej pierwszy był czarny palcat za nim czerwony, a po prawej znajdował się bambusowy kijek. Teraz on znajdował się w środku.
– Myślę, że chcesz dostać bambusem – odpowiedział za mnie.

Lekcja numer cztery – Dominujący potrafią czytać w myślach. Trzeba ostrożnie formować myśli i „życzenia”, bo mogą się spełnić.

Bambus jest specyficzny, potrafi być przyjemny, ale bywa i nie do wytrzymania. Pierwsze razy jakie otrzymałam od swojego czytającego w myślach Dominującego były przyjemne, ale wraz z narastaniem siły zaczynały uprzykrzać mi życie. Uciekałam więc przed uderzeniami i głośno wyrażałam swój sprzeciw, twierdziłam nawet, że nie jestem masochistką, co spowodowało wielką radość u mojego mężczyzny, który grzecznie obserwował całe zajście.

Jednak w tym momencie nie sprawiało mi to przyjemności. Przypomniałam sobie lekcję numer dwa i spróbowałam zmienić swoje nastawienie. Uklękłam, wsuwając dłonie pod pośladki, których skóra rozgrzana była do czerwoności. Trzy głębokie wdechy i byłam gotowa na nową porcję wrażeń.
Jedno z uderzeń trafiło w dokładnie to samo miejsce, dziesięć centymetrów nad kolanem, zwinęłam się z bólu, targały mną sprzeczne odczucia. Z jednej strony ból powodował, aż zakręcenie się łez w oczach, a z drugiej strony to miejsce promieniowało mrowiącym ciepłem. Znów uciekłam pod ścianę. Potrzebowałam chwili, aby przetrawić to co plątało się we mnie. Pogłaskał mnie po głowie i wszystko to gdzieś znikło, znów czułam, znów chciałam i znów pragnęłam.
– Nie lubię takich skoków – pomyślałam. – Ale mam to na własne życzenie – dokończyłam po chwili.
Moje wewnętrzne JA broniło się wszystkimi kończynami przed Nim. To cena jaką mi przyszło zapłacić za zobojętnienie. Częściowo uśpione pragnienie czasami dochodziło do głosu, ale tłamszone przez sprzeciw równie szybko gasło jak i się budziło.

– Przewiń ją przez kolano – krzyknął z rogu pokoju mój facet.
Miałam dość bólu, ale nie mogę powiedzieć, że nie chciałam tego, bo bym skłamała.
Zawołał mnie. Skuliłam się pod ścianą i przecząco kręcąc głową przylgnęłam do zimnej ściany, coś mi podpowiadało, że to i tak bezsensu.

Lekcja numer pięć – Wszelkiego rodzaju opór jest zbyteczny. Powoduje tylko utratę energii, a jeśli się chce, to i znajdzie się sposób, aby ten opór złamać.

– Trochę sprzeczne, bo przecież łamanie oporu jest takie fajne – pomyślałam. Osobiście odebrałam tę lekcję nieco inaczej. Opór wszelkiego rodzaju w konkretnych momentach jest zbyteczny – z tym się ostatecznie zgodzić mogę.

Zapiął ponownie smycz, pociągnął, a ja się zaparłam rękoma. Przymus i opór spowodował, że przeszył mnie dreszcz.
– Cholera – pomyślałam. – Silny jest.
Już leżałam na Jego kolanach siłą przeciągnięta przez pół łóżka, ze wspartymi dłońmi o podłogę, czekałam na to co było nieuniknione.
Kilka klapsów i moja skóra paliła żywym ogniem.
– Wrażliwa się jakaś zrobiłam, albo On robi to mocniej niż trzy godziny temu – szukałam odpowiedzi i doszłam do wniosku, że obie są poprawne.
Poczułam chłód zimnej puszki na pośladkach. Byłam Mu niewymownie wdzięczna za tę małą ulgę jaką mi dał. Jednak kolejne uderzenie momentalnie podniosło temperaturę skóry.
Miałam dość. Serdecznie dość wszystkiego. Dał mi chwilę odpocząć, stawiając puszkę gdzieś w okolicach krzyża. Pomyślałam, że to może nie jest dla mnie.
– Nie ruszaj się.
Ale ja nie byłam wstanie zapanować nad drżeniem ciała, w zasadzie naga od pasa w dół czułam się cholernie nieswojo. Nie żeby tam od razu szumnie nazywać to wielkim upokorzeniem, ale jednak nie codziennie dostaje się po tyłku od w sumie obcego faceta w dodatku będąc przewiniętą przez kolano.
– Mam dość – powiedziałam cicho.
– Cóż, jest na to tylko jedna rada.
Bez słowa zdjął mi obrożę. To było cholernie nieprzyjemne uczucie, nie czułam jej, totalnie o jej obecności zapomniałam, a dotyk prześlizgującej się skóry wywołał nieprzyjemne odczucie chłodu. W życiu bym się nie spodziewała takiej reakcji po sobie.

Lekcja numer sześć – Dominującego da się wychować.

Zaśmiałam się w myślach, zdając sobie sprawę z tego, że słowo bezpieczeństwa przestało mi być potrzebne. Byłam z siebie dumna… No może nie dumna, ale zadowolona z tego jak dużo wytrzymałam i jak długo. Ból w mięśniach i gorąc topiący skórę, przypominał mi o tym do późnych godzin nocnych. Ciepło jeszcze długo rozchodziło się po udach, a gdy zasypiałam miałam wrażenie, że „ona” tam jest i póki nie pogodziłam się z tą myślą nie byłam wstanie zasnąć.

****

Zaraz po wstaniu z łózka, poszłam do lustra, zamiast do toalety. Byłam zaskoczona, że zaczerwienienie nie zeszło w przeciągu nocy, a jeszcze bardziej zaskoczył mnie widok kilku małych i sinych śladów.
– Tęcza – pomyślałam, podziwiając zostawione przez Niego ślady. Pierwszy raz zostało coś dłużej niż kilka godzin. Zazwyczaj znikało…
Patrzyłam w odbicie w lustrze i poczułam wyrzuty sumienia, że byłam taka wredna i okropna dla Niego.

****

– Chciałabym wiedzieć jeszcze jedno jeśli mogę – zawahałam się na chwilę pisząc do Niego te słowa. – A ty jesteś zadowolony?
– Tak, owszem, było jak najbardziej w porządku. Obawiałem się, jak wejdziemy w temat po takich wcześniejszych problemach.
– Twoje zadowolenie jest dla mnie ważne, nie wiem nawet… – cholera jasna. – Czy nie ważniejsze od mojego – Zadziałał odruch, znów chciałam i znów pragnęłam.
– … To już dużo – odpowiedział zaskoczony.
Sama byłam zaskoczona takim wyznaniem i takim obrotem spraw, bo przecież przestało mi zależeć.
– Ehhh, kobieta zmienną jest – pomyślałam zbierając się do snu.

Lekcja numer siedem – jak chcesz to potrafisz, ale „musisz” chcieć.