19 maja, poniedziałek

Wielką radości i łaskawością zostałam obdarowana. No dobrze, przesadzam i wyolbrzymiam, ale co zrobić zawsze lubiłam.
Tan czas, w którym to On zniknął z przestworzy internetu do przyjemnych nie należał. A skoro już się pojawił i zaszczycił mą skromną osobę rozmową to musiałam nadrobić te dni kiedy nie miałam jak być wredna. Przeszłam samą siebie, ale ile mi to radości dało, ile uśmiechu… Ba, nawet znajoma napisała mi, że jakaś szczęśliwsza jestem. No pewnie. Brakowało mi Go, brakowało mi tego droczenia i tych wszystkich innych dziwnych rzeczy. Jak go nie ma to źle, a jak już jest… to jest okropny i Go nie lubię.

– Jak Ci idzie wywiązywanie się z obietnicy? – zapytałam lekko zmieszana faktem, że w ogóle pytam. Z góry znałam odpowiedź.
– Ciężko, ale nie zostawię tego.
Doszło do mnie, że nici z planowania i od razu przypomniało mi się trafne powiedzonko jak to z rozśmieszaniem Boga było…
– Uhm – mruknęłam. – Wychodzi na to, że nie puszczę tej serii – prowokowałam. – Trudno, jakoś to przeżyję.
Bzdura. Nie przeżyję, będę wierciła dziury w brzuchu i takie tam.
– Puścisz.

– Za rok możne dwa, 40 lat minęło… – zaczęłam sobie nucić pod nosem z przekąsem i prowokacyjnym spojrzeniem, którego i tak nie był w stanie zobaczyć.
– Schodami na strych.
– Nie, dziękuję. Żadnych strychów, piwnic czy lasów. Nie ma mowy.
I tym o to niewinnym zdaniem wywołałam piekło na ziemi.

Już mnie na spacer do lasu zapraszać chce, już mi coś o jakimś jesionie i leszczynie opowiada to ja sobie myślę, że na orzechy to mam alergię pewnie, ale co z tym jesionem? W sumie to miło z Jego strony, że chce mnie orzechami częstować. Zaśmiałam się, aż kot z żalem miauknął i zeskoczył z komputera.

Krótka wymiana zdań o wierzbie i już skubaniec snuje plan.
– Pokażę ci, jak tego użyć – już, już odpisywałam „na mnie?”, kiedy pojawiła się nowa wiadomość. – Na tobie.
Przeciągnęłam się z wrednym uśmiechem na twarzy.
– Eee. Nie. Nie ma mowy.
– Sam wezmę.
– Nie będziesz wiedział gdzie szukać – broniłam świętości świętych badylków i myśli w mojej głowie. – Nie dałabym ci tego do ręki – dodałam po chwili.
– A owszem, dasz.
– Nie – siedziałam z bananem na twarzy i suszyłam zęby. Już normalnie zapomniałam jakie to przekomarzanie się jest zabawne i przyjemne.
– Jasne, a masz już groch? – zapytał, a ja przemilczałam temat.
– Ostatecznie mogłabym pokazać z zastrzeżeniem że popsute i machać nie wolno, ale chyba oboje wiemy jak to by się skończyło.
– Jak?
Jak, jak, jak… Ty już dobrze wiesz jak. Już mnie wkurzał, ale postanowiłam dalej bawić się w tę grę.

A niech ma, niech sobie obejrzy. Przecież nie będę mu odmawiać patrzenia na patyki. Tylko dlaczego oparł się konkretnie na te? Niech do lasu jedzie, albo do parku tam patyków jest więcej.
– A teraz się oprzyj.
– Nie ma mowy, zapomnij.
Walka trwała zaledwie kilka minut, przeklęci są ci dominujący zawsze potrafią zrobić tak, że jednak zaczyna się chcieć tego o czym oni mówią.

– Od tego są i za to nas kochacie.
A już ci. Kochać? Dominującego? Eee nie, nie ma takiej opcji, już samo lubienie jest drastycznie niebezpiecznym i wysoce ryzykownym posunięciem, a co dopiero mówić o miłości? Chociaż i tak wiedziałam, że te słowo zostało użyte nie w takim sensie w jakim brzmi… Ale co tam, ponarzekać mogę. Wolno mi (jeszcze).
– ewentualnie można by jeszcze dodać…

– A teraz poproś – parsknęłam śmiechem.
– O i jeszcze czego? Sałatkę? Bo frytek pamiętam ze nie lubisz…

Roześmiałam się ponownie i moja najbardziej sprośna część ciała miała wizję piekielnie wrednej bajki o proszeniu i unikaniu proszenia. Temat szedł w niebezpieczne rejony.

– Ej… I co jeszcze?
– Mogą być już te frytki.
– Może od razu posłanie pod drzwiami obroża i miska z woda? – co się będę, jak się droczyć to po całości.
– Nie mów tego głośno, bo jak S usłyszy to i podchwyci – straszył.
– Jeszcze zwiąż zaknebluj i spuść taki wpierd… – zamilkłam na chwilę. – Żebym wstać nie mogła – coś czułam, że przesadziłam.
– Chcesz?
– Kurwa – pomyślałam. – O niczym innym nie marzę – śmiałam się w duchu, a mimo to i tak byłam pewna, że tak napisze.
– Nie. Nie dam sobie wsadzić niczego w usta i nie dam się też związać. A o opierdolu nawet nie myślę – i ty też nie powinieneś, dokończyłam w myśli.
– Na pewno?
– Tak, na pewno.
– Jakieś negocjacje?
– Och. Nie, żadnych, zapomnij… Po prostu zapomnij – komentowałam pod nosem. – W kwestii? – odpowiedziałam dyplomatycznie.
– Obrożny i miski? Czy sznurków?
– Tak.
Za cholerę nie wiedziałam czego to Jego „tak” dotyczy….
– Sznurki to mniejsza, bo generalnie leniwiec trochę jestem – łaskawie wyjaśnił.
I dobrze, nie chcę, nie znam i poznać nie zamierzam, ale już wiem, że nie lubię.
– Nie wiem – miękłam. – Ale zdaje sobie sprawę, że przez kabel stawiam większy opór niż twarzą w twarz – stwierdziłam oczywisty fakt, który nawiasem mówiąc mogłam sobie już darować.
– Tak właśnie.
– Nie mam pojęcia jak bym zareagowała. Mogłabym się wystraszyć, ale mogłabym też chcieć. Mogłabym się uprzeć, a mogłabym też próbować uciekać. Nie wiem, serio.
– Po co i dokąd uciekać?
– Strach powoduje, że chcesz uciekać.
– Pogadamy o tym bezpośrednio.
– Oho zaczyna się… – pomyślałam. – Nie, nie chcę, bo ty potrafisz przekonywać.

Wredny, okropny, paskudny i takie tam… Znów musiałam informować, że jakby nie potrafił to miałabym głęboko w poważaniu kontakt taką osobistością w takiej formie jaką miała nasza relacja tudzież układ. Sama w sumie nie wiem jak to nazwać do dziś. Uległą się nie czuję, a już z pewnością nie uważam się za Jego sukę. A tak z drugiej strony patrząc to chyba nawet póki co nie zasłużyłam sobie na takie komplementy. Nie wiem, nie znam się.

– A właśnie, chciałam to napisać.
– To napisz.
– Nie wywiązanie się z terminu grozi karą, a żeby nie napisać „chłosty”, bo odpowiesz mi tu zaraz, że tą chłostę wykonasz na mnie… To zaznaczę, że to dla ciebie karę szykuję.
– Haha, nic z tego – cholera, tylko go rozbawiłam tym, a taka groźna chciałam być. Tymczasem On rujnował mój podły plan.
– Oj tam oj tam, pokrzywy ładnie rosną nad kanałkiem, a ja zawsze chciałam tym kogoś sprać.
– To dobrze, założysz krótką spódniczkę i pójdziemy tam we trójkę.
– Zapomnij.
– Nie zapomnę.
– Zapomnisz, zapomnisz.

****

– Robisz co chcę, bez uciekania się do kombinacji alpejskich.
– Ja? A w życiu, ale możesz sobie tak myśleć. Pozwalam ci łaskawie i miłosiernie.
– Pyskata się zrobiłaś. Chyba trzeba się dość szybko spotkać.
– Stęskniłeś się? – zapytałam jeszcze się śmiejąc.
– Ty się rozpuściłaś – jak dziadowski bicz, dokończyłam w myślach i już prawie chciałam to napisać, ale z oczywistych względów powstrzymałam się.
– Ja zawsze byłam pyskata i pyskata będę.
– Tylko trochę mniej i nie zawsze w stosunku do mnie.
– Nie. A tak poza tym to pyskują dzieci, a ja wyrażam swoje myśli ubierając je w zdania. Chciałeś tego to teraz masz i cierp. To twoja wina.
– Myślę, że omówimy to bezpośrednio, jak to wszystko ma wyglądać, a szczerość jest bardzo cenna.
– Nie chcę kłamstw, nie chce milczenia, nie chcę iluzji. Jeśli ja mam być szczera i otwarcie mówić co myślę to Ty też.
I nie ma, że boli. Chcę prawdy, nawet takiej, która nie jest miła i przyjemna, ale jest prawdą… – myślałam.
– Przecież cały czas się szczerze i uczciwie wypowiadam.
– Być może, nie wiem tego.
– Nieładna sugestia.
– A jesteś pewny, że ja piszę lub mówię wszystko? Nie, nie jesteś i nie możesz być. Mówię lub piszę to co chcę abyś wiedział.
– Miałem na myśli to, że to co piszesz, to nie ściemniasz.
– Nie, nie mam powodu. Dla mnie uległość jest przesycona szczerością i otwartością, nie tylko na potrzeby emocjonalno-fizyczne, ale także na opinie i przemyślenia.
– Ale wiesz, jak głowa od myślenia boli?
– Mnie tam nie boli… ale boli tych co mają sporo przestrzeni między czaszką, a mózgiem.