17 maja, sobota

Wyglądam jak pudel – pomyślałam patrząc w lustro. – Trochę deszczu i proszę bardzo oto panna pudel pierwsza we własnej osobie.
Trzeba było już obciąć te kudły, ale przecież odrosną. Nawet trochę żałuję, bo przecież do pasa miałam, a teraz ledwo za ramiona… Zapomniałam jedynie o tym, że moje włosy nie lubią wilgoci i z racji swoich naturalnych skłonności do „krętactwa” zaczynają falować jak szalone będąc krótkie. Co z tego, że każde w inną stronę, ale falowane są. Mogły by się zdecydować i albo się kręcić (tylko, że ładnie), albo być proste.

Od czasu gdy ścięłam włosy pogorszył mi się humor, wszystko mnie irytowało i chyba dalej irytuje, ale najbardziej ten deszcz za oknem.

Jakiś czas temu przyśniła mi się wierzba płacząca. Drzewo jak drzewo, ale mnie bardziej interesowały jednak jej gałęzie. Coś mi się ubzdurało pod tą rudą czupryną, że chcę mieć taki badyl w domu. Z tym, że generalnie to nie przemawia do mnie jakoś wizja użycia go na moim tyłku, a mimo to chciałam go mieć dla samego posiadania. Ponoć nawet wierzba daje „podobną radość w życiu” do rattanu – nie wiem, nie znam się i oczywiście poznawać się nie mam zamiaru. Właśnie po tej informacji przestało mnie to interesować, a o samym temacie kijka zapomniałam. No może prawie. Ha, bardzo śmieszne – zapomniałam raptem na trzy dni.

Poszłam na spacer nad Wisłę. Miałam w planie przejść całkiem spory kawałek trasy, ale nawet nie dotarłam w pobliże rzeki, bo na swej drodze spotkałam brzozę, jakieś drzewo z liści przypominające wierzbę, ale tą klasyczną ze snu nie było. Jednak gałązki miało ładne to sobie jedną zabrałam. Szłam dalej w stronę wody, gdy zauważyłam po przeciwnej stronie kanałku wierzbę, która cholernie przypominała z daleka tę, której się przyglądałam śniąc. Zupełnie zapomniałam, że tam rośnie… Przelazłam, oglądałam, macałam, przebierałam, aż w końcu wybrałam. Pozbyłam się bocznych gałązek i kory na miejscu i wróciłam do domu z pięcioma nowymi patykami. Nawet ładnie pachną. Dźwięk też niczego sobie wydają. Nie powstrzymałam się oczywiście i sprawdziłam, twarde ustrojstwo, ale wygina się i przykleja do skóry. Ślady też zostawia, a nawet nie trzeba specjalnie mocno walnąć.
Doszłam do wniosku, że trzeba to schować, tak aby nikt nie wiedział gdzie te badyle leżą. Jeszcze przypadkiem bym zapragnęła nimi dostać… E nie, nie chcę.

Napisałabym bajkę ale boję się, że ten, którego imienia wymawiać głośno nie można odebrałby to jako jakąś sugestię. A pomysł mam zajedwabisty. Forma sprzeciwu na tak zwane „poproś o to”, zakładając iż biedna istotka jest uparta jak… Po prostu uparta i zbyt dumna, aby prosić o cokolwiek. Bo przecież zawsze są inne wyjścia niż te, które masz przed sobą. Sytuacja zakłada, że biedna istotka ostatecznie musiałaby poprosić aby dostać w skórę, a że to nie leży w jej kręgu zainteresowań to i nie poprosiła. Tylko, że liczyła się z faktem, że łaskawie mogłaby zostać za coś tam ukarana i tutaj zaczyna się bajka. Dziewczę sobie idzie po patyk i sama się okłada nie zostawiając na sobie bladego miejsca co by nie było już „gdzie” przyłożyć. Ale… Zawsze jest jakieś ale, więc ja osobiście będąc na miejscu tej wrednej istoty (hue hue) wykorzystałabym podrażnioną skórę, albo dołożyła coś od siebie nie zwracając uwagi na kolor. Chociaż nie, wysmarowałabym biedną istotkę czymś co by spotęgowało pieczenie i jeszcze związała. Ale nie napiszę, bo ta Łajza jeszcze przeczyta i sobie pomyśli, że to jakieś moje ukryte pragnienia i jeszcze wykorzysta to przeciwko mnie.

A propos karania. Wczoraj to się nawet zastanawiałam, czy przypadkiem czegoś nie przeskrobałam, bo ostatni tydzień raczej był skromny jeśli chodzi o kontakt z Nim.
To trochę jak rozmawianie z kimś o czymś co ten ktoś lubi. Momentalnie ma na to ochotę, ale jeśli przestanie się mówić o tym, to ten ktoś zapomina o tej możliwości.
Doszłam do wniosku, że jeśli nie będzie ze mną rozmawiał, to w pewnym momencie stanie się dla mnie obojętny pod kątem dominacji, przestanie mnie pociągać uległość wobec Jego osoby. Wczoraj to nawet myślałam, ze to może jest coś zamierzonego, a nóż i widelec może jakaś kara, ale doszłam do wniosku, że On nie ma za co mnie ukarać. Potem pomyślałam, że może ten kontakt jest taki jaki jest ze względu na to, że może zmięknę, zrobię się bardziej głodna i łakoma, bardziej pokorna, bardziej spragniona i tak dalej. Tylko, że efekt będzie zupełnie odwrotny.
Z drugiej strony mam świadomość, że pewne aspekty życia wymagają większego zaangażowania niż rozmawianie z uległą
i zdaję sobie sprawę z tego, ze poza mną jest masa innych ludzi/zwierząt/przedmiotów i czynności, w które się człowiek zagłębia i które zajmują czas, ale niepodlewane kwiaty więdną, a później nie kwitną tak szybko i tak ładnie jak wcześniej.

A prosić nie będę i nie zamierzam, jestem zbyt dumna żeby to zrobić. O!