Jak on mógł mi to zrobić?! – krzyknęła, uderzając pięścią o marmurowy blat, aż łyżeczka z brzękiem podskoczyła. – A niech cię diabli wezmą – mamrotała wściekle pod nosem. – A nie, przepraszam. Złego diabli nie biorą… – na język cisnęły jej się najgorsze epitety, jakie tylko mogła wymyślić.

Drżącymi rękami wsparła się, lekko zdezorientowana i zaskoczona takim obrotem spraw, sięgnęła jeszcze trzęsącą się ręką w stronę własnych kostek, podciągnęła za spodnie dresowe, wyrzuciła z żalem do śmieci resztki swoich ulubionych majtek. Westchnęła żałośnie i wstawiła kubek do zlewu po czym w tych swoich śmiesznych, włochatych kapciach poszła do pokoju. Chwyciła za leżący na szafce telefon, szybkim ruchem odblokowała dotykowy ekran. Patrzyła chwilę beznamiętnie w wyświetlacz.
– Nie – szepnęła. – Nie dam ci tego, bo właśnie o to ci chodzi.
Rzuciła telefon na łóżko, a sama usiadła na fotelu i włączyła telewizor. Nie mogła znaleźć dla siebie wygodnej pozycji, więc położyła się na brzuchu chowając twarz w poduszce, cicho kwiląc.

****

– No dobra. Tę bitwę wygrałeś – wpatrywała się w słowo w treści sms’a, który właśnie wysłała.
Minęło może pół godziny, a może godzina od czasu gdy Diabeł opuścił jej mieszkanie.
Cholernie spragniona, wycieńczona walką i jeszcze bardziej osłabiona przegraną zamknęła oczy, a po chwili zasnęła.

Drzwi otworzyły się cicho. Nawet nie słyszała Jego kroków, gdy wszedł do pokoju.
Dopiero dotyk szorstkiego, grubego sznurka wyrwał ją ze snu.
– A co ty tu robisz – szarpnęła się i od razu zorientowała, że ma przechlapane.
– Wiążę prosiaka – zakpił. – Jednak za mało piwa przytargałem ze sobą. Liczyłem, że szybciej złożysz broń u moich stóp.
Kobieta ze związanymi rękoma za plecami, leżała na brzuchu, a on właśnie kończył poskramiać jej rzucające się ciało ostatnimi supełkami na wysokości kostek.
– Co ty sobie myślisz? – warknęła przez zaciśnięte zęby.
– Jak to co? Spełniam twoją fantazję.
– Z pewnością pomyliłeś baby. Nigdy nie chciałam… Auuuuuuuu – wydarła się kilka sekund po uderzeniu.
– Nie skrzecz, bo cię zaknebluję.
Kobieta parsknęła ze złością.
– A spróbuj tylko. Auuuuuu – kolejne uderzenie, którym ją obdarował było mocniejsze mimo, że odgłos „kontaktu” badyla z jej ciałem był cichszy.
– Boże co to jest! – szarpnęła się.
– Krzysztof, ale jeśli już tak bardzo chcesz, mogę się wcielić w rolę Boga dla ciebie.
– Jak ja cię nienawidzę! – szepnęła zaciskając zęby.
Chwilę to trwało, aż ponownie wrzasnęła sypiąc wiązanką jak bardzo go nie lubi…
– Ależ ty mnie za to uwielbiasz – naśmiewał się.
– Tak! Kurwa! Bardzo! – trzy szybkie i precyzyjne strzały odznaczyły się malowniczo na skórze jej ud. – Zabiję… – syknęła z bólu.
– Związać, obtłuc, posypać solą dla smaku i piec na wolnym ogniu.
Kobieta zbladła. Wiedziała, że do wielu rzeczy mógł się posunąć… Ale o kanibalizm nigdy go nie posądzała.
– No dobra, sól dziś ci daruję, jesteś na tyle zalana łzami, że dodatkowej porcji nie potrzeba – mężczyzna roześmiał się. – Ale to pieczenie na wolnym ogniu jest kuszące. Nie sądzisz?
– Nie… – wyszeptała urywając i przecząco kręcąc głową. Patrzyła na niego z prawie błagalnym spojrzeniem.
– Lubię to spojrzenie – oblizał się, zatarł ręce. – Takie wystraszone i uległe. Takie głodne.
Zamknęła oczy. Miał racje, wiedziała o tym.

– Nie wierć się – powiedział. – Bo szkoda tej pościeli.
Wzdrygnęła się. Kompletnie nie wiedziała co planuje, nie mogła się tak odwrócić żeby zobaczyć. Skóra na tyłku i udach piekła ją cholernie. Zastanawiała się czy czasem nie poszedł do kuchni po lód, ale nie słyszała drzwi lodówki.
Stał za nią. Wszedł na łóżko i usiadł okrakiem na jej łydkach. Dotknął śladów jakie zrobił, syknęła, a on z szerokim uśmiechem złapał obiema dłońmi za pośladki i zaczął je tarmosić.
– Podły sadysto! – krzyknęła.
– Milcz. Moczysz się tak, że aż czuję twój zapach.
Sięgnął do kieszeni w spodniach, wyciągnął coś.
Usłyszała zapalniczkę i już wiedziała co miał na myśli.
– Nie… – jęknęła.
– Mówiłem ci. Uważaj na życzenia, bo mogą się spełnić. A teraz poproś o to.
– Nie będę prosiła!
– Będziesz.
Kropla wosku spadła na miejsce w którym plecy kończą swą szlachetną nazwę. Podskoczyła.
– Poproś.
– Nie… – kolejna porcja ciepłego wosku wylądowała nieco wyżej, ale z niższej wysokości. – Proszę, nie przestawaj.