7 maja, środa

Nie mogłam spać w nocy, a gdy już zasnęłam to jakby po chwili obudził mnie szelest pościeli mojego chłopa wstającego właśnie do pracy.
– Otwórz mi okno kotek – zażądałam półprzytomnym głosem.
Nawet nie miałam pojęcia jak głupi był to pomysł, bo gdy już udało mi się ponownie pogrążyć we śnie to obudziła mnie śmieciarka. Nie lubię śmieciarek. Zawsze robią taki potworny hałas, że na całej ulicy ich słychać, tłuką tymi pojemnikami, a sami śmieciarze drą się wniebogłosy… Dźwięk niesie się w górę nawet i do dwunastego piętra. Byłam im serdecznie wdzięczna za takie umilenie poranka, ale coś czułam, że i tak bym nie zasnęła, bo w głowie już miałam szkic następnego tekstu…

Wczoraj od samego rana siedziałam jak na szpilkach. Coś wisiało w powietrzu, takie ciężkie i niefajne, w dodatku to coś miało ziścić się wieczorem.
Rozmawiałam z nim w sumie od samego rana i nic nie zdradzało, aby do spotkania jednak doszło. Siedziałam więc spokojnie mimo, że to coś sobie wisiało gdzieś i z ciężkim oddechem dmuchając w kark nie dawało o sobie zapomnieć. Jak zwykle panna wredna, pyskata i w ogóle jaśnie wielmożna prowokatorka aż prosiła się by dostać w pyszczydło. No, ale przecież przez internet nic mi nie grozi to sobie mogę być okropna.

Kątem oka zauważyłam, że u mojego lubego pojawiła się nowa rozmowa.
– Organizujemy się dziś jakoś? – pisał jeden z najwredniejszych facetów jakiego miałam „nieszczęście” poznać w swoim życiu. To coś ciężkiego przysiadło sobie na ramieniu i sapało do ucha wielce ucieszone sytuacją.
– Spadaj strachu – myślałam sobie. – Nie chcę cię dziś czuć – ale strach miał głęboko w poważaniu czego chciałam, bądź czego nie chciałam, siedział sobie i się przyglądał temu co się działo dodając pikanterii temu co i tak siedziało w mojej głowie.

– Jasne, jestem wciąż na tak – odpowiedział luby i już zacierał ręce.
– Jak, gdzie, kiedy?
– Zależy od celu spotkania, zarysuj go proszę.
– Hmmm… Zobacz, co twoja pisze – Jezus! Dajcie żyć. To że piszę o czymś nie znaczy, że tego pragnę teraz w tej chwili, lub za godzinę czy dwie.
No dobra. Chciałam, ale tylko tak tyci tyci. Bo przecież grzeczne i porządne dziewczynki tak nie robią, a poza tym to się bałam.

Momentalnie przypomniały mi się słowa mojej znajomej uświadamiając mi przy okazji w jakim bagnie się znalazłam i to w dodatku na własne życzenie.
– Chcesz, pragniesz i się boisz, robisz jak większość uległych. Niby nie chcesz, ale nie pragniesz by to twoje „nie chcę” było skuteczne – pisała. Miała rację, ale jeszcze gorsze jest to, że On wiedział jak to działa. Potworne było też to, że ja wiedziałam, że jeśli będzie chciał to mnie przekona i mimo strachu siedzącego na ramieniu ulegnę. Normalnie nie lubię Go za to do kwadratu, ale jak na to spojrzeć z drugiej strony to przecież jakby taki nie był to bym z Nim nie rozmawiała.

– Ciągle słyszę z boku „nie chce, nie chce”, myślisz, ze to tak na poważnie?
– Pewnie, w 100% na poważnie – pomyślałam szybko chwytając w locie słowa które pisał na klawiaturze. – Kto przy zdrowych zmysłach chciałby dostać w skórę? No kto?
– Odrzuć pierwszą część i wtedy bierz na poważnie – Na żarty im się zebrało. Wierciłam się przy biurku czując nagły przypływ adrenaliny, nogi miałam jak z waty. – Nie chcesz tego, nie chcesz, boisz się bólu, jesteś tchórzem – szeptał wprost do ucha strach.

Dogadali się, a ja siedziałam w ciężkim szoku i pewnie z miną srającego kota na pustyni nie wierząc w to co się właśnie dzieje.
Mieliśmy się spotkać jakoś między 18-19, więc jeszcze trochę czasu było, pojechaliśmy po kilka rzeczy do sklepu i właśnie wtedy zaczął się mój horror. Docinki, żarty, próby rozładowania napięcia i odsunięcie tego wrednego strachu tylko spowodowały, że potwór siedzący na ramieniu rósł w sile i stawał się coraz cięższy.

Czas płynął, a Gościa jak nie było tak nie było. Zaczynałam się nawet zastanawiać czy coś się nie wydarzyło złego, a może po prostu zasnął i będę miała święty spokój. Nie żebym Mu źle życzyła, ale poniekąd byłoby mi to na rękę.
Z godziny na godzinę strach malał w oczach, aż do wpół do ósmej kiedy to Wredna Istota postanowił się odezwać, że już za momencik się zbiera do wyjścia.
– Wrrr – pomyślałam. – Nie chcę. Późno jest, ostatecznie mógłby sobie darować.
Wtedy byłabym pewnie szczęśliwa, a następnego dnia bym warczała i gryzła wszystko i wszystkich pod ręką i w zasięgu wzroku – bo jakże to tak można? Umówić się i nie przyjść? Eeee nie. Nie można tak.
Chciałam, nie chciałam, znowu chciałam i znowu nie chciałam. Wychodziło na to, że bardziej się boję niż chce. Wypadałoby się teraz zastanowić czego tak na prawdę chcę i czego się boję. Wypadałoby się zastanowić czy nie robię tego wbrew sobie. Och bzdura, nie robię tego wbrew sobie.

Byłam zdenerwowana zanim przekroczył próg naszego mieszkania, a gdy już to zrobił było trzy razy gorzej. Patrzyłam jak zwierzaki przekonują się do Niego. – Zdrajcy – myślałam. – Podłe zdradzieckie futra!
Temat luźnej rozmowy w pewnym momencie zszedł na huśtawkę, a wszystko to dzięki mojemu komentarzowi.
– Bujaj się – powiedziałam do lubego ripostując kolejną docinkę.
– Macie huśtawkę? – zainteresował się Wredny.
– Nie, nie mamy.
Mój perwersyjny mózg wiedział, że wystarczyły by Mu same haki w futrynie…
On chyba lubi mój zboczony mózg, a ja powinnam jednak bardziej pilnować swojego języka. Po co mam podsuwać mu pomysły?

Kiedy udało mi się już wyciągnąć ich z kuchni przynajmniej wszyscy troje mieliśmy gdzie siedzieć. Tak wiem, podłoga jest wszędzie, ale może nie przesadzajmy na początku. Tak… i co może jeszcze? Po rękach mam całować? Buty zapastować lub wylizać? A może w zębach przynieść bat na własny tyłek i jeszcze poprosić o to by mi Łaskawca zlał tyłek? O co to to nie! Nie ma mowy, prosić nie będę! Ewentualnie mogłabym się zgodzić na te całowanie po rękach niech ma facet w końcu coś od życia, a z tym przynoszeniem palcata w zębach muszę się zastanowić, bo to jest trochę jak strzał w kolano. Chociaż patrząc z drugiej strony bata to cholernie miłe jak uległa osoba prosi o lanie. Brr. Boże co ja mam za myśli… Nie, koniec i kropka. Niech zapomni o proszeniu.

****

Wyszłam z pokoju dosłownie na chwilę, poszłam do kuchni po wodę. Gdy wróciłam On już wiedział, już miał je w rękach, już oglądał, próbował, machał. Świst był nie do zniesienia, zamknęłam oczy, zakręciło mi się w głowie. Nie chciałam aby zobaczył, nie chciałam mu tego pokazać. Bałam się, a strach już szeptał wprost do ucha – będziesz płakać, On tego chce, chce abyś płakała, On chce zadać ci ból i zrobi to, zobaczysz. A ty Mu na to pozwolisz i jeszcze podziękujesz, a potem będziesz żałowała.
Czułam jak strach obejmował mnie łapczywie swoimi mackami, czułam jak drżałam gdzieś w środku.
– Nie chcę – wyszeptałam tak cicho, że nie mam pewności czy ktokolwiek to usłyszał.
Siedział i bawił się to czerwonym batem to czarnym. Nie mogłam na to patrzeć, bo każdy trzask upadającego bata na jego rękę powodował dreszcze.
– Wsłuchaj się, przyzwyczaj się, oswój się, bo zaraz to poczujesz – szeptał strach, ale On wstał i odłożył je na miejsce, a ja odetchnęłam z ulgą.

Po kilku chwilach kazał mi wstać. Niechętnie wstałam i oparłam się o ścianę miętosząc w rękach sweter. Zalała mnie fala ciepłych dreszczy, spuściłam wzrok. Nie chciałam by widział. Zabawne, wstydziłam się. Cholera. Lubię to czuć, ale nie lubię tego pokazywać to jakiś chory paradoks.

Zażądał abym podała mu „zabawki”. Nie chciałam. Wredna szuja przekonał mnie abym jednak zaczęła chcieć. Złapałam za włókna owinięte skórą i prowokacyjnie podałam. Wziął, a ja się zawiodłam. Myślałam, że usłyszę kazanie jak to uległa powinna podawać Panu bat, a tutaj proszę bardzo – oaza spokoju.
– Mam to zrobić przez sweter?
Zamilkłam czując jakoś tak, że sweter i tak nic by nie dał. W dodatku szkoda by mi go było gdyby się zniszczył, nawet go lubię…
– Jak sobie życzysz.
– Nie życzę sobie – kolejny raz spojrzałam w stronę partnera szukając u niego ratunku. Zdjęłam sweter i położyłam na łóżku, już chciałam usiąść na pufie…
– Pozwoliłem Ci usiąść?
Zmieszana oparłam się ponownie o ścianę.
– Nie stój bokiem, to brzydko.
– Wrrrr – rozległo się w mojej głowie i z wielkim oporem obróciłam się tak by stać na przeciwko Niego.
Luby wyszedł do kuchni, a On podszedł do mnie.
– Wolisz się bać, czy sprawdzić?
Miałam ochotę krzyczeć. Barwa jego głosu ciągnęła, wołała „chodź i przekonaj się”, powoli zaczynałam Mu pozwalać.
Gdy wpadł na pomysł abym podała Mu bat tak jak kobieta na obrazku z tapety w komputerze parsknęłam i skomentowałam, że nie zamierzam uklęknąć. Jak zwykle mam za długi jęzor. Nie wiedział, że rysunek przedstawia klęczącą kobietę. Miał prawo, bo od pasa w dół cześć grafiki była usunięta, a jak to wyglądało w oryginale mogłam wiedzieć tylko ja.
Z góry przegrana walka o to właściwe podanie bata Dominującemu może trwała z dziesięć czy piętnaście minut. Ta… Chciałam to zrobić od momentu gdy tylko przekroczył próg naszego mieszkania, ale o tym wiedzieć nie musi, bo przecież chcieć, a zrobić to dwie zupełnie inne rzeczy.
Dla mnie osobiście taki gest to świadectwo uległości, chęć i pragnienie oddania się w Jego ręce, to potwierdzenie słów „ufam, że nie zrobisz mi krzywdy”, a ja się jednak bałam i to cholernie, że On mi zrobi tę krzywdę. Strach jeszcze mnie w tym dopingował. Jednak w tym momencie potworek ziejący chłodem był mniejszy niż pragnienie dające ciepło. Potworną walkę stoczyłam wewnątrz samej siebie.

****

Wychwyciłam moment gdy nie patrzył. Klapnęłam głucho kolanami o panele unosząc dłonie z batem. Wzrok wbiłam w podłogę namiętnie przyglądając się wzorom na deskach.
Wziął go ode mnie bez słowa. Po chwili poczułam zimną skórę bata na twarzy, zatrzymał się na brodzie. Mój Oprawca właśnie wcielał w życie plan podniesienia nim mojej głowy tak wysoko, aby mógł widzieć moje oczy. Nie chciałam pokazać tego co w nich się kryło. Zacisnęłam powieki.
– Otwórz oczy – nakazał.
Uhhhh jak ja tego nie lubię. Jak ja nienawidzę tego momentu. Ja wiem… Znam to spojrzenie, jest fantastyczne i piękne, ale na litość boską dlaczego ja? No tak. Jakbym tak powiedziała to bym usłyszała w odpowiedzi – bo tego pragniesz, bo tego chcesz. Znów miałam ochotę zabijać, jeszcze trochę i zostanę seryjnym mordercą.

– Przestań proszę – powiedziałam cicho. Kocham dotyk bata na mojej skórze, ale to zbyt oddziałuje na moje myśli.
– To nie spuszczaj wzroku.
Jakie to wredne…
– Mogę już wstać? – zapytałam czując jak drętwieją mi stopy. Zdecydowanie nie jestem przyzwyczajona do klęczenia i przyzwyczajać się nie mam zamiaru.
– Czym ta sytuacja różni się od tej wymarzonej?
Milczałam przez chwilę, pytanie się powtórzyło.
– Nie mam wymarzonej takiej sytuacji.
– Piszesz, tworzysz, nie uwierzę w to.
Okropny! Już nawet tajemnic mieć nie można.
Wstał, podszedł do okna, a po chwili wrócił łapiąc mnie za włosy, podnosząc spuszczoną wcześniej głowę po raz trzeci powtórzył pytanie.
– Czym ta sytuacja różni się od tej wymarzonej?
– Szczegółami. Mogę wstać? Proszę.
– Jakimi szczegółami? Wstaniesz jeśli powiesz.
– Dobrze.

****

Mężczyzna siedział na szafce przy telewizorze, po lewej stronie miał komodę.
– Pokaż mi swój bat – powiedział tym tonem, który nie znosi sprzeciwu.
Kobieta wstała z łóżka z wyraźnie niezadowoloną miną i podeszła do komody, otworzyła pierwszą od góry szufladę i od niechcenia podała Mu dwa baty.
Mężczyzna spojrzał na nią i nie zareagował, jedynie skomentował.
– Zrób to tak, jak powinnaś.
Kobieta ze zdziwieniem stała przez chwilę i jakby się wahała, jakby się zastanawiała czy na pewno tak wypada zrobić.
Uklękła podając baty na wyprostowanych rękach. Mężczyzna pogłaskał ją po głowie.
– Tak, właśnie tak – powiedział.

****

Jakoś po tej całej opowieści wróciła mi energia, a strach gdzieś się schował.
– To gdzie to zrobimy?
– Ale co? Kanapki zazwyczaj robię w kuchni – zebrało mi się na żarty.
Oczywiście zachwycony moim zachowaniem nie był… Ale czy to pierwszy raz? Z pewnością nie ostatni.
– Dostosuję się – powiedziałam znów sprowadzona do parteru.
Rozejrzał się, a ja już wiedziałam, że wybór padnie na pufę. Dość wygodna jeśli się ją odpowiednio ustawi no i samo mięsko do tłuczenia jest całkiem nieźle wyeksponowane. Wiem, bo sama używałam zabawiając się w klimatach femdomowych. Nie wiedziałam jednak jak bardzo jest niewygodna dla tłuczonego mięska, póki się nie przekonałam.
Nie chciałam założyć kiecki, to oberwałam przez leginsy.
Pierwsze trzy uderzenia były jak muśnięcie trawy na łące, w ogóle ich nie odczułam. Poczułam owszem, ale tak ledwo, ledwo. Nie żeby tutaj jakiś płacz czy krzyk możliwe nawet, że się zaśmiałam.
Przestało być zabawnie wraz z następnymi razami, które już nie były takie delikatne i mimo, że siła każdego kolejnego była większa to nie robiło to na mnie wrażenia. Do chwili gdy w pewnym momencie trafił mnie tak, że z ust wyrwało mi się jakże urocze „o kurwa”, a po ciele przeleciał dreszcz. Twarz i tak schowana we włosach to nie miał prawa tego zobaczyć, a poza tym nie chciałam żeby widział. Bo i po co miałby wiedzieć?
Siła rosła, a ja już w między czasie miałam liczyć kolejne trzaski upadające na moje ciało. W sumie mogło być ich jakoś między trzydzieści, a czterdzieści. Niby nie dużo. Ale różnica „jakościowa” była spora.
Miałam dość zaraz po tym jak trafił między nasadę mięśnia uda, a pośladek. Miałam ochotę się zwinąć z bólu, a łzy same popłynęły z oczu.
– Absolutnie nie, nie jestem masochistką – powiedziałam rozbawiona.

– Wolę jednak dostawać na leżąco.
– Pytałem.
– Zdrowo mi wlałeś – chciałam usiąść, ale jednak zrezygnowałam z tego na rzecz zachęcająco zimnej ściany, o którą się oparłam.
– Nie lubię dostawać pomiędzy mięśnie ud, a pośladków – ciągnęłam temat. – Wolę dostawać po udach, ale ciut niżej – cholera, mam za długi jęzor.
Uśmiechnął się.
– To kurewsko boli. Jesteś sadystą.
Dodałam na końcu, że jeszcze czerpie chorą frajdę z zadawania bólu.

Jakoś tak wyszło, że druga tura była już tylko kwestią czasu. Byłam ciekawa, bo sądziłam, że dostanę po udach, ale od przodu.
– Połóż się na plecach. Złącz stopy. Rozchyl uda.
– Nie, nie chcę dostać po wewnętrznej to boli.
Pojawił się i strach. Och witaj stary przyjacielu czego się napijesz? A może popcorn kurwa? Nie chcę się bać, ufam… Precz strachu, sio.

Tradycyjnie pierwsze razy były delikatne, ale szczypiące i powodujące to co jest przyjemne. To mrowienie skóry, które rozpływa się pysznym ciepłem po ciele… Nie byłam w stanie się powstrzymywać, a leżąc na plecach nie byłam w stanie ukryć reakcji.
W pewnym momencie trafił mnie tak, że złączyłam uda i przewróciłam się na bok. Liczył i uderzał po udach, i po pośladkach. A ja niesiona kolejną falą dreszczy odpływałam. Obróciłam się na plecy, a już po chwili czułam się jakbym dryfowała bezwładnie niesiona przez wodę. Drżałam.
– Bardzo nie chciałam abyś to zobaczył.
– Ale co?
– To. Cała drżę.
– To chyba dobrze.
– No nie wiem…
– Ciepłe i pulsujące?
– Uhm, ale nie aż tak ciepłe i nie aż tak pulsujące.
– Katharsis.
– To znaczy?
– Jakby oczyszczenie.
– Ja wiem co oznacza to słowo, było w szkole.
– Przeszłaś swoją granicę.
Wygląda na to, że strach ma tylko wielkie oczy, cholera jasna… Czułam się jakaś taka pełniejsza, zrównoważona…